
środa, 22 grudnia 2010
mariusz szczygieł - gottland

czwartek, 16 grudnia 2010
brian lumley - zemsta khai

piątek, 10 grudnia 2010
sylvia plath - pośród trzmieli

flannery o'connor - sztuczny murzyn

poniedziałek, 6 grudnia 2010
chuck palahniuk - pygmy

książka opowiada o trzynastoletnim uczniu z dziwnego komunistyczno-totalitarnego kraju, przybywającym wraz z grupą innych mu podobnych, na wymianę do stanów. są oni jednocześnie agentami przygotowującymi operację havoc, mającą na celu zniszczenie zgniłej zachodniej cywilizacji. bohater z racji swojego niewielkiego wzrostu otrzymuje ksywkę pygmy. książka napisana jest w postaci raportów pygmiego z operacyjnych czynności, mających przybliżyć go do zakończenia z sukcesem swojej misji, zawierających bardzo zabawne i w niektórych momentach obrzydliwe opisy amerykańskiej rzeczywistości, widzianej pod dziwnym kątem przez chłopca, który od czwartego roku życia miał mózg prany w szkole dla agentów. jest gruby ojciec rodziny pracujący w jakimś tajnym naukowym laboratorium, ptakopodobna matka uzależniona od swego wibratora i urządzająca sympatyczne sesje z nim i swymi przyjaciółkami, ich napakowany bezmyślny synek oraz tajemnicza siostra. to właśnie ona jest zagrożeniem dla pygmowej misji, ponieważ coraz bardziej go do niej ciągnie. druga część raportów opisuje treningi i szkolenie odbywane przez pygmego w "domu", gdzie został wybrany na specjalnego agenta dzięki niezwykłej inteligencji, przez co wmówiono mu że jego rodzice zginęli w ataku terrorystycznym przygotowanym przez amerykanów i wszechstronnie przeszkolono, a przy okazji wyprano głowę. podczas przygotowań do operacji havoc, pygmy próbuje dostać się na wycieczkę do waszyngtonu, poprzez wygranie konkursu na uczniowski projekt naukowy. w międzyczasie uczestniczy w rytuale godowym przy muzyce zachęcającej do przedwczesnego losowego rozmnażania płciowego (szkolnej zabawie :P), wraz z towarzyszami agentami dystansują wszystkich w konkursie literowania oraz zostaje bohaterem podczas masakry urządzonej w szkole przez jednego z uczniów. pygmy używa trudnego dla mnie angielskiego, nie do końca radzi sobie z gramatyką i stosuje dziwne opisy zwykłych dla mnie, człowieka już trochę zachodnio nadpleśniałego, a zaskakujących dla niego sytuacji. mimo to złapałam nieco żartów, chociaż zapewne nie wszystkie.
żarty żartami, ale książka porusza dość poważne tematy przerośniętego konsumpcjonizmu, braku komunikacji i innych problemów zaganianej i bezrefleksyjnej zachodniej kultury (o ile mogę użyć tego słowa) dającej człowiekowi wolność wyboru, ale on gubi się łatwo w tych wszystkich możliwościach. z drugiej strony opisuje państwo totalitarne, które chroni swoich obywateli przed rozterkami decyzyjnymi, wybierając dla nich najlepszą drogę stosując wszechstronne testy dla dzieci w wieku czterech lat, i nie pozwala mu z niej zejść. oczywiście wszystko to przerysowane, groteskowe i śmieszne, jednak każe myśleć. myśleć myśleć :)
a z nieco innej beczki miałam bardzo miłą niespodziankę mikołajkową, ponieważ Sheila wylosowała mnie w swoim konkursie i otrzymałam już od niej opowiadania pana lovecrafta zew cthulu :D, za którą jeszcze raz dziękuję. już niedługo notka o mackach :)
czwartek, 25 listopada 2010
konkurs Shelii
przeglądałam obserwowane blogaski książkowe i trafiłam na konkurs w którym można wygrać zew cthulhu pana lovecrefta. uwielbiam go po prostu więc biorę udział, a polega to na podlinkowaniu konkursu, co niniejszym czynię tu:
konkurs Shelii
jak ktoś ma chętkę na sympatyczne międzywymiarowe pradawne bóstwa to należy pod konkursową notką zostawić komentarz. tylko bez przesady, ja chcę wygrać :)
konkurs Shelii
jak ktoś ma chętkę na sympatyczne międzywymiarowe pradawne bóstwa to należy pod konkursową notką zostawić komentarz. tylko bez przesady, ja chcę wygrać :)
środa, 24 listopada 2010
paul theroux - pociąg widmo do gwiazdy wschodu

poniedziałek, 8 listopada 2010
targi książki - orgia fetyszysty (książkowego oczywiście)
pierwszy post nierecenzyjny, a raczej zapowiedziowy (w kolejnych odcinkach... :P). ostrzegam jest długi i obrazki są nierówne.
otóż wybrałam się w końcu na targi książki w krakowie, pierwszy raz mimo, że trochę czasu w tym mieście spędziłam wcześniej, ale zawsze były jakieś ciekawsze rzeczy do zrobienia (podejrzewam że głównie odsypianie, ehh studenckie czasy). poszłam z siostrą i mamą, co z jednej strony było dobre, jako że było od kogo pożyczyć pieniążka w razie czego i jednocześnie złe z tego samego powodu. razem z mamą dostałyśmy świra i biegałyśmy od stoiska do stoiska obmacując i wąchając (to ja) książki, omijałam jedynie katolickie stoiska, których było całe stado (wiem wiem prawie papieskie miasto kraków :P). siostra biedne dziecko wymiękała bo była na obcasach i nie podtrzymywało ją na duchu książkowe szaleństwo, a my polowałyśmy z językami na brodach. z powodu ograniczonych funduszy musiałam zrobić ostrą selekcję i wybrać to co muuuszę mieć natychmiast. żeby kupić i zabrać ze sobą wszystko co chciałabym mieć musiałabym wygrać w totka i przyjechać tam tirem, a że jestem bez pieniędzy wiecznie i poruszam się pociągiem to wzięłam tylko trzy rzeczy. ale za to jakie!:
czyli wyprawa pociągowa po azji w jedną i drugą stronę. pan autor jechał ta trasą 30 lat wcześniej i też napisał o tym książkę, niestety wykupili mi ją :/. ale ta jest super, łączy w sobie moje kolejowe skrzywienie i kierunek wschód który mnie ciągnie, na razie tylko wirtualnie, ale mam nadzieję że wszystko przede mną. w ogóle stoisko czarnego najchętniej wyniosłabym w całości. stasiuk był nowy, jednak przegrał z makłowiczem z autografem, którego zabrała ze sobą moja mama.
krakowski kryminał, niezły zestaw autorów, pana marcina i pana grina już znam z innych dzieł, a o pani grzegorzewskiej słyszałam dobre rzeczy.myślę że będzie zabawne, i było bardzo przecenione :D.
pan pielewin o pracowniku agencji reklamowej na grzybach (z tego co pamiętam). czytałam kiedyś dawno temu, chciałam własny egzemplarz i mam, za jedyne 15 zł :D.
do tego wszystkiego moja mama zakupiła dodatkowe 5 kilo książek, złapała 3 autografy, a ja musiałam to targać. następnym razem taczki albo ruska torba na kółkach.
otóż wybrałam się w końcu na targi książki w krakowie, pierwszy raz mimo, że trochę czasu w tym mieście spędziłam wcześniej, ale zawsze były jakieś ciekawsze rzeczy do zrobienia (podejrzewam że głównie odsypianie, ehh studenckie czasy). poszłam z siostrą i mamą, co z jednej strony było dobre, jako że było od kogo pożyczyć pieniążka w razie czego i jednocześnie złe z tego samego powodu. razem z mamą dostałyśmy świra i biegałyśmy od stoiska do stoiska obmacując i wąchając (to ja) książki, omijałam jedynie katolickie stoiska, których było całe stado (wiem wiem prawie papieskie miasto kraków :P). siostra biedne dziecko wymiękała bo była na obcasach i nie podtrzymywało ją na duchu książkowe szaleństwo, a my polowałyśmy z językami na brodach. z powodu ograniczonych funduszy musiałam zrobić ostrą selekcję i wybrać to co muuuszę mieć natychmiast. żeby kupić i zabrać ze sobą wszystko co chciałabym mieć musiałabym wygrać w totka i przyjechać tam tirem, a że jestem bez pieniędzy wiecznie i poruszam się pociągiem to wzięłam tylko trzy rzeczy. ale za to jakie!:



do tego wszystkiego moja mama zakupiła dodatkowe 5 kilo książek, złapała 3 autografy, a ja musiałam to targać. następnym razem taczki albo ruska torba na kółkach.
terry pratchett - niewidoczni akademicy

oczywiście są i inne wątki. sprzedawanie marzeń na przykładzie mody dla krasnoludów (moim zdaniem to w ogóle wątek na całą powieść) i poważniejsza sprawa: jestem jaki jestem, to nie moja wina że moi przodkowie urywali ludziom głowy na wojnie, szczególnie że zostali przez nich stworzeni jako broń (biologiczna), ale mogę starać się nie pozbawiać ludzi części ciała, a siłę wykorzystać w inny sposób, na przykładzie goblina, który tak naprawdę jest orkiem (uberwaldzka złowroga technologia). robi się poważnie, szczególnie, że lord ventiari się upija. na szczęście na miejscu są magowie.
lubię pratchetta i podobało mi się mimo braku wiedźm, które są moimi ulubionymi bohaterkami dyskowymi, ale w zamian dostałam coś równie dobrego - doktora hixa, kierownika katedry komunikacji post mortem (łagodniejsze określenie n*e*k*r*o*m*a*n*c*j*i), "zawsze przydatny w trudnych sytuacjach, ponieważ (zgodnie ze statutem uczelni) był oficjalnie złym człowiekiem (...) NU oddał Hiksowi i jego grupie katedrę, budżet, system awansów, a także możliwość, by odwiedzać mroczne jaskinie i ciskać ognistymi kulami w nieoficjalnych złych czarnoksiężników. (...) doktor Hix stał się tolerowanym, choć nieco irytującym członkiem grona wykładowczego, przede wszystkim dlatego, że miał prawo (zgodnie ze statutem) wygłaszać niektóre z tych niemiłych wypowiedzi, jakie inni magowie chętnie wypowiadaliby sami. (...) Hix dobrodusznie zajmował niszę, którą w innym przypadku mógłby opanować ktoś naprawdę zaangażowany w całe te gnijące trupy czy obdarte ze skóry czaszki". jest po prostu boski i powinien zostać pełnoprawnym głównym bohaterem dyskowej powieści.
mary shelley - frankenstein

klasyka powieści gotyckiej, bardziej smutna niż straszna. historię zna chyba każdy - młody geniusz tworzy człowieka z niczego, niestety jest mało odporny psychicznie i prowadzi to do jego załamania nerwowego, a stworzenie ucieka z laboratorium i błąka się po świecie. no i właśnie. więcej tu opisów świata oczami potwora niż przerażających scen z laboratorium, morderstwa (bo te też się zdarzają) też nie zajmują dużo miejsca. stworzenie powoli uczy się świata dookoła siebie, obserwuje ludzi i dzięki temu ogarnia stosunki społeczne, uczucia a nawet uczy się języka (zdolna bestia ;p). czuje się samotnie, próbuje więc zaprzyjaźnić się z ludźmi, ci niestety traktują go jak potwora, bo jest brzydki, mimo że ma dobre zamiary i wysławia się inteligentnie. jest też wrażliwy, chce dobrze a dostaje kamienie i widły, więc obwinia swojego stwórcę za bezsensowne stworzenie, stresuje się, czego skutkiem jest zabójstwo małego brata Frankensteina a później kolejne zbrodnie. mimo to bardziej współczuję biednemu stworzeniu, niż głupiemu geniuszowi, który nie bierze odpowiedzialności za swoje dzieło, nie chce nawet z nim rozmawiać i uważa go za diabła. zrobił go brzydkim i obwinia go za ohydę. noo bez przesady. na dodatek nie myśli, doprowadzając do śmierci swojej ukochanej (fakt, potwór ją zabija, ale można było temu zapobiec), a wcześniej do skazania niewinnej dziewczyny na śmierć, w obawie przed oskarżeniem o śmieszność i niesprawność umysłową. to egoista zapatrzony w siebie, rozpaczający nad swoim grzechem, ale nie robiący nic żeby się poprawić czy nawet zapobiec katastrofie, która nadchodzi machając.
ehh smutne to bardzo, ale czytałam po angielsku, nie zrozumiałam wszystkich zastosowanych przymiotników, ale poznałam kilka nowych słów, które autorka powtarzała maniakalnie, np alas! bardzo praktyczny wykrzyknik w horrorze :P.
wtorek, 26 października 2010
gabinet figur woskowych

opowieści niesamowite. niemieckie, przedwojenne (przeddrugowojenne). zabrałam się za nie, żeby przed halloween wrzucić na podaj coś o przerażającej tematyce, jednak z każdym opowiadaniem przekonywałam się że książka zostanie na półce. wiadomo jak to z opowiadaniami jest, jedne lepsze, inne gorsze, niektóre przerażające, niektóre ohydne (jak to o koniach co się żywcem obierały ze skóry) a kilka było nawet zabawnych. najbardziej spodobało mi się to pana gustava meyrinka: mózg, który wyparował o hodowcy sztucznych mózgów, który jednak nie ma nic ze swojego geniuszu i hoduje mózgi dla rzeźnika. kilka opowiadań tego pana jest w gabinecie, ale mi i tak go mało ;P. jest też pan kafka, i pierwszy raz przeczytałam słynne opowiadanie o przemianie w robaka, było zaskakująco zabawne, przynajmniej do czasu.
książka idealna na mglisty październik, a przypomniała mi inną tez z niemieckimi przerażających historiach, nazywała się chyba czarny pająk i czytałam ją na kursie bhp jak poszłam na studia. muszę jej poszukać.
Etykiety:
antologia,
dziwne,
fantastyka,
horror,
klasyka,
opowiadania,
uber alles,
zabawne
wtorek, 19 października 2010
lubko deresz - arche

wkręcił mi się trochę świat skłotów z braćmi szalonymi artystami, podziemnych klubów i rytuałów halogenków, ale nie ogarnęłam tej książki do końca. może byłam za trzeźwa? :P
czwartek, 14 października 2010
sinclair lewis - elmer gantry

pan lewis podobno w podobnym tonie opisywał również inne środowiska stanów zjednoczonych (jeszcze nie czytałam, ale mam zamiar) i dostał za to nobla, mimo że w domu był krytykowany za przedstawianie amerykańskiego społeczeństwa w niekorzystnym świetle :P.
oddam tutaj :)
środa, 6 października 2010
china mieville - blizna

książka ma tyle drugo, trzecio i piątoplanowych wątków, że starczy panu autorowi na kolejnych co najmniej 10 tomów, i każdy (wątek) niesie ze sobą interesującą historię. czytałam opinie o tej książce że rozbudowana i dużo na raz się dzieje, ale według mnie to zaleta. takie podejście do sprawy pokazuje, że poza opisywaną historią, dookoła toczy się życie, którego przecie nie da się w całości opowiedzieć. widziałam też narzekania na opisy, co wydaje mi się lekką przesadą, bo bliznowy świat jest dziwny i inny od tego po tej stronie kartek, a opisowe fragmenty są duuużo ciekawsze od tych np z nad niemnem :P.
w warstwie pozaprzygodowej (pod, nad?) książeczka mówi o manipulacji i trochę o tożsamości przy okazji przymusowych imigrantów armadowych wyrwanych ze swojego środowiska i wrzuconych w inny, dla niektórych lepszy, dla innych gorszy, ale przede wszystkim zamknięty świat bez możliwości ucieczki.
jestem skłonna bliznę zakupić, a teraz poluję na kolejną z serii żelazną radę. wrażenia zapewne niedługo :).
Etykiety:
dziwne,
fantastyka,
podróż,
powalające,
scifi,
zabawne
piątek, 1 października 2010
andrzej pilipiuk - operacja dzień wskrzeszenia

tak w skrócie przedstawia się fabuła książki, jest interesująca, zabawna i naprawdę wciąga. jednak nie wszystko jest idealne. wiem że jest to książka czysto rozrywkowa, nie psychologiczna, ale bohaterowie wydawali mi się mało spójni. niby mieli byś tacy inteligentni i zdolni do przeprowadzenia zamierzonej akcji, a tymczasem robili chwilami strasznie głupie rzeczy, których skutkiem była awantura na pół zaborowego miasta (a główną zasadą była jak najmniejsza ingerencja w historię, ponieważ nawet zakup czekoladek w sklepie mógł okazać się przyczyną nieurodzenia się kupującego, skutkiem czego znikał). można było też rozwinąć wątek nieco szalonego profesora, który odkrył mechanizmy podróży w czasie, a w wyniku jego eksperymentalnych wysyłek ludzi w przeszłość wielu zginęło. wiem wiem czepiam się, książka lekka i przyjemna (jeśli ktoś lubi postapokaliptyczne klimaty) a także zabawna i nie ma co się rozdrabniać.
czwartek, 23 września 2010
fannie flagg - nie mogę się doczekać kiedy wreszcie pójdę do nieba

oto mamy główną bohaterkę starszą panią, która spada z drzewa i umiera. idzie do nieba które okazuje się być jej ulica sprzed 50 lat, a bogiem jest sąsiadka wraz z mężem. w czasie miłej niebiańskiej pogawędki na ziemi jest mniej przyjemnie, wszyscy smucą się śmiercią ciotki, sąsiadki i przyjaciółki. wspominają jaka była super i jak dzięki niej stali się lepszymi ludźmi. niespodziewanie okazuje się że starsza pani żyje. lekarze się pomylili albo nie wiadomo co się stało, w każdym razie powraca na świat doczesny, co jest pretekstem do przedstawienia podłych szpitalnych prawników i początku ich przemiany w sympatycznych ludzi. wszyscy są szczęśliwi, a ciocia umiera kilka lat później spokojnie w swoim łóżku.
morał jest taki że należy cieszyć się życiem i być miłym dla innych to wszystko będzie dobrze. uproszczone to bardzo i trochę takie amerykańskie dla mnie. tzn uważam że należy być miłym i cieszyć się małymi rzeczami bo nie ma wielu innych możliwości :P, ale złe rzeczy się zdarzają również miłym ludziom i pozytywne myślenie tego nie zmieni, a tekst ze cierpienie uszlachetnia i zbliża do boga to dla mnie jakaś bzdura.
no to pojechałam :P. czytało się dobrze i szybko tylko nie mogłam się w pełni cieszyć sympatycznym światem amerykańskiego południowego zadupia, bo denerwowało mnie przesłodzenie i uproszczenie. nie zrównoważyło go nawet przypadkowe zastrzelenie gwałciciela małych niepełnosprawnych dziewczynek (i późniejsze zakopanie go w ogródku) ani patologiczna rodzina jednej z sąsiadek (bo na emeryturze olała rodzinę, wyjechała na hawaje i dobrze się bawiła po raz pierwszy w życiu).
Etykiety:
mainstream:P,
przereklamowane,
stany,
takie sobie
wtorek, 21 września 2010
flannery o'connor - poczciwi wiejscy ludzie

książka czyta się błyskawicznie (droga do pracy i z powrotem nie cała) no i ten południowo stanowy klimat, tylko mało pozytywna w przekazie.
czwartek, 16 września 2010
mark haddon - a spot of bother

rozumiem że związki są skomplikowane a rodzina to ludzie którzy muszą ze sobą jakoś żyć mimo wszystkiego co sobie powiedzieli i co sobie zrobili i książka bardzo ładnie pokazuje jak można się dogadać (aż za ładnie bo od happy endu niedobrze mi się zrobiło). ale bohaterowie mnie zmęczyli, byli płascy i nieogarnięci. na dodatek styl pana haddona mi nie bardzo podszedł. krótkie zdania i mnóstwo szczegółowych opisów kto co zrobił w stylu: wzięła kubek ze zmywarki, przetarła go i nalała sobie kawy. może ma to na celu hmmm uplastycznić sytuację (?) ale kogo to tak naprawdę obchodzi. tzn mnie na pewno nie :P.
pan haddon pisze głównie książki dla dzieci (chyba 5 latków :P) i nie przestawił się na pisanie dla dorosłych. a przynajmniej nie dla mnie (nie żebym nie lubiła książek dla dzieci, wprost przeciwnie, ale lubię też długie zdania). no i ci bohaterowie idioci. ehh książka zdecydowanie nie dla mnie, może na podaju komuś podejdzie.
wtorek, 7 września 2010
witold michałowski - tajemnica ossendowskiego

nie mówię, że ta książka jest zupełnie bezwartościowa, bo to nieprawda. ossendowski był zamieszany w przedrewolucyjną aferę fałszowania dokumentów szpiegowskich, bardzo dużo podróżował (można sobie porównać jego afrykańskie safari z wyprawą pana nowaka na rowerze, to mniej więcej w podobnym okresie miało miejsce), zyskał międzynarodową sławę i tłumaczono go na bardzo wiele języków. mimo to wpadł w po poważne długi i pisał sępiące listy do różnych osobistości opisując jako to okradli mu żonę z biżuterii i musi wykarmić biednych siostrzeńców, których nie miał. naprawdę wiele się działo w jego życiu i gdyby ktoś napisał jego dobrą biografię to ja chętnie zakupię :P.
china mieville - dworzec perdido

w ten wspaniale uporządkowany milicyjnymi rękami świat wkraczają ćmy - istoty wielowymiarowe żywiące się snami (o czymś podobnym pisał castaneda najadłszy się peyotlu) i wysysające z ludzi ich umysły. mają też macki :P i wiele dodatkowych kończyn i bardzo trudno je zlikwidować bo nie maja naturalnych wrogów i szybko się regenerują. miasto ma poważny problem. główny bohater - nieposłuszny naukowiec, przypadkiem wplątuje się w całą aferę. zaczyna polowanie na ćmy i byłby bez szans gdyby nie pomoc międzywymiarowego wielkiego pająka naprawiającego rozerwaną rzeczywistość składającą się z włókien energii (znów castaneda i hmm teoria strun? nie jestem pewna) i mającego naprawdę dziwne pomysły bo kieruje się własnym poczuciem estetyki nie zważając na nic innego (np ludzkie życie). to moja ulubiona postać :P. a jest jeszcze rada konstruktów, którą też lubię. to sztuczna inteligencja powstała spontanicznie w wyniku wirusa lub błędu karty perforowanej w jednym z konstruktów (czyli parowym, chymicznym lub taumaturgicznym komputerze). jej celem jest powiększanie swych wpływów przez zdobywanie coraz to nowych informacji, własna rozbudowa i prawdopodobnie panowanie nad światem :D. na początek został głową sekty i ludzie oddają mu cześć.
nie będę to się rozpisywać, książkę należy przeczytać, chociaż liczba wątków (niektórych jakby pozostawionych samym sobie) może odstraszać. z drugiej strony służy to budowaniu świata, złożonego i skomplikowanego w którym osadzić można jeszcze ze 30 powieści :D.
chyba wpadłam w kolejną serię.
Etykiety:
dziwne,
fantastyka,
horror,
powalające,
scifi,
zabawne
środa, 1 września 2010
erica jong - jak ocalić swoje życie

książka napisana jest bardzo zabawnie i szybko się czyta (opóźnienia pkp pomagają w tym). niektórzy mogą narzekać na liczne sceny seksu traktowanego dość naturalnie i z poczuciem humoru, mnie jednak już niewiele ruszy po trylogii pani rice o śpiącej królewnie i wesołych książkach henrego millera (który swoją drogą pojawia się w tej książce jako wesoły staruszek). co innego mnie denerwowało - poczucie winy bohaterki. rozumiem że sumienie może męczyć jak śpi się z kimś innym niż mąż ale wyrzuty z powodu realizowania siebie to dla mnie już przesada. książka jest z lat 70 kiedy ten problem był zapewne powszechniejszy (nie mówię że teraz tego nie ma ale na pewno inaczej patrzy się na kobiety robiące karierę zamiast codziennych obiadków mężowi).
a morał z niej taki że lepiej żałować że się coś zrobiło niż że się czegoś nie zrobiło a każde doświadczenie się przydaje.
i chciałabym przeczytać strach przed lataniem , bo to wcześniejsze losy isadory i jej problemów z facetami.
wtorek, 31 sierpnia 2010
john pearson - the life of ian fleming

jak na razie bond ma się dobrze (no może nie licząc kilku filmów ze starym rogerem moorem i starym żółwiem brosnanem :P) mimo że odsuwają premierę kolejnego.
środa, 25 sierpnia 2010
william saroyan - chłopiec na lotnym trapezie
zbiorek opowiadań amerykańskiego pisarza pochodzenia ormiańskiego. opisują lata 20/30 w stanach, lubię takie klimaty szczególnie jeśli jest w tym dużo humoru, a w przypadku tej książki tak jest. no może poza pierwszym opowiadaniem o pisarzu który umiera z głodu - mało to zabawne i ostatnim esejem bardziej niż opowiadaniem o sierotach ogniu i pisaniu. reszta historyjek jest zabawna, nawet jeśli opowiada o kupowaniu jedzenia na kreskę. w sumie nic powalającego, ale przyjemnie się czytało.
środa, 18 sierpnia 2010
orson scott card - gra endera

więc tak. rozumiem gatunek fantastyka, a nawet science fiction i że takie rzeczy normalnie nie istnieją. ale jak przełknę telepatyczne robale i wojny kosmiczne i nawet szkołę bojową to już tych dzieciaków nie. mają one po 6 - 11 lat a zachowują się jak dorośli. nie przekonuje mnie to zupełnie nawet jeśli są to super genialne jednostki. przyjmę strategię zdesperowanych dowódców wojskowych wciskających gówniarzowi gierkę w nadziei że pokona obcą cywilizację, ma to nawet jakiś sens, dzieci nie mają zahamowań i łatwiej niektóre rzeczy im przychodzą. ale opanowanie świata przez rodzeństwo to już dla mnie za dużo. no i ta końcówka. ogólne przebaczenie i pokój. wydaje mi się że jakbym miała 12 lat to by mi się bardziej podobała. mogłabym się identyfikować z którymś wybitnym dzieciakiem :P. a tak to już jestem stara i zgorzkniała, mam młodsze rodzeństwo i uważam że dzieci są głupie :PP.
ale czytało się dobrze, wciągające było, bardzo dziękuję za pożyczenie :D.
piątek, 13 sierpnia 2010
ursula k. le guin - wracać wciąż do domu

no i o tym właśnie jest ta książka. podejrzewam że trochę antropologiczny (nie jestem pewna bo nic naprawdę antropologicznego nie przeczytałam) opis kultury z innym niż nasze podejściem do życia i otaczającego świata. kilka historii, wierszy i piosenek, opisy zwyczajów i obchodzonych świąt. bardzo mało akcji co nie jest wadą w tym przypadku bo książka i tak mnie wciągnęła, chociaż zrozumiem jeśli ktoś ją uzna za nudną. ale długo ją czytałam bo gruba jest i jeszcze kazała mi myśleć :P. ale to dobrze trzeba się czasem zastanowić nawet jeśli wnioski nie są sympatyczne.
chcę zaznaczyć na koniec że nie jest to nachalna promocja ekologii i życia zgodnego z naturą nikt tu nikogo do niczego nie zmusza, pani autorka tylko opisuje :P.
czwartek, 5 sierpnia 2010
virginia woolf - pani dalloway

skończyłam jeszcze w lipcu, niestety weekendowe wyjazdy oraz katastrofalne strajki płyty głównej dezorganizują życie.
wtorek, 27 lipca 2010
jane austen - rozważna i romantyczna

z jednej strony zabawnie się czyta jak laski czytają książki, spacerują lub odwiedzają krewnych czekając na męża ale z drugiej to faktycznie był problem dobrze trafić w przypadku gdy wyjście za mąż jest jedyną szansą na utrzymanie się. smutne to trochę, na szczęście książka się dobrze kończy, obie siostry szczęśliwie i w miarę bogato wychodzą za mąż, rodziny akceptują ich związki (z tym też nie było łatwo) i w ogóle sielanka.
miałam tylko problem na początku z tą książką, bo tłumaczenie jakieś dziwne mi się wydawało i jeszcze te wyjaśnienia trudniejszych wyrazów w przypisach, ale może było to wydanie dla podstawówki :P.
piątek, 23 lipca 2010
john steinbeck - myszy i ludzie

dwóch kumpli wędruje za pracą od rancza do rancza. niby są jak tysiące im podobnych z tym że jeden z nich - lenny - ma coś nie tak z głową, zapomina rzeczy i czasem gdy się zdenerwuje nie panuje nad swoją siłą. lubi głaskać miłe rzeczy np myszy (ciągle je przypadkiem zabija więc marzy o czymś większym np o królikach albo psie). george opiekuje się lennym i ma nadzieję na odłożenie pewnej sumy pieniędzy na swoje własne niewielkie gospodarstwo, gdzie w końcu mógłby być sam sobie szefem.
trafiają na farmę gdzie są widoki na jaki taki zarobek. niestety pojawia się problem w postaci niewyżytej żony syna gospodarza która kręci się wśród robotników i podrywając ich z nudów. dopada też lennego, który nie bardzo wie co ma robić, widzi tylko że włosy laski są milutkie i mięciutkie i idealnie nadają się do głaskania. dziewczyna zaczyna się wyrywać i lenny ją przypadkiem zabija. później ucieka a george jest zmuszony go zastrzelić żeby robotnicy go nie zlinczowali.
bardzo smutna to książka i trochę przewidywalna, jak lenny na początku wyciągnął z kieszeni martwą mysz to wiedziałam że to się źle skończy. a jak pojawiła się laska to wiedziałam jak dokładnie się skończy. no ale lubię steinbecka i na szczęście myszy i ludzie są duuużo krótsze od gron gniewu które mnie okropnie zmęczyły psychicznie ale były bardzo dobre.
no i miła odmiana w torbie po ważących po 5 kg dwóch poprzednich książkach.
piątek, 16 lipca 2010
jk rowling - harry potter i insygnia śmierci

podejrzewam że wszystkim wiadomo o co chodzi w książce i nie będę tu rozpisywać się specjalnie na temat fabuły i szokować spoilerami :P. harry jest teraz poszukiwany przez vildemorta i musi ukrywać się więc błąka się trochę bezcelowo po anglii z ronem i hermioną. po drodze mają kilka atrakcji w rodzaju imprez, bitew i okradania banku, a wszystko zmierza ku ostatecznej konfrontacji z czarnym panem. przy okazji na jaw wychodzą pewne hmm niejasne fakty z życia dumbledora i harry ma wielki problem z zaufaniem mu mimo że ten już chwile leży w grobie. wszystko kończy się w miarę dobrze nie licząc kilku trupów a scena jak harry jest prawie martwy i powraca jest naprawdę zabawna (jak czytałam pierwszy raz to mnie trochę zniesmaczyła). no a bitwa w hogwarcie wciąga co już wcześniej zaznaczyłam. jedyne co mi się bardzo nie podoba to sytuacja snape który jest moją ulubioną postacią może dlatego że miał tak w życiu przesrane. pomiędzy voldemortem a dumbledorem, wykorzystywany przez obu, beznadziejnie zakochany w lasce co od dawna nie żyje, zmuszony do pilnowania bachora swojego rywala. na dodatek bachor jest arogancki i niewdzięczny, snape'a nikt nie lubi i spotyka go marny koniec. wydaje mi się że publiczna rehabilitacja z ust pottera i drugie imię potterowego synka to trochę za mało. biedny snape. harrego nie bardzo lubię bo jest trochę bucem i okazuje się taki wspaniały że porzygać się można :P.
może nawet na film się wybiorę. czy mi się uroiło czy ma być dwuczęściowy?
wtorek, 13 lipca 2010
ernesto sabato - o bohaterach i grobach

podobała mi się też historia nienormalnej rodziny aleksandry a szczególnie ciotka wariatka która przez 80 lat nie wychodziła z pokoju w którym mieszkała z głową swego ojca. i to tyle.
Etykiety:
iberoamerykańskie,
niewesołe,
przereklamowane,
takie sobie
czwartek, 1 lipca 2010
jules supervielle - drugie życie pułkownika bigua
króciutka książeczka, która jest drugą częścią historii pułkownika. pierwszej oczywiście nie czytałam (ciągle mi się to zdarza) ale co nieco wywnioskowałam o co w niej chodziło. otóż prawdopodobnie pułkownik mieszkał w europie ze swoją żoną. nie mogli mieć dzieci więc bigua porwał kilkoro (w tym jedną młodą laskę marcelle, do której coś miał ale bez przekraczania granic przyzwoitości :P). druga część rozpoczyna się gdy pułkownik z rodziną podróżuje statkiem do swego rodzinnego montevideo. bigua próbuje popełnić samobójstwo ale mu się nie udaje (jak ech to pech). w domu sielanka z dawno nie widzianą matką i resztą rodziny zakłócana jest podejrzeniami romansu pułkownika z marcelle. ona wyjeżdża, on próbuje jej szukać nieco irracjonalnie. na dodatek okazuje się że sprzedał przypadkiem swoją wiejską posiadłość i w zasadzie jest spłukany. jak się wali to wszystko, bohater musi więc odnaleźć się w nowej sytuacji. morał z książki taki że należy się wyluzować i doceniać co się ma (tak mi się przynajmniej wydaje, jednak nie czytałam pierwszej części więc mogę się mylić. ale wniosek pozytywny i do stosowania :P)
środa, 30 czerwca 2010
ra lafferty - czwarta czynszówka

czytając zastanawiałam się czy to nie jest przypadkiem grafomania ale nawet jeśli to bardzo zabawna (bo pan lafferty ma a raczej miał niezłe poczucie humoru) i podobała mi się. a motyw powracających skojarzył mi się z amerykańskimi bogami bo te duchowe pasożyty w swoim czasie mieszkały na olimpie i uważały się za bogów.
Etykiety:
dziwne,
fantastyka,
o co chodzi,
scifi,
stany,
zabawne
poniedziałek, 21 czerwca 2010
borys akunin - walet pikowy

w połowie książki zorientowałam się że już to czytałam, nie przeszkodziło mi to jednak
w niczym. jak trochę zapomnę to znów będę mogła przeczytać :)
piątek, 18 czerwca 2010
agata christie - tajemnica rezydencji chimneys

nie będę pisać tu o akcji bo to kryminał i nie chcę spoilerować, ale nie wszyscy są tymi za których się podają i trzeba uważać na to co się mówi, a rewolucja bałkańska wisi na włosku.
no i ulubiony cytat:
" — Proszę wejść — powiedziała. — Zdaje się, że będę miała pracę dla pana.
Zaprowadziła go do jadalni, podsunęła mu krzesło, sama usiadła naprzeciw i zaczęła wpatrywać się w niego w wielkim skupieniu.
— Przepraszam — zaczęła — pan jest… to znaczy…
— Po Etonie i Oxfordzie — odparł młody mężczyzna. — O to chciała mnie pani zapytać, prawda?
— Coś w tym rodzaju — przyznała Virginia.
— Źle ląduję w życiu głównie dlatego, że nie potrafię się zmusić do podjęcia żadnej regularnej pracy. Ale mam nadzieję, że pani mi takiej nie oferuje.
(...)
— Widzi pan — rzekła. — Znalazłam się niejako w tarapatach, a większość moich przyjaciół zalicza się, że tak powiem… do wyższych sfer. Oni zawsze mają coś do stracenia.
— Ja nie mam. Niech pani mówi dalej. Co za kłopoty?
— W pokoju obok jest trup — powiedziała Virginia. — Został zamordowany, a ja nie wiem, co z tym fantem zrobić."
czwartek, 10 czerwca 2010
jd salinger - buszujący w zbożu

ale się uniosłam i rozpisałam. ale to dlatego że ludzie się podniecają tą książką a wg mnie naprawdę nie ma czym. o wiele lepsze jest wyżej podnieście strop cieśle. seymour: wstęp o czym już pisałam.
anais nin - szpieg w domu miłości

może w 54 roku stada kochanków były dla niektórych bulwersujące, mnie to jednak specjalnie nie rusza. sabina jest bardziej upierdliwa - chce być wolna nie potrafi jednak uwolnić się od swoich wyrzutów sumienia i strasznie skupia się na sobie. za dużo psychoanalizy. chociaż samą panią nin bardzo lubię, jej dzienniki są super, to szpieg pewnie pójdzie na podaj.
wtorek, 8 czerwca 2010
hp lovecraft, august derleht - czyhający w progu

książka zaczyna się dość dziwnie tzn jest opis posiadłości (starej i nawiedzonej), leżącej w mrocznych lasach massachusetts w pobliżu złowrogiego arkcham znanego już i z innych przerażających opowiadań, ale opis wygląda tak jakby powciskano w niego na siłę ulubione lovecraftowe mroczne przymiotniki. później stylistyka się nieco poprawia albo ja się przyzwyczaiłam, a historia jest dość standardowa. ambrose dewart przybywa do odziedziczonej posiadłości i bierze się za odnawianie jej. w bibliotece znajduje tajemnicze i demoniczne manuskrypty oraz dziwne zalecenia pozostawione przez przodka dotyczące zachowania zmurszałej wieży w lesie, nieniepokojenia żab i lelków oraz niewpuszczania czyhającego w progu i nie wołania wśród kamieni. oczywiście bohater zagłębia się w dokumenty powoli odkrywając demoniczną rodzinną tajemnicę, która i na niego ma złowrogi wpływ. jeździ po okolicy wypytując kazirodczo zmutańciałych wieśniaków mamroczących w dziwnym języku i mieszkających w przedwiecznych spleśniałych domach (sprzed 200 lat, ach to amerykańskie poczucie historii). ostatecznie oczywiście coś go opętuje i woła wśród wzgórz i kamieni wpuszczając międzywymiarowego gościa, którym okazuje się pozaczasowa obślizgła ośmiornica z kumplami (myślę że dla znających choć trochę lovecrafta nie jest to specjalną niespodzianką). jakoś nie mogę tego brać poważnie, bo ilekroć pojawiają się potwory z innych wymiarów to widzę pratchettowych magów walących je po mackach i innych wystających częściach ciała :P.
bluźnierczo się ubawiłam :D
poniedziałek, 7 czerwca 2010
italo calvino - rycerz nieistniejący

zabawna krótka powieść mieszająca nieogarniętego karola wielkiego i frankońskich (właściwy przymiotnik?) palatynów z rycerzami zakonu świętego graala (w permanentnej medytacji - rycerze nie graal). tytułowy rycerz nie istnieje naprawdę, tzn nie ma ciała, mieszka w białej zbroi i jest najwaleczniejszym a przede wszystkim najskrupulatniejszym członkiem armii karola wielkiego. pojawiają się również inni bohaterowie: rambald pragnący pomścić śmierć ojca z ręki maurów i zostać słynnym rycerzem a przy okazji zdobyć miłość pięknej kobiety - rycerza bradamanty, która niestety zakochana byłą beznadziejnie w rycerzu nieistniejącym. bohaterowie podróżują gdzie ich poprowadzą ich questy, przeżywają zdawkowo opisane przygody (uwolnienie szkockiej księżniczki z rąk maurów, noc z podstępną i lubieżną wdową czy ochrona wieśniaków przed złymi ludźmi) a wszystko to opowiadane jest przez mniszkę, która "prócz obrzędów religijnych, nabożeństw, nowenn, robót polnych, młocki, winobrania, chłosty wymierzanej poddanym, kazirodztw, pożarów, wieszania, najazdów obcych wojsk, grabieży, gwałtów czy zarazy" nic w życiu nie widziała.
bardzo to wszystko zabawne, ironiczne i idealnie trafiające w mój gust. kojarzy mi się trochę z książkami umberto eco i to nie z powieściami a takimi krótkimi opowiadankami (zapiski na pudełku od zapałek) bo podobny mają absurdalny klimat. a moim ulubionym bohaterem jest wioskowy głupek gurdulu który nie bardzo wie kim jest i np jak widzi motyla to myśli że jest motylem a jak ze zupę to próbuje robić to na odwrót tzn karmić zupę gurdulem.
środa, 2 czerwca 2010
od stevensona do hammetta - opowiadania kryminalne

piątek, 28 maja 2010
etgar keret - tęskniąc za kissingerem

trudno tą książkę jakoś krótko opisać bo każda część jest inna ale można je czytać w kółko. tzn ja mogłabym :P
Etykiety:
dziwne,
opowiadania,
powalające,
poważne,
zabawne
czwartek, 27 maja 2010
italo calvino - baron drzewołaz

bardzo mi się podobało i niedługo biorę się za kolejnego calvino.
i jeszcze cytat: książki są jak ptaki: smutnieją kiedy je trzymać nieruchomo w klatce.
Subskrybuj:
Posty (Atom)