środa, 22 grudnia 2010

mariusz szczygieł - gottland

czesi kojarzą mi się z czeskimi filmami (samotni, opowieści o zwyczajnym szaleństwie, piwem i luzackim podejściem do życia (w czechach byłam raz - na piwie i smażonym serze w cieszynie więc nie miałam szans skonfrontować stereotypów z rzeczywistością). gottland pozwoliło mi spojrzeć na południowych sąsiadów w nieco inny sposób, głównie z perspektywy historii. niby każdy coś tam wie, że niemcy wpakowali się do czechosłowacji właściwie z błogosławieństwem reszty europy, że praska wiosna była i nie wyszła również dzięki naszym czołgom, ale zebrane w książce reportaże opisują losy konkretnych ludzi, którzy z niesympatyczną rzeczywistością musieli sobie radzić. zwykle postępowali bardziej według zasady "pracuj powoli" niż "zróbmy powstanie, które do niczego nie doprowadzi", efekty były jednak równie beznadziejne. smutna to książka bardzo, nie sądziłam, że współpraca z tajnymi pseudokomunistycznymi służbami była w czechach tak powszechna (oni swoje teczki otworzyli razem z granicami, u nas to się kisi po archiwach, może tutaj też było podobnie), co powodowało ciągłą atmosferę zagrożenia i niepewności. z prlu pamiętam tylko kolejki po mleko, inne wiadomości mam od rodziców głównie, a oni w tym czasie byli studentami, dobrze się bawili, a stan wojenny był dla nich okazją do przedłużania imprezy na całą noc, bo nie można było wracać do domu po godzinie policyjnej. wiem wiem cóż za niepatriotyczne podejście (trochę czeskie hehe). w każdym razie reportaże pana szczygła opowiadają o konkretnych osobach jak na przykład lidii baarovej, kochance goebbelsa czy marty kubisovej, kumpeli z zespołu dobrze znanej w polsce z tańca z gwiazdami heleny vondrackowej. tzn kumpeli do czasu, bo kiedy pani marta zaśpiewała piosenkę, która została hymnem praskiej wiosny, zabroniono jej występów i uniemożliwiono otrzymanie jakiejkolwiek pracy. przygnębiające to wszystko, troszkę zabawny był kawałek o wielkim pomniku stalina w pradze, gdyby nie historia samobójstwa jego projektanta. i tak ze wszystkim. artyści bez pracy lub pracujący w kotłowniach, pan bata (ten od butów) chcący kontrolować swoich pracowników w celu osiągnięcia ich maksymalnej wydajności (i to nie socjalistycznie tylko kapitalistycznie) i nastolatek, który podpala się bo nie podoba mu się zastana rzeczywistość. niezbyt sympatyczna lektura przed świętami, ale w wielu miejscach świat nie jest sympatyczny.

czwartek, 16 grudnia 2010

brian lumley - zemsta khai

słyszałam, że pan lumley napisał bardzo dobry cykl nekroskop, myślałam więc że inne jego książki, w tym przypadku zemsta khai również będą dobre. niestety najwidoczniej to tak nie działa. opis z okładki wydaje się interesujący - dwóch generałów cywilizacji sprzed znanego nam starożytnego egiptu, za pomocą czarnej magii wysłanych jest w przyszłość czyli mniej więcej w lata 70 zeszłego wieku. jednak wątek ten zajmuje w książce jeden cy dwa króciutkie rozdzialiki. ok autor skupia się na zaginionej cywilizacji i chorym psychicznie faraonie, potomku obcych przybyłych na ziemię w piramidzie, to też mogłoby być ciekawe. ale nie jest. coś tam się niby dzieje, jakaś wojna, wodzowie mają pomysły i ustalają taktykę a nagle pojawiają się dziwni magowie i wywracają wszystko do góry nogami. są wizje i przepowiednie ale mało to wszystko ma razem sensu (a może tylko ja go nie widziałam), postacie są bezwolnymi kukiełkami bez życia wewnętrznego,a główny bohater jest silny, zręczny i genialny i wszystkie laski na niego lecą. ogólnie miałam wrażenie, że książkę pisał jakiś napalony nastolatek skupiający się na scenach z podtekstami seksualnymi a reszta to tylko tło. w ogóle, gdyby właśnie nie sceny seksu i obrzydliwej przemocy, można by uznać że książka spodobałaby się jakiemuś mniej rozgarniętemu dwunastolatkowi, który marzy o przygodach, walkach z zombimi i gorących egipskich laseczkach :P. zemsta khai nie nadaje się jednak dla dzieci, bo pan autor wstawił dość sugestywne opisy realizacji chorych pomysłów faraona, którego podniecały między innymi obierane ze skóry kobiety, i nikt nie mógł go dotykać poza nadwornym kapłanem, który w związku z pełnionymi obowiązkami nie miał zębów. yyyyy ohyda.

piątek, 10 grudnia 2010

sylvia plath - pośród trzmieli

sylvia plath - pani z problemami i depresją, pierwszą próbę samobójczą opisała w szklanym kloszu, który czytałam w liceum i dotarł do mnie bardzo (może z powodu młodocianych depresyjnych nastrojów). tym razem wpadło mi w ręce pośród trzmieli i przemówiło do mnie mimo że przeszła mi już ekscytacja samobójcami :P. na początek kilka fragmentów dzienników pani sylvii. męczące samotne mimo ludzi dookoła chwile na angielskim stypendium, wakacje w hiszpanii, śmierć sąsiada i pszczelarskie spotkanie. interesujące, a część z nich przekształcona w opowiadania, które są druga częścią książki. melancholijne opisy, smutne historie, szpital psychiatryczny. niezbyt pozytywna lektura na grudzień, szczególnie jeśli ma się świadomość, że autorce dobitej zimą w końcu udało się odejść z tego wspaniałego świata.

flannery o'connor - sztuczny murzyn

cieniutka książeczka z trzema opowiadaniami obyczajowymi, jednocześnie smutnymi i ironicznymi, jak to u pani flannery bywa. pierwsze mówi o wyprawie dziadka i wnuczka do wielkiego miasta, drugie o ostatnim wystąpieniu generała wojny domowej, będącym już tylko ozdoba rozdania dyplomów swojej wnuczki, a ostatnie o chłopcu z imprezowymi rodzicami i kaznodziei. nie będę się specjalnie produkować, amerykańskie południe sprzed wojny i jego niezbyt mili mieszkańcy z dziwnymi problemami. króciutka lektura.

poniedziałek, 6 grudnia 2010

chuck palahniuk - pygmy

uwielbiam mój szmateks, bo właśnie tam dopadłam ta książkę za całe 4 złote :D.
książka opowiada o trzynastoletnim uczniu z dziwnego komunistyczno-totalitarnego kraju, przybywającym wraz z grupą innych mu podobnych, na wymianę do stanów. są oni jednocześnie agentami przygotowującymi operację havoc, mającą na celu zniszczenie zgniłej zachodniej cywilizacji. bohater z racji swojego niewielkiego wzrostu otrzymuje ksywkę pygmy. książka napisana jest w postaci raportów pygmiego z operacyjnych czynności, mających przybliżyć go do zakończenia z sukcesem swojej misji, zawierających bardzo zabawne i w niektórych momentach obrzydliwe opisy amerykańskiej rzeczywistości, widzianej pod dziwnym kątem przez chłopca, który od czwartego roku życia miał mózg prany w szkole dla agentów. jest gruby ojciec rodziny pracujący w jakimś tajnym naukowym laboratorium, ptakopodobna matka uzależniona od swego wibratora i urządzająca sympatyczne sesje z nim i swymi przyjaciółkami, ich napakowany bezmyślny synek oraz tajemnicza siostra. to właśnie ona jest zagrożeniem dla pygmowej misji, ponieważ coraz bardziej go do niej ciągnie. druga część raportów opisuje treningi i szkolenie odbywane przez pygmego w "domu", gdzie został wybrany na specjalnego agenta dzięki niezwykłej inteligencji, przez co wmówiono mu że jego rodzice zginęli w ataku terrorystycznym przygotowanym przez amerykanów i wszechstronnie przeszkolono, a przy okazji wyprano głowę. podczas przygotowań do operacji havoc, pygmy próbuje dostać się na wycieczkę do waszyngtonu, poprzez wygranie konkursu na uczniowski projekt naukowy. w międzyczasie uczestniczy w rytuale godowym przy muzyce zachęcającej do przedwczesnego losowego rozmnażania płciowego (szkolnej zabawie :P), wraz z towarzyszami agentami dystansują wszystkich w konkursie literowania oraz zostaje bohaterem podczas masakry urządzonej w szkole przez jednego z uczniów. pygmy używa trudnego dla mnie angielskiego, nie do końca radzi sobie z gramatyką i stosuje dziwne opisy zwykłych dla mnie, człowieka już trochę zachodnio nadpleśniałego, a zaskakujących dla niego sytuacji. mimo to złapałam nieco żartów, chociaż zapewne nie wszystkie.
żarty żartami, ale książka porusza dość poważne tematy przerośniętego konsumpcjonizmu, braku komunikacji i innych problemów zaganianej i bezrefleksyjnej zachodniej kultury (o ile mogę użyć tego słowa) dającej człowiekowi wolność wyboru, ale on gubi się łatwo w tych wszystkich możliwościach. z drugiej strony opisuje państwo totalitarne, które chroni swoich obywateli przed rozterkami decyzyjnymi, wybierając dla nich najlepszą drogę stosując wszechstronne testy dla dzieci w wieku czterech lat, i nie pozwala mu z niej zejść. oczywiście wszystko to przerysowane, groteskowe i śmieszne, jednak każe myśleć. myśleć myśleć :)
a z nieco innej beczki miałam bardzo miłą niespodziankę mikołajkową, ponieważ Sheila wylosowała mnie w swoim konkursie i otrzymałam już od niej opowiadania pana lovecrafta zew cthulu :D, za którą jeszcze raz dziękuję. już niedługo notka o mackach :)

czwartek, 25 listopada 2010

konkurs Shelii

przeglądałam obserwowane blogaski książkowe i trafiłam na konkurs w którym można wygrać zew cthulhu pana lovecrefta. uwielbiam go po prostu więc biorę udział, a polega to na podlinkowaniu konkursu, co niniejszym czynię tu:
konkurs Shelii
jak ktoś ma chętkę na sympatyczne międzywymiarowe pradawne bóstwa to należy pod konkursową notką zostawić komentarz. tylko bez przesady, ja chcę wygrać :)

środa, 24 listopada 2010

paul theroux - pociąg widmo do gwiazdy wschodu

szlakiem wielkiego bazaru kolejowego. strasznie długo ją czytałam, ale ma 690 stron a po drodze byłam chora i bardziej nadrabiałam seriale niż czytałam. ale skończyłam. jak już wcześniej wspomniałam książka ma dwie rzeczy które mnie kręcą: pociągi i wschód. tzn pociągi na wschód, jeśli zrobimy z tego jedną rzecz. jest też jeden na zachód - kolej transsyberyjska, ale poświęcony jest jej tylko jeden rozdział, bo też w porównaniu z pociągami azji środkowej czy indyjskimi wydaje się być nudna (jedyna rozrywka to pijani rosjanie i babuszki sprzedające pierożki na peronach :P). w każdym razie podróż jaką odbył pan theroux wygląda imponująco i mocno oddziałuje na moją wyobraźnię, gdybym miała pieniążka to byłabym już w pociągu do odessy, bo to najłatwiejsze stąd. oczywiście chciałabym kiedyś zaliczyć orient express paryż - stambuł, ahhh stambuł... pan autor pisze nie tylko o podróży ale również co nieco o literaturze i świecie, wspomina pana pamuka i to tak interesująco, że, mimo że bezskutecznie próbowałam przebrnąć przez śnieg, mam ochotę dopaść jakąś jego książkę. dalej jest egzotyczna azja w postaci turkmenistanu z psychopatycznym dyktatorem z manią wielkości, przeludnione indie a pozostałościami kolonialnymi, kambodża (bardzo przerażający rozdział o ludobójstwie) i wietnam, w którym autor był 30 lat temu, więc może porównywać. w ogóle o tym rejonie pisze dużo (bo pan paul mieszkał tam kiedyś), interesująco i wyczerpująco. na przykład nie wiedziałam że w singapurze mają dyktaturę. jedna rzecz mi się bardzo nie podobała, tzn potraktowanie europy środkowo-wschodniej (węgry i rumunia) nie dość ze ogólnikowo (to jeszcze mogę wybaczyć, bo pan autor był w zasadzie tylko przejazdem) ale i protekcjonalnie. o ile o rumunii niewiele mogę się wypowiedzieć, bom nie była (ale uważam, że pokazanie pana doktoranta z wyższej rumuńskiej uczelni zaskoczonego stambułskimi wieżowcami, jakby żadnych wcześniej nie widział to przesada), ale budapeszt jako miasto rozpadu z ludźmi o przetłuszczonych włosach, którzy wszyscy chcą wyjechać do stanów nieco mnie oburzył, bo byłam i widziałam. z drugiej strony okolice dworca potrafią być obleśne, szczególnie w deszczowo-śniegowym marcu. ruszyło mnie to, może z powodu mojej środkowoeuropejskiej austrowęgierskiej (ach ci habsburgowie:P) dumy, chociaż to tylko dwa rozdziały. mimo to uważam że książka jest super-zajebista (kończy mi się słownictwo) i ciągnie ze sobą.

poniedziałek, 8 listopada 2010

targi książki - orgia fetyszysty (książkowego oczywiście)

pierwszy post nierecenzyjny, a raczej zapowiedziowy (w kolejnych odcinkach... :P). ostrzegam jest długi i obrazki są nierówne.
otóż wybrałam się w końcu na targi książki w krakowie, pierwszy raz mimo, że trochę czasu w tym mieście spędziłam wcześniej, ale zawsze były jakieś ciekawsze rzeczy do zrobienia (podejrzewam że głównie odsypianie, ehh studenckie czasy). poszłam z siostrą i mamą, co z jednej strony było dobre, jako że było od kogo pożyczyć pieniążka w razie czego i jednocześnie złe z tego samego powodu. razem z mamą dostałyśmy świra i biegałyśmy od stoiska do stoiska obmacując i wąchając (to ja) książki, omijałam jedynie katolickie stoiska, których było całe stado (wiem wiem prawie papieskie miasto kraków :P). siostra biedne dziecko wymiękała bo była na obcasach i nie podtrzymywało ją na duchu książkowe szaleństwo, a my polowałyśmy z językami na brodach. z powodu ograniczonych funduszy musiałam zrobić ostrą selekcję i wybrać to co muuuszę mieć natychmiast. żeby kupić i zabrać ze sobą wszystko co chciałabym mieć musiałabym wygrać w totka i przyjechać tam tirem, a że jestem bez pieniędzy wiecznie i poruszam się pociągiem to wzięłam tylko trzy rzeczy. ale za to jakie!:
czyli wyprawa pociągowa po azji w jedną i drugą stronę. pan autor jechał ta trasą 30 lat wcześniej i też napisał o tym książkę, niestety wykupili mi ją :/. ale ta jest super, łączy w sobie moje kolejowe skrzywienie i kierunek wschód który mnie ciągnie, na razie tylko wirtualnie, ale mam nadzieję że wszystko przede mną. w ogóle stoisko czarnego najchętniej wyniosłabym w całości. stasiuk był nowy, jednak przegrał z makłowiczem z autografem, którego zabrała ze sobą moja mama.







krakowski kryminał, niezły zestaw autorów, pana marcina i pana grina już znam z innych dzieł, a o pani grzegorzewskiej słyszałam dobre rzeczy.myślę że będzie zabawne, i było bardzo przecenione :D.







pan pielewin o pracowniku agencji reklamowej na grzybach (z tego co pamiętam). czytałam kiedyś dawno temu, chciałam własny egzemplarz i mam, za jedyne 15 zł :D.











do tego wszystkiego moja mama zakupiła dodatkowe 5 kilo książek, złapała 3 autografy, a ja musiałam to targać. następnym razem taczki albo ruska torba na kółkach.

terry pratchett - niewidoczni akademicy

magowie mają problem. okazuje się że żeby uniwersytet utrzymał bogate biesiadne tradycje, musi wystawić drużynę piłkarską. dla magów to oczywiście przerażające, ponieważ trzeba robić coś innego niż jedzenie, picie lub palenie, ale w obronie deski serów są w stanie się poświęcić. niestety piłka to niebezpieczny sport, należy więc usystematyzować zasady (przede wszystkim utrzymać kibiców poza boiskiem), co nie podoba się samym kibicom, wystawiają więc przeciwko niewidocznym niepokojącą drużynę złożoną z sympatycznych kiboli. magowie natomiast nie mogą używać magii, a na wszystko z góry patrzy patrycjusz, a z dołu oszalała, nie wiadomo dlaczego, na punkcie piłki ankhmorporska tłuszcza, hmm przepraszam, społeczeństwo :P.
oczywiście są i inne wątki. sprzedawanie marzeń na przykładzie mody dla krasnoludów (moim zdaniem to w ogóle wątek na całą powieść) i poważniejsza sprawa: jestem jaki jestem, to nie moja wina że moi przodkowie urywali ludziom głowy na wojnie, szczególnie że zostali przez nich stworzeni jako broń (biologiczna), ale mogę starać się nie pozbawiać ludzi części ciała, a siłę wykorzystać w inny sposób, na przykładzie goblina, który tak naprawdę jest orkiem (uberwaldzka złowroga technologia). robi się poważnie, szczególnie, że lord ventiari się upija. na szczęście na miejscu są magowie.
lubię pratchetta i podobało mi się mimo braku wiedźm, które są moimi ulubionymi bohaterkami dyskowymi, ale w zamian dostałam coś równie dobrego - doktora hixa, kierownika katedry komunikacji post mortem (łagodniejsze określenie n*e*k*r*o*m*a*n*c*j*i), "zawsze przydatny w trudnych sytuacjach, ponieważ (zgodnie ze statutem uczelni) był oficjalnie złym człowiekiem (...) NU oddał Hiksowi i jego grupie katedrę, budżet, system awansów, a także możliwość, by odwiedzać mroczne jaskinie i ciskać ognistymi kulami w nieoficjalnych złych czarnoksiężników. (...) doktor Hix stał się tolerowanym, choć nieco irytującym członkiem grona wykładowczego, przede wszystkim dlatego, że miał prawo (zgodnie ze statutem) wygłaszać niektóre z tych niemiłych wypowiedzi, jakie inni magowie chętnie wypowiadaliby sami. (...) Hix dobrodusznie zajmował niszę, którą w innym przypadku mógłby opanować ktoś naprawdę zaangażowany w całe te gnijące trupy czy obdarte ze skóry czaszki". jest po prostu boski i powinien zostać pełnoprawnym głównym bohaterem dyskowej powieści.

mary shelley - frankenstein

czyli "twoja ambicja zabija ciebie" i nie tylko.
klasyka powieści gotyckiej, bardziej smutna niż straszna. historię zna chyba każdy - młody geniusz tworzy człowieka z niczego, niestety jest mało odporny psychicznie i prowadzi to do jego załamania nerwowego, a stworzenie ucieka z laboratorium i błąka się po świecie. no i właśnie. więcej tu opisów świata oczami potwora niż przerażających scen z laboratorium, morderstwa (bo te też się zdarzają) też nie zajmują dużo miejsca. stworzenie powoli uczy się świata dookoła siebie, obserwuje ludzi i dzięki temu ogarnia stosunki społeczne, uczucia a nawet uczy się języka (zdolna bestia ;p). czuje się samotnie, próbuje więc zaprzyjaźnić się z ludźmi, ci niestety traktują go jak potwora, bo jest brzydki, mimo że ma dobre zamiary i wysławia się inteligentnie. jest też wrażliwy, chce dobrze a dostaje kamienie i widły, więc obwinia swojego stwórcę za bezsensowne stworzenie, stresuje się, czego skutkiem jest zabójstwo małego brata Frankensteina a później kolejne zbrodnie. mimo to bardziej współczuję biednemu stworzeniu, niż głupiemu geniuszowi, który nie bierze odpowiedzialności za swoje dzieło, nie chce nawet z nim rozmawiać i uważa go za diabła. zrobił go brzydkim i obwinia go za ohydę. noo bez przesady. na dodatek nie myśli, doprowadzając do śmierci swojej ukochanej (fakt, potwór ją zabija, ale można było temu zapobiec), a wcześniej do skazania niewinnej dziewczyny na śmierć, w obawie przed oskarżeniem o śmieszność i niesprawność umysłową. to egoista zapatrzony w siebie, rozpaczający nad swoim grzechem, ale nie robiący nic żeby się poprawić czy nawet zapobiec katastrofie, która nadchodzi machając.
ehh smutne to bardzo, ale czytałam po angielsku, nie zrozumiałam wszystkich zastosowanych przymiotników, ale poznałam kilka nowych słów, które autorka powtarzała maniakalnie, np alas! bardzo praktyczny wykrzyknik w horrorze :P.

wtorek, 26 października 2010

gabinet figur woskowych


opowieści niesamowite. niemieckie, przedwojenne (przeddrugowojenne). zabrałam się za nie, żeby przed halloween wrzucić na podaj coś o przerażającej tematyce, jednak z każdym opowiadaniem przekonywałam się że książka zostanie na półce. wiadomo jak to z opowiadaniami jest, jedne lepsze, inne gorsze, niektóre przerażające, niektóre ohydne (jak to o koniach co się żywcem obierały ze skóry) a kilka było nawet zabawnych. najbardziej spodobało mi się to pana gustava meyrinka: mózg, który wyparował o hodowcy sztucznych mózgów, który jednak nie ma nic ze swojego geniuszu i hoduje mózgi dla rzeźnika. kilka opowiadań tego pana jest w gabinecie, ale mi i tak go mało ;P. jest też pan kafka, i pierwszy raz przeczytałam słynne opowiadanie o przemianie w robaka, było zaskakująco zabawne, przynajmniej do czasu.
książka idealna na mglisty październik, a przypomniała mi inną tez z niemieckimi przerażających historiach, nazywała się chyba czarny pająk i czytałam ją na kursie bhp jak poszłam na studia. muszę jej poszukać.

wtorek, 19 października 2010

lubko deresz - arche

jesteśmy we lwowie po którym kręcą się dziwni ludzie: narkomani po kroplach do oczu, dilerzy, bardzo alternatywni performerzy i twórcy teatru, stowarzyszenie lalkarzy i klub halogenków. i bohaterka główna - tereska, która po wspomnianych wcześniej kroplach do oczu odjeżdża bardzo daleko i jest gotowa do przejścia na drugą stronę tekstu, coś jak w świecie zofii gdzie bohaterowie uświadamiają sobie że są wymyśleni, ale w tym wypadku nie jest to aż takie proste, bo nie wiadomo do końca która strona jest która i ile ich tak naprawdę jest. bohaterowie plączą się to tu to tam, najczęściej w innym stanie świadomości, gadają z autorem, który też nie do końca ogarnia co się dzieje, jeden wielki burdel :P. mimo to książka jest całkiem zabawna, dużo odwołań do szeroko rozumianej popkultury (noo może jej bardziej alternatywnej części), chociaż chwilami jest aż przeładowana elokwencją i długimi skomplikowanymi wyrazami, co jest męczące. szczególnie wyłazi to w monologach jednego z bohaterów, naćpanego (nawjuczonego :P) i opowiadającego teorie na temat rzeczywistości, niektóre sensowne, niektóre mniej, ale dość ich miałam na żywo, żeby mnie zachwycały te opisywane :P.
wkręcił mi się trochę świat skłotów z braćmi szalonymi artystami, podziemnych klubów i rytuałów halogenków, ale nie ogarnęłam tej książki do końca. może byłam za trzeźwa? :P

czwartek, 14 października 2010

sinclair lewis - elmer gantry

bardzo gruba książka i dość długo ją czytałam (i targałam w torbie tam i z powrotem). na początku jest zabawnie, przełom XIX i XX wieku, tytułowy elmer gantry z paryża (w stanie kansas) uczy się w szkole dla baptystycznych duchownych, jednak sami nie wie do końca czy chce zostać kaznodzieją, czy może handlowcem albo prawnikiem, bo w tych zawodach nikt nie oburza się jeśli człowiek trochę pije czy podrywa laski, a to elmer bardzo lubił. jednak odkrywa w sobie charyzmę i zdolność porywania tłumów, a na dodatek doznaje pewnego rodzaju nawrócenia no i uświadamia sobie że pastorowanie jest dość opłacalne, więc mimo tego że widzi pewnego rodzaju obłudę i brak zaangażowania w niektórych swoich nauczycielach, zostaje księdzem. mówimy tu o protestanckich duchownych, którzy mogą się żenić i są bardziej jak zwykli ludzie w porównaniu do księży katolickich, powinni jednak zachowywać się przyzwoicie (nie pić, nie palić, nie bałamucić kobiet zbyt otwarcie i nie głosić wywrotowych liberalnych haseł). elmer zaczyna w bardzo małej wiosce na totalnym zadupiu, ale ma ambitne plany. jednak już na samym początku ma problemy z kobietą, bo chciał się trochę zabawić, a ona nie chciała się odczepić. na szczęście udało się zażegnać kryzys i drzwi do kariery duchownego otworzyły się. elmer ma wielkie ambicje, interesuje go wysokie stanowisko w rodzaju biskupa, musi się więc napracować. jest pastorem w kościołach, wędrownym, prawie cyrkowym kaznodzieją a w końcu zostaje metodystą, bo u nich drabina kariery wydaje się łatwiejsza. po drodze niszczy ludzi, którzy stają mu na drodze, nie widząc w tym nic złego, i popada w coraz większą obłudę, aż ostatecznie dochodzi do momentu, w którym ma szansę na całkowita odnowę ameryki (moralną oczywiście) poprzez tępienie alkoholizmu, nieobyczajnego zachowania i ubierania się oraz bezsensownego i bluźnierczego przede wszystkim otwierania kin w niedzielę i jeżdżenia w ten dzień automobilami. przy okazji dostajemy opis duchownego środowiska, gdzie można spotkać obłudników, głupców oraz uczciwych ludzi pełnych wątpliwości, czy służenie ludziom w tej niezbyt świętej organizacji ma sens. do tego wszystkiego książka jest zabawna, oprócz kilku momentów kiedy jest przerażająca lub obrzydliwa (bo elmer to straszny dupek i cham).
pan lewis podobno w podobnym tonie opisywał również inne środowiska stanów zjednoczonych (jeszcze nie czytałam, ale mam zamiar) i dostał za to nobla, mimo że w domu był krytykowany za przedstawianie amerykańskiego społeczeństwa w niekorzystnym świetle :P.
oddam tutaj :)

środa, 6 października 2010

china mieville - blizna

druga po dworcu perdido książka ze świata bas-lag. zachwycałam się pierwszą, a blizna jest wg mnie jeszcze lepsza. tym razem wypływamy z nowego cobruzon na bas-lagowskie morza i oceany, co daje autorowi szansę na wprowadzanie coraz to nowych i dziwniejszych ras, stworzeń i urządzeń. historia jest dość skomplikowana, najlepiej przeczytać o niej samemu, w skrócie chodzi o to, że armada - ogromne pływające miasto zbudowane z przechwyconych piracko statków (jak w takiej książce, którą czytałam w młodości [i nie pamiętam tytułu a google nie zna :o ] o cmentarzysku statków na morzu sargassowym, zebranych w kupę prądami, mieszkali tam rozbitkowie, ale tamto miasto było bardziej anarchistyczne i stacjonarne) płynie w poszukiwaniu blizny, czyli miejsca pozostałego po przybyciu dziwnych istot z dalekich przestrzeni i wymiarów. nikt tam wcześniej nie był (a raczej nikt nie powrócił, żeby przekazać swoją wiedzę innym :P), ale wiadomo że jest to centrum dziwnych sił i mocy, które można by wykorzystać w różny sposób np. do panowania nad światem. wyprawa jednak nie jest taka prosta jak się wydaje, bo po pierwsze armada jest złożona z kilku dzielnic, z których każda rządzona jest przez kogo innego i w inny sposób (autorytarni kochankowie, bardziej demokratyczna rada lub też zbierający posoczny podatek wampir) i trzeba jakoś przekonać wszystkich obrania odpowiedniego kierunku podróży. po drugie do blizny trudno się dostać, bo dookoła szaleje zwariowany ocean nie przepuszczający statków (praktyczną rzeczą będzie wyciągnąć ogromne stworzenie z innego wymiaru, żeby podciągnęło miasto jak konik. morski.). problemy na każdym kroku, a po drodze okazja do opisania coraz to nowych krain i ras ich zamieszkujących (podróż morska to bardzo praktyczna rzecz w literaturze przygodowej :P) - podwodnych ludzi krabów czy ludzi moskitów: krwiożercze kobiety i mężczyzn bez ambicji zagłębionych w intelektualnych problemach.
książka ma tyle drugo, trzecio i piątoplanowych wątków, że starczy panu autorowi na kolejnych co najmniej 10 tomów, i każdy (wątek) niesie ze sobą interesującą historię. czytałam opinie o tej książce że rozbudowana i dużo na raz się dzieje, ale według mnie to zaleta. takie podejście do sprawy pokazuje, że poza opisywaną historią, dookoła toczy się życie, którego przecie nie da się w całości opowiedzieć. widziałam też narzekania na opisy, co wydaje mi się lekką przesadą, bo bliznowy świat jest dziwny i inny od tego po tej stronie kartek, a opisowe fragmenty są duuużo ciekawsze od tych np z nad niemnem :P.
w warstwie pozaprzygodowej (pod, nad?) książeczka mówi o manipulacji i trochę o tożsamości przy okazji przymusowych imigrantów armadowych wyrwanych ze swojego środowiska i wrzuconych w inny, dla niektórych lepszy, dla innych gorszy, ale przede wszystkim zamknięty świat bez możliwości ucieczki.
jestem skłonna bliznę zakupić, a teraz poluję na kolejną z serii żelazną radę. wrażenia zapewne niedługo :).

piątek, 1 października 2010

andrzej pilipiuk - operacja dzień wskrzeszenia

postapokalipsa i podróże w czasie. cała historia brzmi interesująco: po opanowaniu i odpaleniu polskich głowic jądrowych przez terrorystów wybucha światowa wojna nuklearna, ogromna liczba osób umiera a pozostali wegetują w napromieniowanym świecie bez większych perspektyw. na szczęście polscy naukowcy są w posiadaniu technologii pozwalającej wysyłać ludzi w przeszłość i zamierzają ją wykorzystać do unieszkodliwienia (wysterylizowania) któregoś z przodków psychopatycznego prezydenta polski, który w swej megalomanii, doprowadził do zbudowania polskiej broni jądrowej (a, słyszałam że długie zdania już nie są w modzie bo ludzie nie potrafią się na nich skupić :P). niestety próby podróży w czasie wiążą się jeszcze z dużym ryzykiem, z powodu słabego rozpoznania tematu, mimo że wiele błędów naprawiono (zwykle były to błędy śmiertelne dla podróżników). w każdym razie mamy grupkę gówniarzy w wieku około 17 - 20 lat, którzy zostali dokładnie przetestowani i wyselekcjonowani w celu przeprowadzenia misji ocalającej świat. oczywiście nie jest to takie proste, przeszkody się piętrzą, a pracownik carskiej ochrany z końca dziewiętnastego wieku zorientował się, że przybysze z przyszłości mogą być bardzo dobrym źródłem informacji, trzeba ich tylko nakłonić do współpracy torturami.
tak w skrócie przedstawia się fabuła książki, jest interesująca, zabawna i naprawdę wciąga. jednak nie wszystko jest idealne. wiem że jest to książka czysto rozrywkowa, nie psychologiczna, ale bohaterowie wydawali mi się mało spójni. niby mieli byś tacy inteligentni i zdolni do przeprowadzenia zamierzonej akcji, a tymczasem robili chwilami strasznie głupie rzeczy, których skutkiem była awantura na pół zaborowego miasta (a główną zasadą była jak najmniejsza ingerencja w historię, ponieważ nawet zakup czekoladek w sklepie mógł okazać się przyczyną nieurodzenia się kupującego, skutkiem czego znikał). można było też rozwinąć wątek nieco szalonego profesora, który odkrył mechanizmy podróży w czasie, a w wyniku jego eksperymentalnych wysyłek ludzi w przeszłość wielu zginęło. wiem wiem czepiam się, książka lekka i przyjemna (jeśli ktoś lubi postapokaliptyczne klimaty) a także zabawna i nie ma co się rozdrabniać.

czwartek, 23 września 2010

fannie flagg - nie mogę się doczekać kiedy wreszcie pójdę do nieba

taka sobie lajtowa książeczka, po smażonych zielonych pomidorach spodziewałam się czegoś lepszego, może bardziej zabawnego i nie tak schematycznego, ale nie zaprzeczam że książka jest sympatyczna i pozytywna. trochę nachalnie pozytywna ale nic to.
oto mamy główną bohaterkę starszą panią, która spada z drzewa i umiera. idzie do nieba które okazuje się być jej ulica sprzed 50 lat, a bogiem jest sąsiadka wraz z mężem. w czasie miłej niebiańskiej pogawędki na ziemi jest mniej przyjemnie, wszyscy smucą się śmiercią ciotki, sąsiadki i przyjaciółki. wspominają jaka była super i jak dzięki niej stali się lepszymi ludźmi. niespodziewanie okazuje się że starsza pani żyje. lekarze się pomylili albo nie wiadomo co się stało, w każdym razie powraca na świat doczesny, co jest pretekstem do przedstawienia podłych szpitalnych prawników i początku ich przemiany w sympatycznych ludzi. wszyscy są szczęśliwi, a ciocia umiera kilka lat później spokojnie w swoim łóżku.
morał jest taki że należy cieszyć się życiem i być miłym dla innych to wszystko będzie dobrze. uproszczone to bardzo i trochę takie amerykańskie dla mnie. tzn uważam że należy być miłym i cieszyć się małymi rzeczami bo nie ma wielu innych możliwości :P, ale złe rzeczy się zdarzają również miłym ludziom i pozytywne myślenie tego nie zmieni, a tekst ze cierpienie uszlachetnia i zbliża do boga to dla mnie jakaś bzdura.
no to pojechałam :P. czytało się dobrze i szybko tylko nie mogłam się w pełni cieszyć sympatycznym światem amerykańskiego południowego zadupia, bo denerwowało mnie przesłodzenie i uproszczenie. nie zrównoważyło go nawet przypadkowe zastrzelenie gwałciciela małych niepełnosprawnych dziewczynek (i późniejsze zakopanie go w ogródku) ani patologiczna rodzina jednej z sąsiadek (bo na emeryturze olała rodzinę, wyjechała na hawaje i dobrze się bawiła po raz pierwszy w życiu).

wtorek, 21 września 2010

flannery o'connor - poczciwi wiejscy ludzie

ludzie są okropni czy wiejscy czy też miastowi, wszystko jedno. trzy opowiadanka z podłymi typami: cwaniaczkowaty sprzedawca biblii uwodzący niepełnosprawne wiejskie dziewczęta, uparty stary dziadek niecierpiący zięcia i reszty rodziny poza jedną ulubioną wnuczką upartą jak i on i seryjny morderca, który byłby sympatyczny gdyby nie to że w piękny słoneczny dzień zabija całą rodzinę spotkaną przypadkiem na polnej drodze. opowiadania są smutne, bo ludzie są podli albo nie potrafią się opanować ale jednak chwilami zabawne w dość dziwny sposób.
książka czyta się błyskawicznie (droga do pracy i z powrotem nie cała) no i ten południowo stanowy klimat, tylko mało pozytywna w przekazie.

czwartek, 16 września 2010

mark haddon - a spot of bother

na okładce piszą ze zabawne i poruszające jednocześnie. może i tak, jeśli kogoś bawi np. bójka na weselu wywołana przez ojca panny młodej na valium i szampanie, albo upierdliwe dziecko ze swoimi komentarzami w skomplikowanych rodzinnych sytuacjach. może i poruszające, ale mnie jakoś nie rusza męcząca rodzina angoli z problemami w większości wymyślonymi: ojciec hipochondryk, któremu wydaje się że ma raka i świra jednocześnie, uświadamia sobie własną śmiertelność (jeszcze jego mogę zrozumieć - sama miewam paranoje) i matka romansująca z kumplem swojego męża nie może się zdecydować. córka ma wychodzić za mąż. albo nie. albo tak. hmm rodzina myśli że to nieodpowiedni kandydat. w sumie mało mamy wspólnego. ale chyba go kocham. albo nie. albo tak. poza tym ma dom kasę i super dogaduje się z moim dzieckiem. no i jeszcze synek gej który nie chce się statkować. ale może jednak chce. sam nie wie, niby kocha swojego faceta ale ciężkie to wszystko.
rozumiem że związki są skomplikowane a rodzina to ludzie którzy muszą ze sobą jakoś żyć mimo wszystkiego co sobie powiedzieli i co sobie zrobili i książka bardzo ładnie pokazuje jak można się dogadać (aż za ładnie bo od happy endu niedobrze mi się zrobiło). ale bohaterowie mnie zmęczyli, byli płascy i nieogarnięci. na dodatek styl pana haddona mi nie bardzo podszedł. krótkie zdania i mnóstwo szczegółowych opisów kto co zrobił w stylu: wzięła kubek ze zmywarki, przetarła go i nalała sobie kawy. może ma to na celu hmmm uplastycznić sytuację (?) ale kogo to tak naprawdę obchodzi. tzn mnie na pewno nie :P.
pan haddon pisze głównie książki dla dzieci (chyba 5 latków :P) i nie przestawił się na pisanie dla dorosłych. a przynajmniej nie dla mnie (nie żebym nie lubiła książek dla dzieci, wprost przeciwnie, ale lubię też długie zdania). no i ci bohaterowie idioci. ehh książka zdecydowanie nie dla mnie, może na podaju komuś podejdzie.

wtorek, 7 września 2010

witold michałowski - tajemnica ossendowskiego

hmm to chyba miała być biografia. czytałam kiedyś książkę pana ossendowskiego przez kraj ludzi, bogów i zwierząt i mimo, że miałam do niej pewne zastrzeżenia, zainteresował mnie jej autor, który po rewolucji w rosji włóczył się po syberii i mongolii uciekając przed komunistami i w zasadzie nie wiadomo co robiąc. podejrzewa się że mógł być jakimś szpiegiem, kumplem słynnego barona ungerna albo jeszcze kimś innym, w każdym razie udało mu się przyjechać do polski i został słynnym na całym świecie pisarzem oraz podróżnikiem. miał interesujące życie, czego nie można powiedzieć o książce tajemnica ossendowskiego. jest przede wszystkim chaotyczna, nie wiadomo o co chodzi, poajwiają się jacyś ludzie, znikają, rozdziały są jakoś nieprzemyślanie skonstruowane. rozumiem że zabieg nieliniowości akcji czyni książkę ciekawszą ale raczej nie biografię :P. poza tym najciekawszy według mnie okres życia ossendowskiego czyli jego mongolska przeprawa, został bardzo marnie opisany. podejrzewam, że trudno znaleźć jakiekolwiek źródła na ten temat. no ale w zamian dostajemy szczegółowy wykaz długów bohatera w przedwojennej warszawie i historię jego korespondencji z jakimś francuskim producentem filmowym.
nie mówię, że ta książka jest zupełnie bezwartościowa, bo to nieprawda. ossendowski był zamieszany w przedrewolucyjną aferę fałszowania dokumentów szpiegowskich, bardzo dużo podróżował (można sobie porównać jego afrykańskie safari z wyprawą pana nowaka na rowerze, to mniej więcej w podobnym okresie miało miejsce), zyskał międzynarodową sławę i tłumaczono go na bardzo wiele języków. mimo to wpadł w po poważne długi i pisał sępiące listy do różnych osobistości opisując jako to okradli mu żonę z biżuterii i musi wykarmić biednych siostrzeńców, których nie miał. naprawdę wiele się działo w jego życiu i gdyby ktoś napisał jego dobrą biografię to ja chętnie zakupię :P.

china mieville - dworzec perdido

czyli polowanie na produkujące zabójczo mocny narkotyk międzywymiarowe istoty w steampunkowyo industrialnym wielorasowym mieście. tak wiem jak to brzmi ale książka jest duża a zawartość skomplikowana, trochę w stylu pratchetta - rozwijanie kilku wątków z różnymi bohaterami, którzy w końcu spotykają się w kulminacyjnym momencie, i trudno o niej pisać w miarę krótko. zresztą akcja swoją drogą, nie jest może jakoś odkrywcza (trudno o to w fantastyce tak naprawdę), najważniejszy jest świat w którym się toczy. ogromne miasto które czasy świetności ma już za sobą, wiele dzielnic to zwykłe slumsy pełne żebraków, pijaków, różnych szemranych typów, prostytutek oraz zakamuflowanych agentów milicji. mieszkańcy to mieszanka różnych ras. są ludzie, vodyanoi (coś w stylu ludzi-płazów), garudowie (ludzie-ptaki o pustych kościach), khepri (kobiety o owadzich głowach) i ludzie kaktusy. oprócz tego plączą się tam prze-tworzeni, czyli ludzie (zwykle przestępcy) poddani operacjom wszczepiania w ciało różnych użytecznych rzeczy. wszystkim tym rządzi burmistrz-dyktator wspólnie z mafią.
w ten wspaniale uporządkowany milicyjnymi rękami świat wkraczają ćmy - istoty wielowymiarowe żywiące się snami (o czymś podobnym pisał castaneda najadłszy się peyotlu) i wysysające z ludzi ich umysły. mają też macki :P i wiele dodatkowych kończyn i bardzo trudno je zlikwidować bo nie maja naturalnych wrogów i szybko się regenerują. miasto ma poważny problem. główny bohater - nieposłuszny naukowiec, przypadkiem wplątuje się w całą aferę. zaczyna polowanie na ćmy i byłby bez szans gdyby nie pomoc międzywymiarowego wielkiego pająka naprawiającego rozerwaną rzeczywistość składającą się z włókien energii (znów castaneda i hmm teoria strun? nie jestem pewna) i mającego naprawdę dziwne pomysły bo kieruje się własnym poczuciem estetyki nie zważając na nic innego (np ludzkie życie). to moja ulubiona postać :P. a jest jeszcze rada konstruktów, którą też lubię. to sztuczna inteligencja powstała spontanicznie w wyniku wirusa lub błędu karty perforowanej w jednym z konstruktów (czyli parowym, chymicznym lub taumaturgicznym komputerze). jej celem jest powiększanie swych wpływów przez zdobywanie coraz to nowych informacji, własna rozbudowa i prawdopodobnie panowanie nad światem :D. na początek został głową sekty i ludzie oddają mu cześć.
nie będę to się rozpisywać, książkę należy przeczytać, chociaż liczba wątków (niektórych jakby pozostawionych samym sobie) może odstraszać. z drugiej strony służy to budowaniu świata, złożonego i skomplikowanego w którym osadzić można jeszcze ze 30 powieści :D.
chyba wpadłam w kolejną serię.

środa, 1 września 2010

erica jong - jak ocalić swoje życie

czyli dobrze się czasem rozwieść :P. główna bohaterka isadora, lekko po 30, dochodzi do wniosku że jej mąż jest beznadziejny, nudny, nie ma o czym z nim rozmawiać, zupełnie się nią nie interesuje, traktuje ją protekcjonalnie (jest psychiatrą). na dodatek kilka lat wcześniej wdał się w romans (byli już małżeństwem) co nie byłoby czynnikiem skreślającym, gdyby nie to że ciągle wywoływał w isadorze poczucie winy. fakt że zdarzały jej się przygodne romanse z innymi kolesiami, ale głównym problemem była jej pisarska kariera na którą mąż łaskawie zezwalał dopóki nie przyniosła jej sławy. każdą rozmowę próbującą coś naprawić kończyły teksty o psychoanalityku, do którego isadora powinna się udać żeby rozwiązać swoje problemy. zamiast tego postanawia porzucić męża i przestać żyć w hipokryzji niestety nie jest to takie proste. o wiele łatwiej żyć może w niezbyt idealnym systemie niż przewracać swoje życie do góry nogami ryzykując że wszystko się posypie. isadora podejmuje decyzję. pomagają jej w tym przyjaciółki, kumple-kochankowie, a także wyjazd do słonecznej kaliforni (w cieplejszym klimacie wszystko jest łatwiejsze) i poznanie młodszego od siebie boskiego hipisa.
książka napisana jest bardzo zabawnie i szybko się czyta (opóźnienia pkp pomagają w tym). niektórzy mogą narzekać na liczne sceny seksu traktowanego dość naturalnie i z poczuciem humoru, mnie jednak już niewiele ruszy po trylogii pani rice o śpiącej królewnie i wesołych książkach henrego millera (który swoją drogą pojawia się w tej książce jako wesoły staruszek). co innego mnie denerwowało - poczucie winy bohaterki. rozumiem że sumienie może męczyć jak śpi się z kimś innym niż mąż ale wyrzuty z powodu realizowania siebie to dla mnie już przesada. książka jest z lat 70 kiedy ten problem był zapewne powszechniejszy (nie mówię że teraz tego nie ma ale na pewno inaczej patrzy się na kobiety robiące karierę zamiast codziennych obiadków mężowi).
a morał z niej taki że lepiej żałować że się coś zrobiło niż że się czegoś nie zrobiło a każde doświadczenie się przydaje.
i chciałabym przeczytać strach przed lataniem , bo to wcześniejsze losy isadory i jej problemów z facetami.

wtorek, 31 sierpnia 2010

john pearson - the life of ian fleming

biografia twórcy jamesa bonda :D. znalazłam ją w szmateksie - to ostatnio moje ulubione źródło książek. na początku wydawała mi się nieco nudna (trzeba wziąć pod uwagę że jest po angielsku, z roku 1966 i napisana poważniej niż inne rzeczy które w tym języku czytałam - te przymiotniki :P), szczególnie gdy autor wgłębiał się w problemy młodego iana i wchodził trochę w psychoanalizę. ale przebrnęłam przez tą część jak i bohater przebrnął przez trudne i niezdecydowane dorastanie, problemy w szkole, rezygnacja ze szkoły wojskowej (tragedia dla kogoś z dobrego szlacheckiego domu, kto ma ojca martwego bohatera I wojny światowej i prawie genialnego starszego brata) i wyszedł w końcu na ludzi. najpierw pracował w city zajmując się kluczowymi klientami towarzystwa inwestycyjnego, tzn zabierał ich na obiad i robił dobre wrażenie. jednocześnie prowadził miłe życie pełne dobrego żarcia i licznych lasek. miał też epizod dziennikarski w rosji (a raczej zsrr), a później przed II wojną światową, również tam, taki jakby trochę szpiegowski, ale bardzo delikatny. żadnego strzelania czy niebezpieczeństw, bardziej rola obserwacyjna. później, tuż przed wybuchem wojny, wkręcił się do wywiadu marynarki wojennej i zarządzał agentami oraz wymyślał niekonwencjonalne rozwiązania problemów, bo zawsze miał skłonności do fantazji. brał udział w nieudanym przekonywaniu szefa marynarki francuskiej do oddania okrętów pod angielskie dowództwo, żeby nie wpadły w niemieckie ręce (wczoraj się dowiedziałam, że skutkiem był atak anglików na francuskie jednostki), udanej ewakuacji anglików z francuskiego wybrzeża i pomagał w stworzeniu amerykańskiej agencji wywiadowczej, bo stany przed wojną nie miały jednej tylko całe stado małych, które raczej konkurowały ze sobą niż współpracowały. zorganizował też szpiegowskie komando, którego zadaniem było poruszać się z frontem i przejmować wszystkie tajne papiery opuszczone i niezniszczone przez wroga. po wojnie życie mu się wyluzowało, bo został dziennikarzem odpowiedzialnym za korespondentów zagranicznych, ale wojenne doświadczenia pomogły mu bardzo w stworzeniu jamesa bonda, o którym zaczął pisać (casino royale) w latach 50 niedługo przed swoim ślubem. był już dobrze po czterdziestce i używał życia a jego przyszła żona Anna była zamężna po raz drugi z jakimś arystokratą. na początku spotykali się co jakiś czas to w anglii to w jamajskiej posiadłości fleminga - goldeneye (brzmi znajomo?) aż w końcu udało jej się uzyskać rozwód (skandal!) i wzięli ślub. przedmałżeńskie lęki iana skanalizowane zostały w bondzie - luzaku, który robi co chce (oczywiście w ramach służby krajowi i królowej) i traktuje laski jak zabawki (całkiem dobre wykorzystanie ich). później co roku pisze jedną książkę o bondzie. zajmuje mu to dwa miesiące wakacji spędzanych na jamajce. w resztę roku musi pracować, bo bond stał się bestsellerowy dopiero po pojawieniu się flemingowego nazwiska w gazetach w związku z wynajęciem goldeneye brytyjskiemu premierowi. dzięki temu bond staje się sławny, książki się sprzedają, filmy się robią, niestety fleming umiera w 64 roku ze zużycia.
jak na razie bond ma się dobrze (no może nie licząc kilku filmów ze starym rogerem moorem i starym żółwiem brosnanem :P) mimo że odsuwają premierę kolejnego.

środa, 25 sierpnia 2010

william saroyan - chłopiec na lotnym trapezie

zbiorek opowiadań amerykańskiego pisarza pochodzenia ormiańskiego. opisują lata 20/30 w stanach, lubię takie klimaty szczególnie jeśli jest w tym dużo humoru, a w przypadku tej książki tak jest. no może poza pierwszym opowiadaniem o pisarzu który umiera z głodu - mało to zabawne i ostatnim esejem bardziej niż opowiadaniem o sierotach ogniu i pisaniu. reszta historyjek jest zabawna, nawet jeśli opowiada o kupowaniu jedzenia na kreskę. w sumie nic powalającego, ale przyjemnie się czytało.

środa, 18 sierpnia 2010

orson scott card - gra endera

czyli o tym jak gówniarze ratują świat :P. przyszłość. żelazna kurtyna stoi (książka z lat 80 będąca rozwinięciem opowiadania z lat 70) ale kosmos z grubsza opanowany jednak niestety nie tylko przez ludzkość. wstrętne robale z kosmosu już dwa razy przeprowadzały prawie udane inwazje na ziemię. tym razem jednak rządzący światem próbują zapanować nad sytuacją i wyprzedzić kolejny atak. w tym celu biorą genialne dzieci i po gruntownych badaniach pakują je do szkoły bojowej znajdującej się w przestrzeni kosmicznej. dzieci zaczynają w wieku 6 lat. główny bohater jest właśnie takim dzieckiem tylko jeszcze bardziej bo jest jedyną nadzieją na pokonanie robali (dlaczego? nie do końca pojęłam). w szkole jest hardkorowo traktowany przez nauczycieli żeby rozwijał swoje umiejętności walki strategii i dowodzenia. działa to w przypadku endera który jest najlepszy w historii szkoły, wygrywa wszystkie walki nawet po okropnie niesprawiedliwych zmianach zasad, ma jednak problem ze sobą bo nie chce krzywdzić ludzi ale jest do tego zmuszony, bo ciągle ktoś stawia go w sytuacji "on albo ty". jako 11 latek pokonuje robale myśląc że cały czas gra w grę strategiczną z komputerem. w tym samym czasie na ziemi jego niewiele starsi brat i siostra opanowują świat za pomocą sieci, sącząc w nią populistyczne opinie, doprowadzając do wojny z układem warszawskim i pokonując go. na końcu ender żyje długo i szczęśliwie ze swoją siostrą daleko w kosmosie próbując zrozumieć robale, które jeszcze przed swoją zagładą wtargnęły mu do mózgu przez grę myślową i doprowadziły do odnalezienia jedynego ocalałego z pogromu kokonu królowej robali. w ramach zadośćuczynienia za wybicie robaków ender szuka miłej planety dla słodkiego kokonka telepatycznie zawierającego z nim pokój. a jego brat rządzi światem. uff trudne to i zakręcone. pewnie coś poprzekręcałam no trudno.
więc tak. rozumiem gatunek fantastyka, a nawet science fiction i że takie rzeczy normalnie nie istnieją. ale jak przełknę telepatyczne robale i wojny kosmiczne i nawet szkołę bojową to już tych dzieciaków nie. mają one po 6 - 11 lat a zachowują się jak dorośli. nie przekonuje mnie to zupełnie nawet jeśli są to super genialne jednostki. przyjmę strategię zdesperowanych dowódców wojskowych wciskających gówniarzowi gierkę w nadziei że pokona obcą cywilizację, ma to nawet jakiś sens, dzieci nie mają zahamowań i łatwiej niektóre rzeczy im przychodzą. ale opanowanie świata przez rodzeństwo to już dla mnie za dużo. no i ta końcówka. ogólne przebaczenie i pokój. wydaje mi się że jakbym miała 12 lat to by mi się bardziej podobała. mogłabym się identyfikować z którymś wybitnym dzieciakiem :P. a tak to już jestem stara i zgorzkniała, mam młodsze rodzeństwo i uważam że dzieci są głupie :PP.
ale czytało się dobrze, wciągające było, bardzo dziękuję za pożyczenie :D.

piątek, 13 sierpnia 2010

ursula k. le guin - wracać wciąż do domu

czyli utopijne społeczeństwo przyszłości. tzn najprawdopodobniej przyszłości. postapokaliptycznej w której widać jeszcze negatywne wpływy wcześniejszej cywilizacji w postaci mocno zanieczyszczonych i toksycznych miejsc lub wrodzonych śmiertelnych wad zwierząt i ludzi. żyją sobie oni razem w dolinie rzeki w miastach (jak to nazywają bo z naszego punktu widzenia to kilka domków nad rzeczką lub strumykiem). nie używają pieniędzy, pracują dla dobra i rozwoju społeczności, bogactwem jest dawanie a spory rozwiązują przez dyskusję. świat widzą jako harmonijne połączenie ludów ziemi (ludzkich ludów, zwierzątek, roślinek ale też przyrody nieożywionej) i ludów nieba i pustkowia - mistycznej strony świata. używają też potrzebnej technologii parowej i prąd też mają z paneli słonecznych ale nie dążą do rozwoju technologicznego czy ekspansji terytorialnej. żyją sobie w spokoju uważnie i świadomie zgodnie z cyklami roku.
no i o tym właśnie jest ta książka. podejrzewam że trochę antropologiczny (nie jestem pewna bo nic naprawdę antropologicznego nie przeczytałam) opis kultury z innym niż nasze podejściem do życia i otaczającego świata. kilka historii, wierszy i piosenek, opisy zwyczajów i obchodzonych świąt. bardzo mało akcji co nie jest wadą w tym przypadku bo książka i tak mnie wciągnęła, chociaż zrozumiem jeśli ktoś ją uzna za nudną. ale długo ją czytałam bo gruba jest i jeszcze kazała mi myśleć :P. ale to dobrze trzeba się czasem zastanowić nawet jeśli wnioski nie są sympatyczne.
chcę zaznaczyć na koniec że nie jest to nachalna promocja ekologii i życia zgodnego z naturą nikt tu nikogo do niczego nie zmusza, pani autorka tylko opisuje :P.

czwartek, 5 sierpnia 2010

virginia woolf - pani dalloway

czyli jeden dzień z życia powojennego (po pierwszo wojennego) londynu. prosta historia: pięknego czerwcowego dnia pani dalloway przygotowuje przyjęcie, spaceruje po londynie aby kupić kwiaty, obserwuje ludzi. narracja płynnie przenosi się z jednego bohatera na drugiego, później na następnego i tak chodzi w kółko po mieście zahaczając o straumowanego wojną septimusa, jego żonę, psychiatrę, ukochanego pani dalloway z młodości, jej męża i jeszcze kilka osób kręcących się w pobliżu. najważniejsze jest jednak skupienie się na konkretnej chwili i pokazanie jej wartości, nie ważne czy to promienie słońca na twarzy, przejazd kogoś z rodziny królewskiej czy też starsza pani krzątająca się w domu naprzeciwko albo wiadomość o samobójstwie w sąsiedztwie. strumień świadomości przypominał mi trochę ulissesa którego zmęczyłam podczas pewnych wakacji (dwa tygodnie męki, może jestem za głupia :P) ale pani dalloway jest dużo bardziej przystępna dla mojego mojej małej głowy. chociaż kiedyś zaczęłam ją czytać dawno temu i chyba nie skończyłam. tym razem bardzo mi się podobała i przemówiła do mnie: patrz teraz :).
skończyłam jeszcze w lipcu, niestety weekendowe wyjazdy oraz katastrofalne strajki płyty głównej dezorganizują życie.

wtorek, 27 lipca 2010

jane austen - rozważna i romantyczna

czyli kłopoty młodych niezbyt zamożnych panien na początku XIX wieku. wydaje mi się że historia jest ogólnie znana: panna rozważna i panna romantyczna obie, w podobnej sytuacji czyli ukochany facet ma ożenić się z inną. dwa różne podejścia do problemu: jedno racjonalne, właściwsze, drugie bardziej ekspresyjne - niebezpieczne - umrzeć można :P. poza tym obraz ówczesnego społeczeństwa, podłe złe matki i stare ciotki szantażujące młodzieńców wstrzymaniem funduszy na życie w przypadku niewłaściwego ożenku, snobistyczne szwagierki i głupie kuzynki. a także ciągnące się miesiącami wizyty, konwenanse i bycie na pan z własnym mężem.
z jednej strony zabawnie się czyta jak laski czytają książki, spacerują lub odwiedzają krewnych czekając na męża ale z drugiej to faktycznie był problem dobrze trafić w przypadku gdy wyjście za mąż jest jedyną szansą na utrzymanie się. smutne to trochę, na szczęście książka się dobrze kończy, obie siostry szczęśliwie i w miarę bogato wychodzą za mąż, rodziny akceptują ich związki (z tym też nie było łatwo) i w ogóle sielanka.
miałam tylko problem na początku z tą książką, bo tłumaczenie jakieś dziwne mi się wydawało i jeszcze te wyjaśnienia trudniejszych wyrazów w przypisach, ale może było to wydanie dla podstawówki :P.

piątek, 23 lipca 2010

john steinbeck - myszy i ludzie

czyli kalifornia to nie tylko słońce wino i półnagie laski. szczególnie w wielkim kryzysie.
dwóch kumpli wędruje za pracą od rancza do rancza. niby są jak tysiące im podobnych z tym że jeden z nich - lenny - ma coś nie tak z głową, zapomina rzeczy i czasem gdy się zdenerwuje nie panuje nad swoją siłą. lubi głaskać miłe rzeczy np myszy (ciągle je przypadkiem zabija więc marzy o czymś większym np o królikach albo psie). george opiekuje się lennym i ma nadzieję na odłożenie pewnej sumy pieniędzy na swoje własne niewielkie gospodarstwo, gdzie w końcu mógłby być sam sobie szefem.
trafiają na farmę gdzie są widoki na jaki taki zarobek. niestety pojawia się problem w postaci niewyżytej żony syna gospodarza która kręci się wśród robotników i podrywając ich z nudów. dopada też lennego, który nie bardzo wie co ma robić, widzi tylko że włosy laski są milutkie i mięciutkie i idealnie nadają się do głaskania. dziewczyna zaczyna się wyrywać i lenny ją przypadkiem zabija. później ucieka a george jest zmuszony go zastrzelić żeby robotnicy go nie zlinczowali.
bardzo smutna to książka i trochę przewidywalna, jak lenny na początku wyciągnął z kieszeni martwą mysz to wiedziałam że to się źle skończy. a jak pojawiła się laska to wiedziałam jak dokładnie się skończy. no ale lubię steinbecka i na szczęście myszy i ludzie są duuużo krótsze od gron gniewu które mnie okropnie zmęczyły psychicznie ale były bardzo dobre.
no i miła odmiana w torbie po ważących po 5 kg dwóch poprzednich książkach.

piątek, 16 lipca 2010

jk rowling - harry potter i insygnia śmierci

leżało w domu więc wzięłam jako lekturę typowo wakacyjną lekką i przyjemną. nie boję się voldemorta a że już kiedyś czytałam (w jakiejś dziwnej chyba drukowanej wersji po angielsku aaa jestem książkowym piratem :P) wiedziałam jak się skończy więc myślałam że uniknę niepotrzebnej w te upały ekscytacji. jednak, nie wiem może sprawiła to właśnie temperatura przez którą jestem jakby w letargu i mózg nie działa prawidłowo, książka strasznie mi się wkręciła i nie mogłam przestać jej czytać. już prawie zapomniałam jak to jest. dziś w autobusie dotarłam do kulminacyjnej sceny bitwy i musiałam ją skończyć idąc do pracy. nie wiem co się ze mną stało.
podejrzewam że wszystkim wiadomo o co chodzi w książce i nie będę tu rozpisywać się specjalnie na temat fabuły i szokować spoilerami :P. harry jest teraz poszukiwany przez vildemorta i musi ukrywać się więc błąka się trochę bezcelowo po anglii z ronem i hermioną. po drodze mają kilka atrakcji w rodzaju imprez, bitew i okradania banku, a wszystko zmierza ku ostatecznej konfrontacji z czarnym panem. przy okazji na jaw wychodzą pewne hmm niejasne fakty z życia dumbledora i harry ma wielki problem z zaufaniem mu mimo że ten już chwile leży w grobie. wszystko kończy się w miarę dobrze nie licząc kilku trupów a scena jak harry jest prawie martwy i powraca jest naprawdę zabawna (jak czytałam pierwszy raz to mnie trochę zniesmaczyła). no a bitwa w hogwarcie wciąga co już wcześniej zaznaczyłam. jedyne co mi się bardzo nie podoba to sytuacja snape który jest moją ulubioną postacią może dlatego że miał tak w życiu przesrane. pomiędzy voldemortem a dumbledorem, wykorzystywany przez obu, beznadziejnie zakochany w lasce co od dawna nie żyje, zmuszony do pilnowania bachora swojego rywala. na dodatek bachor jest arogancki i niewdzięczny, snape'a nikt nie lubi i spotyka go marny koniec. wydaje mi się że publiczna rehabilitacja z ust pottera i drugie imię potterowego synka to trochę za mało. biedny snape. harrego nie bardzo lubię bo jest trochę bucem i okazuje się taki wspaniały że porzygać się można :P.
może nawet na film się wybiorę. czy mi się uroiło czy ma być dwuczęściowy?

wtorek, 13 lipca 2010

ernesto sabato - o bohaterach i grobach

zapowiadało się ciekawie. grubość i iberoamerykańskość książki świadczyły na jej korzyść niestety nieco się zawiodłam. a raczej bardzo. buenos aires fajna sprawa, opisy miasta i ogólnie argentyny i ludzi co ją zamieszkują również (szczególnie podobali mi się komuniści i terroryści). niestety to tylko tło dla historii głównych bohaterów którzy są delikatnie mówiąc beznadziejni. więc mamy nienormalną aleksandrę co ma straszne jazdy w głowie (nie dowiadujemy się dlaczego) puszcza się na prawo i lewo, zabija swego ojca i rozkochuje w sobie młodego nieświadomego chłopca, wspomnianego chłopca który przez większe pół (:P) książki jęczy bo laska którą kocha jest niezrozumiała i nie chce iść z nim znów do łóżka, fernanda czyli ojca aleksandry który znów ma obsesję i paranoję na punkcie ślepców i uważa że oni rządzą światem jako wysłannicy szatana (hehe) a na dodatek jest chamem jakich mało i obrzydliwym typem. jest jeszcze bruno - kumpel aleksandry najnormalniejszy z całego towarzystwa i w zasadzie część której jest narratorem (książka podzielona jest na trzy) najbardziej do mnie przemówiła pomimo rozwlekłych dygresji rozpełzających się na wszystkie strony.
podobała mi się też historia nienormalnej rodziny aleksandry a szczególnie ciotka wariatka która przez 80 lat nie wychodziła z pokoju w którym mieszkała z głową swego ojca. i to tyle.

czwartek, 1 lipca 2010

jules supervielle - drugie życie pułkownika bigua

króciutka książeczka, która jest drugą częścią historii pułkownika. pierwszej oczywiście nie czytałam (ciągle mi się to zdarza) ale co nieco wywnioskowałam o co w niej chodziło. otóż prawdopodobnie pułkownik mieszkał w europie ze swoją żoną. nie mogli mieć dzieci więc bigua porwał kilkoro (w tym jedną młodą laskę marcelle, do której coś miał ale bez przekraczania granic przyzwoitości :P). druga część rozpoczyna się gdy pułkownik z rodziną podróżuje statkiem do swego rodzinnego montevideo. bigua próbuje popełnić samobójstwo ale mu się nie udaje (jak ech to pech). w domu sielanka z dawno nie widzianą matką i resztą rodziny zakłócana jest podejrzeniami romansu pułkownika z marcelle. ona wyjeżdża, on próbuje jej szukać nieco irracjonalnie. na dodatek okazuje się że sprzedał przypadkiem swoją wiejską posiadłość i w zasadzie jest spłukany. jak się wali to wszystko, bohater musi więc odnaleźć się w nowej sytuacji. morał z książki taki że należy się wyluzować i doceniać co się ma (tak mi się przynajmniej wydaje, jednak nie czytałam pierwszej części więc mogę się mylić. ale wniosek pozytywny i do stosowania :P)

środa, 30 czerwca 2010

ra lafferty - czwarta czynszówka

apokalipsa nadchodzi. nad światem przepychają się cztery nieludzkie hmmm stowarzyszenia próbujące wykorzystać ludzkość i historie do swoich celów. najgorsze z nich to stworzenia które żyją od wieków a nawet milionów lat co jakiś czas wchodząc w cudze ciała. ich celem jest doskonalenie świata poprzez eliminację niewłaściwych rzeczy (jak np. ludzie) i sukcesywnym zmniejszaniu go aż do powstania jednoosobowego idealnego tworu. zaczynają od próby pozbycia się ludzkości przez sianie zarazy i paniki. przeciwstawiają im się patrycjusze, których zwykłym zajęciem jest pilnowanie żeby mackowate potwory nie wyszły z jakichś archaicznych źródeł. wszystko dzieje się na dwóch płaszczyznach: w rzeczywistości oraz w myślotkaniu - czymś w rodzaju rzeczywistości wirtualnej tworzonej przez telepatów usiłujących sterować tą drogą ludźmi i historią. wydaje mi się że właśnie o to chodzi w tej książce. strasznie jest zaplątana, wątki się mieszają nie wiadomo o co biega i gdzie jestem (czytałam ją głównie w autobusie do pracy z bardzo rana może mój mózg nie działał właściwie). przez fabułę przebiegają stada dziwnych postaci miotających się między realem a wirtualem, pojawia się również szpital psychiatryczny.
czytając zastanawiałam się czy to nie jest przypadkiem grafomania ale nawet jeśli to bardzo zabawna (bo pan lafferty ma a raczej miał niezłe poczucie humoru) i podobała mi się. a motyw powracających skojarzył mi się z amerykańskimi bogami bo te duchowe pasożyty w swoim czasie mieszkały na olimpie i uważały się za bogów.

poniedziałek, 21 czerwca 2010

borys akunin - walet pikowy

uwielbiam akunina. jego książki są zabawne i inteligentne a na dodatek jeszcze trzymają w napięciu. w tej niezbyt grubej książeczce fandorin ściga sprytnego oszusta i mistrza kamuflażu - momusa, który po obłowieniu się na prowincji zawitał do stolicy. zadarł z samym gubernatorem moskwy sprzedając jego pałac jakiemuś anglikowi, fandorin ma więc poświęcić cały swój czas na schwytanie bezczela. nie będę tu rozpisywać się o fabule, w końcu to kryminał, dodam jedynie, że jest kilka zabawnych intryg i podstępów, przebieranki zarówno ścigającego jak i ściganego (cyganie, niemieccy książęta, indyjscy dostojnicy oraz stare babcie).
w połowie książki zorientowałam się że już to czytałam, nie przeszkodziło mi to jednak
w niczym. jak trochę zapomnę to znów będę mogła przeczytać :)

piątek, 18 czerwca 2010

agata christie - tajemnica rezydencji chimneys

czegoś takiego potrzebowałam. książki pani agaty dzielą się na poważniejsze oraz zabawne. ta należy do zabawnych. międzynarodowa afera dyplomatyczna - herzoslovakia (państewko na bałkanach) ma złoża ropy ale nie ma króla. następca tronu prowadzi ciche negocjacje z brytyjskim rządem oraz przedsiębiorstwami naftowymi, niestety zostaje zamordowany właśnie w tytułowej rezydencji chimneys. nie jest to jedyna tajemnica tego historycznego domu. pojawiają się również kompromitujące rękopisy zmarłego hrabiego stylpitcha (kosmopolityczny herzoslovak), tajemnicze listy, będące pretekstem do szantażu, zaginiony kooh-i-noor i międzynarodowy złodziej klejnotów (wszystko oczywiście zgrabnie się łączy w całość). intryga, jak to często u christie bywa, jest pretekstem do opisania różnych typów ludzkich i w tej akurat książce robi to bosko. głównym bohaterem jest wiecznie pakujący się w kłopoty, awanturnik bez stałego zajęcia anthony cade. w chimneys bawią również victoria - luzacka wdowa-arystokratka, george lomax - szycha z ministerstwa spraw zagranicznych, opanowany i przneikliwy inspektor battle ze scotland yardu oraz właściciel rezydencji lord caterham (chyba najzabawniejszy bohater) znudzony i zmęczony najazdem cudzoziemców i dyplomatów, uroczo złośliwy i roztargniony jednocześnie.
nie będę pisać tu o akcji bo to kryminał i nie chcę spoilerować, ale nie wszyscy są tymi za których się podają i trzeba uważać na to co się mówi, a rewolucja bałkańska wisi na włosku.
no i ulubiony cytat:
" — Proszę wejść — powiedziała. — Zdaje się, że będę miała pracę dla pana.
Zaprowadziła go do jadalni, podsunęła mu krzesło, sama usiadła naprzeciw i zaczęła wpatrywać się w niego w wielkim skupieniu.
— Przepraszam — zaczęła — pan jest… to znaczy…
— Po Etonie i Oxfordzie — odparł młody mężczyzna. — O to chciała mnie pani zapytać, prawda?
— Coś w tym rodzaju — przyznała Virginia.
— Źle ląduję w życiu głównie dlatego, że nie potrafię się zmusić do podjęcia żadnej regularnej pracy. Ale mam nadzieję, że pani mi takiej nie oferuje.
(...)
— Widzi pan — rzekła. — Znalazłam się niejako w tarapatach, a większość moich przyjaciół zalicza się, że tak powiem… do wyższych sfer. Oni zawsze mają coś do stracenia.
— Ja nie mam. Niech pani mówi dalej. Co za kłopoty?
— W pokoju obok jest trup — powiedziała Virginia. — Został zamordowany, a ja nie wiem, co z tym fantem zrobić."

czwartek, 10 czerwca 2010

jd salinger - buszujący w zbożu

tyle się nasłuchałam i naczytałam o tej książce. że kultowa, że otwiera oczy i kontrowersyjna. niestety muszę przyznać że bardzo się zawiodłam. niby jest bunt przeciwko obłudnemu społeczeństwu i burżuazyjnemu stylowi życia, ale główny bohater, ten wielki buntownik, jest rozpieszczonym gówniarzem z bogatej rodziny, który rzuca kolejne szkoły bo mu się nie podobają i narzeka narzeka narzeka. nic konstruktywnego tylko upierdliwe jęczenie jaki ten świat jest beznadziejny. to już wiem sama :P. może jakbym przeczytała tą książkę hmm pod koniec podstawówki to bardziej by do mnie trafiła. rzeczy które sprawiały że książka byłą kontrowersyjna w latach 50 czyli luźny stosunek do seksualności, odrzucanie wartości rodzinnych (nie powiem że moralnych bo bohater jest bardzo moralny - nienawidzi społecznej sztuczności) oraz przekleństwa, które to rzeczy sprawiły że książka stała się głośna, dziś już spowszedniały. a jeśli chodzi o język to strasznie mnie męczył z powodu strasznej arogancji holdena i jego okropnego poczucia wyższości. aż ma się ochotę rąbnąć gówniarza w mordę :P. szczególnie że jego problemy są strasznie płaskie: że laski są głupie i dają się obmacywać, że kolesie myślą tylko o tym żeby zaliczyć laskę i się tym chwalić, że pseudointelektualiści nie znają się na sztuce, że mu alkoholu nie chcą sprzedać bo za młody... ehh same bzdury. jedyną pozytywną rzeczą w książce jest siostra holdena - phoebe. jest słodka inteligentna i dużo bardziej życiowa od swojego zbuntowanego brata. ma tylko 10 lat i właściwe podejście do życia - ma wszystko gdzieś i robi co chce :).
ale się uniosłam i rozpisałam. ale to dlatego że ludzie się podniecają tą książką a wg mnie naprawdę nie ma czym. o wiele lepsze jest wyżej podnieście strop cieśle. seymour: wstęp o czym już pisałam.

anais nin - szpieg w domu miłości

sabina główna bohaterka ma bardzo poważny problem z osobowością. rozszczepia jej się ona i z każdym nowo poznanym facetem powstaje nowa sabina. należy zaznaczyć że sabina ma męża którego bardzo kocha (tzn jedna jej część go kocha) ale jednocześnie boi się stabilizacji która przypomina jej o śmierci. stara się więc żyć pełnią życia a oznacza to dla niej całe stado facetów (wg mnie to trochę ograniczone spojrzenie na życie, faceci to nie wszystko ale co kto lubi). każdego z niech kocha jakąś częścią swojej osobowości, dla jednego jest namiętną kochanką, dla innego opiekuńczą matką albo po prostu towarzyszką zabaw (głównie erotycznych). nie rozwiązuje to jednak jej problemów a tylko je powiększa. jest szpiegiem w domu miłości, musi uważać na każde słowo, zawsze mieć usprawiedliwienie dla swojej obecności w danym miejscu. do tego dochodzi poczucie winy i zagubienie we wszystkich granych rolach, mimo ze sabina bardzo chce być aktorką i uważa że jest nią w życiu, dla każdego swojego mężczyzny będąc kimś innym.
może w 54 roku stada kochanków były dla niektórych bulwersujące, mnie to jednak specjalnie nie rusza. sabina jest bardziej upierdliwa - chce być wolna nie potrafi jednak uwolnić się od swoich wyrzutów sumienia i strasznie skupia się na sobie. za dużo psychoanalizy. chociaż samą panią nin bardzo lubię, jej dzienniki są super, to szpieg pewnie pójdzie na podaj.

wtorek, 8 czerwca 2010

hp lovecraft, august derleht - czyhający w progu

lovecraft, wiadomo: mroczność bluźnierczość przedwieczna ohyda i macki :P.
książka zaczyna się dość dziwnie tzn jest opis posiadłości (starej i nawiedzonej), leżącej w mrocznych lasach massachusetts w pobliżu złowrogiego arkcham znanego już i z innych przerażających opowiadań, ale opis wygląda tak jakby powciskano w niego na siłę ulubione lovecraftowe mroczne przymiotniki. później stylistyka się nieco poprawia albo ja się przyzwyczaiłam, a historia jest dość standardowa. ambrose dewart przybywa do odziedziczonej posiadłości i bierze się za odnawianie jej. w bibliotece znajduje tajemnicze i demoniczne manuskrypty oraz dziwne zalecenia pozostawione przez przodka dotyczące zachowania zmurszałej wieży w lesie, nieniepokojenia żab i lelków oraz niewpuszczania czyhającego w progu i nie wołania wśród kamieni. oczywiście bohater zagłębia się w dokumenty powoli odkrywając demoniczną rodzinną tajemnicę, która i na niego ma złowrogi wpływ. jeździ po okolicy wypytując kazirodczo zmutańciałych wieśniaków mamroczących w dziwnym języku i mieszkających w przedwiecznych spleśniałych domach (sprzed 200 lat, ach to amerykańskie poczucie historii). ostatecznie oczywiście coś go opętuje i woła wśród wzgórz i kamieni wpuszczając międzywymiarowego gościa, którym okazuje się pozaczasowa obślizgła ośmiornica z kumplami (myślę że dla znających choć trochę lovecrafta nie jest to specjalną niespodzianką). jakoś nie mogę tego brać poważnie, bo ilekroć pojawiają się potwory z innych wymiarów to widzę pratchettowych magów walących je po mackach i innych wystających częściach ciała :P.
bluźnierczo się ubawiłam :D

poniedziałek, 7 czerwca 2010

italo calvino - rycerz nieistniejący

to chyba pierwsza część cyklu z którego czytałam barona drzewołaza. jest jeszcze wicehrabia przepołowiony - w planach.
zabawna krótka powieść mieszająca nieogarniętego karola wielkiego i frankońskich (właściwy przymiotnik?) palatynów z rycerzami zakonu świętego graala (w permanentnej medytacji - rycerze nie graal). tytułowy rycerz nie istnieje naprawdę, tzn nie ma ciała, mieszka w białej zbroi i jest najwaleczniejszym a przede wszystkim najskrupulatniejszym członkiem armii karola wielkiego. pojawiają się również inni bohaterowie: rambald pragnący pomścić śmierć ojca z ręki maurów i zostać słynnym rycerzem a przy okazji zdobyć miłość pięknej kobiety - rycerza bradamanty, która niestety zakochana byłą beznadziejnie w rycerzu nieistniejącym. bohaterowie podróżują gdzie ich poprowadzą ich questy, przeżywają zdawkowo opisane przygody (uwolnienie szkockiej księżniczki z rąk maurów, noc z podstępną i lubieżną wdową czy ochrona wieśniaków przed złymi ludźmi) a wszystko to opowiadane jest przez mniszkę, która "prócz obrzędów religijnych, nabożeństw, nowenn, robót polnych, młocki, winobrania, chłosty wymierzanej poddanym, kazirodztw, pożarów, wieszania, najazdów obcych wojsk, grabieży, gwałtów czy zarazy" nic w życiu nie widziała.
bardzo to wszystko zabawne, ironiczne i idealnie trafiające w mój gust. kojarzy mi się trochę z książkami umberto eco i to nie z powieściami a takimi krótkimi opowiadankami (zapiski na pudełku od zapałek) bo podobny mają absurdalny klimat. a moim ulubionym bohaterem jest wioskowy głupek gurdulu który nie bardzo wie kim jest i np jak widzi motyla to myśli że jest motylem a jak ze zupę to próbuje robić to na odwrót tzn karmić zupę gurdulem.

środa, 2 czerwca 2010

od stevensona do hammetta - opowiadania kryminalne

nastawiłam się na retro kryminały od czegoś w stylu pani aghaty do czarnego kryminału lat 40 i w zasadzie właśnie to dostałam. nie wiem jednak czy jestem jakoś mało inteligentna ale większość z opowiadań nie miała dla mnie sensu. może miałam jakieś zaćmienie albo nie chciało mi się myśleć i większość historii wydała mi się na siłę komplikowana uszczegóławiana i dosyć nierealna (np. ta o lustrzanym bracie bliźniaku z sercem po prawej stronie :o) albo psychologicznie pokręcona. wiem że mordercy czasem nie są normalni no i kiedyś ludzie trochę inaczej działali. ostatnie opowiadanie jest szczególnie absurdalne i niby wyjaśnienie ma sens ale dlaczego ci ludzie tak się zachowali to zupełnie nie wiem. zawiodłam się też na opowiadaniu conan doyla który okazał się synem słynniejszego ojca i chyba nie potrafił pisać za bardzo. zapewne powinnam była podejść do tej książki jak do parodii i wtedy miałabym niezły ubaw szczególnie z kawałka o tajnym przestępczym stowarzyszeniu. może po prostu moje poczucie humoru zasnęło. hmm.

piątek, 28 maja 2010

etgar keret - tęskniąc za kissingerem

uwielbiam kereta i ta książka nie stanowi wyjątku. 49 króciutkich opowiadań, każde zaskakujące a do tego zabawne lub smutne. moimi typami są opowiadania surrealistyczne: ciężka wichura (o wichurze która zaczyna kumplować się z ludźmi), sztuczka z kapeluszem i abram kadabram (iluzjoniści z problemami) czy jaja dinozaura (o tym skąd biorą się noworodki). są jeszcze opowiadania z dziecięcego punktu widzenia, anegdotki i melancholijne kawałki o samotności.
trudno tą książkę jakoś krótko opisać bo każda część jest inna ale można je czytać w kółko. tzn ja mogłabym :P

czwartek, 27 maja 2010

italo calvino - baron drzewołaz

osiemnasty wiek gdzieś na włoskim wybrzeżu. 12 letni cosimo baronowy syn kłóci się z ojcem i wchodzi na drzewo postanawiając już nigdy nie schodzić na ziemię. na początku rodzina zła a później już tylko niespokojna próbuje go ściągnąć z powrotem, w końcu jednak się godzi z sytuacją cosimo jest bowiem uparty jak osiołek (lub też konsekwentny - na jedno wychodzi). żyje więc na drzewie, kumpluje się z wioskowymi łobuziakami kradnącymi owoce, pomaga ludziom w przycinaniu drzew i poznaje leśnych mieszkańców: wyrzutków społecznych, węglarzy i bandytów. z jednym się nawet zaprzyjaźnia i pożycza mu książki, co go niestety zaprowadza na szubienicę (bandytę nie cosimo) bo zaczytany wypada z rozbójniczej wprawy. po śmierci ojca bohater zostaje baronem nadrzewnym, dużo czyta, zostaje republikaninem i koresponduje z uczonymi i filozofami z całej europy. pojawia się również wątek romansowy, wszystko to opisane w bardzo zabawny sposób a w tle przewijają się niezwykłe drugoplanowe postacie. zwariowana siostra przyrządzająca posiłki ze wszystkiego co się rusza (obrzydliwa scena ze ślimakami) i polująca na szczury w celach kulinarnych, matka - córka generała - sama przejawiająca generalskie zapędy, ojciec z przerostem ambicji dążący bezskutecznie do tytułu diuka czy też zapleśniali francuscy żołnierze. pośród nich cosimo najpierw zbuntowany, później pragnący zrobić coś dla ludzi i świata, na końcu niestety zrezygnowany bo ludzie są beznadziejni i uważają go za wariata.
bardzo mi się podobało i niedługo biorę się za kolejnego calvino.
i jeszcze cytat: książki są jak ptaki: smutnieją kiedy je trzymać nieruchomo w klatce.

wtorek, 25 maja 2010

j d salinger - wyżej podnieście strop, cieśle. seymour: wstęp

polowałam na buszującego w zbożu dopadłam tą książeczkę zawierającą dwa opowiadania. w pierwszym brat narratora buddy ucieka sprzed ołtarza a narrator wskakuje do samochodu z weselnikami. niby nic a jakie zabawne i na dodatek refleksyjne. drugie opowiadanie związane jest z pierwszym postacią seymoura (uciekinier ślubny). buddy jest już w wieku średnim, natomiast jego brat popełnił samobójstwo kilka dobrych lat wcześniej. opowiadanie to pełen dygresji opis seymoura, luźne nie do końca powiązane ze sobą historyjki i anegdotki przeplatane strumieniem świadomości. trudno było mi się na początku skupić ale przeczytałam i podobało mi się bardzo. mimo że temat mało pozytywny to klimat książki wcale nie jest smutny a wprost przeciwnie pojawiają się również momenty zabawne. nie wiem dlaczego skojarzyło mi się to z włóczęgami dharmy może chodzi o lata 50 albo o lekko buddyjską atmosferę.wyżej podnieście strop, cieśle. seymour: wstęp razem z pastwiskami niebieskimi wyluzowały mnie :)

john steinbeck - pastwiska niebieskie

zbiór opowiadań o mieszkańcach pewnego kalifornijskiego miasteczka a raczej wioski - pastwisk niebieskich właśnie - położonych w pięknej dolinie. każde opowiadanie mówi o kimś innym ale w tle pojawiają się bohaterowie innych fragmentów (podobnie jak w opowiadaniach pani montgomery o avonlea). mimo że historie są raczej mało wesołe (panu który marzy o założeniu dynastii płonie dom, dwie siostry prowadzące restaurację i z wdzięczności oddające się klientom - broń boże nie za pieniądze - zmuszone są wyjechać do miasta i zostać kobietami zepsutymi, młodej nauczycielce nie udaje się uciec przed smutną przeszłością itp) to książka nastawiła mnie pozytywnie do świata. muszę dodać że jest jednocześnie dosyć zabawna. no i tak to po prostu w życiu bywa że zawsze coś się schrzani należy się więc wyluzować. bez napinki :P.

czwartek, 13 maja 2010

neil gaiman - amerykańscy bogowie

strasznie zakręcona książka, pojawia się w niej stado bohaterów przez co trudno było mi się skupić (podobne uczucie co przy pratchettach o niewidocznym uniwersytecie). otóż główny bohater cień wychodzi z więzienia i myśli ze najgorsze już za nim, ma zamiar ułożyć sobie życie z żoną i spokojnie uprawiać swój ogródek z dala od kłopotów. niestety żona ginie w wypadku samochodowym, a na drodze cienia pojawia się stado dziwnych osobników wplątujących go w niezłą aferę. tajemnicze indywidua to różnego rodzaju boskie istoty (odyn, loki, horus) i bohaterowie legend i opowieści, przywleczeni na amerykańską ziemię przez kolejne pokolenia ludzi przybywających do nowego świata. całe to tałatajstwo miota się bo do przeżycia potrzebują wiary ludzkiej, a ludzie wyznają teraz innych bogów (kasa, media i nowe technologie :P). między nowym i starym rodzi się konflikt a cień znajduje się w samym środku. pojawia się też zagadka kryminalna.
gaiman miesza religie i mity i polewa je zabawnym sosem. niestety jestem chyba za mało wyedukowana żeby odkryć wszystkie nawiązania do mitologi i religii (mitologii słowiańskiej na przykład i japońskiej to w ogóle nie kojarzę. aż wstyd), mimo to jednak książka mnie powaliła i chcę własny egzemplarz :). będę się uczyć.

wtorek, 11 maja 2010

ernesto che guevara - the motorcycle diares

czytałam po angielsku i było ciężko nie powiem. che miał skłonność do zdań wielokrotnie złożonych (hmm muszę przyznać że mam podobnie) i stosowania dziwnych przymiotników więc zdarzyły mi się fragmenty nie do końca zrozumiałe. tzn. sens wszystkiego pojęłam, problem ze słówkami. ale mimo wszystko bardzo mi się podobało, książka jest ciekawa, bo ernesto z kumplem postanowili pojechać z argentyńskiej cordoby do caracas w wenezueli. motocyklem przez chile, peru, zahaczając o brazylię i kolumbię. motocykl zepsuł im się gdzieś w chilijskich andach resztę drogi przebyli więc trochę piechota trochę stopem a pod koniec tratwą oraz samolotami. nie mieli za dużo kasy więc sępili jedzenie i spanie od napotkanych ludzi, wciskali się do szpitali (jako studenci medycyny) i na posterunki policji. zwiedzali muzea i kolonie dla trędowatych a także kopalnię miedzi gdzieś na pustyni w chile. wszystko to che opisuje dość ironicznym językiem jednocześnie zwracając uwagę na problemy społeczne spotykane w poszczególnych krajach, temat ten jednak nie dominuje w książce, bo ernesto nie był jeszcze wtedy komunistycznym rewolucjonistą tylko studenciakiem chcącym za niewielką kasę zobaczyć trochę świata i przeżyć kawałek przygody :). pisał głównie o próbach łapania stopa i zdobywania jedzenia, opisywał miasta przez które przejeżdżali, napotkane zabytki i zwiedzane szpitale. przy okazji pisał też o marnej sytuację górników chilijskich pracujących za śmieszne pieniądze w beznadziejnych warunkach i o praktycznie nie istniejącej służbie zdrowia w peru, ale są to wątki poboczne. wydaje mi się jednak że podróż ta miała duży wpływ na niego bo później zamiast zostać lekarzem pojechał z fidelem na kubę.
było już przez afrykę, che pisał o ameryce południowej, brakuje mi tylko azji (w wysokich obcasach był artykuł o pani halinie bujakowskiej która w latach 30 jechała z mężem motocyklem z polski do szanghaju, pisała dzienniki, niestety nie wydane) i ameryki północnej. szukam :)

wtorek, 4 maja 2010

kazimierz nowak - rowerem i pieszo przez czarny ląd

książka niestety nie jest moja - przyszła do mnie pocztą z dalekiego konina i muszę ją oddać. już tytuł mówi czego można spodziewać się w środku: opisu hardkorowej pięcioletniej wyprawy przez afrykę, którą pan nowak odbył w latach trzydziestych głównie rowerem, ale też pieszo, koniem, wielbłądem i łodzią. przedsięwzięcie to wydaje się teraz szalone (w dobie gpsów, telefonów satelitarnych i internetu, który można spotkać również w zapadłych afrykańskich dziurach) szczególnie że ludzie podróżują przez dwa tygodnie, głównie wygodnymi samochodami z przewodnikiem i zorganizowaną wycieczką, i już można się pochwalić znajomym że było się w dzikim kraju i przeżyło niebezpieczne przygody. w tamtych czasach zresztą było podobnie - można było jechać na safari ze stadem służby i wieszać trofea na ścianach europejskich pałaców (jak pan potocki chyba z łańcuta), lub szpanować superluksusową łodzią po nilu. na nowaka patrzono jak na świra, który na pięć lat porzuca zdobycze cywilizacji i rusza w zasadzie bez pieniędzy na totalne zadupie gdzie brud, smród i choroby tropikalne. dodatkowymi problemami były dzikie zwierzęta, dzicy ludzie, zabójcza pogoda (nowak spał pod namiotem i w zimne pustynne noce i w powodziowej dżungli) oraz kolonialna biurokracja. mimo to wyprawa zakończyła się sukcesem a jej owocem jest ta powalająca książka, złożona z listów do rodziny i znajomych oraz tekstów pisanych do gazet. można w niej znaleźć opisy fascynującej przyrody afrykańskiej, obyczajów ludzi spotkanych przez autora po drodze ale również bardzo silną krytykę kolonializmu. nowak widział z bliska jaką biedę i degenerację przywlekli ze sobą koloniści, którzy pod pretekstem cywilizowania afryki próbowali wyciskać z niej jak najwięcej jak najmniejszym kosztem, wysiedlając mieszkańców z terenów pełnych bogactw naturalnych, wyzyskując miejscowych pracowników płacąc im marne grosze, wciskając im jednocześnie chłam z dalekiego wschodu w postaci koralików i innego badziewia. niewiele się zresztą zmieniło, rządy wprawdzie afryka sprawuje sama, ale korporacje nadal się tam rozpychają niewiele robiąc sobie z ludzi. no i badziewie pochodzi z chin a nie jak w latach 30 z japonii.
uff ale się rozpisałam, książka naprawdę ruszyła mnie, lenia podejrzliwie nastawionego do świata i wysiłku, i natchnęła czymś w rodzaju życiowego entuzjazmu, mimo że autor zmarł chyba 2 lata po powrocie do polski, czego pośrednią przyczyną było wycieńczenie organizmu wyprawą i chorobami tropikalnymi.
a i zdjęcia są super.