Pokazywanie postów oznaczonych etykietą o co chodzi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą o co chodzi. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 20 sierpnia 2013

piotr ibrahim kalwas - drzwi

po przeczytaniu kiedyś dawno temu wywiadu z panem kalwasem który wypowiadał się bardzo sensownie, zachciało mi się zajrzeć do jego książek, bo islam i krytyczne podejście do konsumpcyjnego zachodu i takie tam. na początku faktycznie jest ciekawie - warszawskie zakurzone mieszkanie z zatęchłymi ciotkami i nienormalnym kuzynem ale jak później zaczyna się to mieszać z arabskimi wizjami autora i jego dyskusją z gombrowiczem to zaczęłam odpadać. może dlatego że z gombrowicza jestem jeszcze cienka (hm może blogasek powinien nazywać się i ignoranci potrafią) a może zbyt osobiste zmagania autora z autorytetem nie do końca do mnie trafiły.
w każdym razie wydaje mi się że książka mówi o tym że wschód i wiara to rzeczy dobre a zachód i intelektualizm wywyższający się naturalnie to zło i sam szatan. jak rozumiem pan autor znalazł sens życia w islamie i super bo wiara to rzadka rzecz i nawet trochę zazdroszczę ale od razu takie czarno-białe podziały? szczególnie że pycha i przekonanie o swej nieomylności to cecha niezależna od położenia geograficznego i duchowego (a wyjątkowo dużo się słyszy o dość pewnych siebie przedstawicielach różnych wyznań) więc chyba granica leży w poprzek i w ogóle często trudno ją zauważyć w płynności rzeczywistości.

r. shea, r.a. wilson - oko w piramidzie

"kultowa powieść hippisów" jak mówi okładka. faktycznie podejrzewam że przyjmowanie w trakcie czytania jakichś nielegalnych substancji psychoaktywnych mogłoby zintensyfikować doświadczenie. ja czytałam na trzeźwo i też miałam niezłą zabawę. generalnie chodzi o światowy spisek i panowanie nad światem. masoni i inne "tajne" organizacje to płotki w tym przypadku ponieważ za wszystkim stoją iluminaci - postatlantydzkie stowarzyszenie które nie wiadomo jakie dokładnie ma cele ale miesza w światowych wydarzeniach infiltrując rządy kościoły itp. dodatkowo istnieją pewne mistyczne powiązania iluminatów z przedwieczną rasą uważającą się za bogów i domagającą się ofiar z ludzi
streścić się nie da, zbyt to skomplikowane, ogarnąć też nie bardzo za pierwszym razem, a podobno są kolejne części. teorie spiskowe rządzą ;).

środa, 26 września 2012

haruki murakami - 1q94

dalej w japonii ale jeszcze bardziej dziwnej niż normalnie. dwie historie: instruktorki fitness i jednocześnie zabójczyni na zlecenie oraz matematyka-pisarza krążą wokół siebie aby następnie się spleść w dziwnym równoległym świecie gdzie na niebie wiszą dwa księżyce a rzeczywistością sterują little people. opowiadanie historii zawartej w trzech tomach powieści nie ma za bardzo sensu bo i ona chwilami nie trzyma się logicznej kupy. no ale przecież zupełnie nie o to chodzi. murakami to przede wszystkim klimat: trochę wyalienowania w upakowanej jak puszka sardynek japonii, niesamowite wydarzenia czające się tuż za rogiem (i nikogo specjalnie nie zaskakujące) i skupienie się na drobnych detalach. lubię ta przestrzeń w jego książkach, spokój (mimo że występują tu mafia, morderstwa i porwania) i świadomość każdej chwili. reszta to bajka i gra z wyobraźnią ale jak komuś przeszkadzają niewyjaśnione wątki, rzeczy które dzieją się o tak bez powodu i sensu to raczej z daleka od tej książki.

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

wiktor pielewin - omon ra i inne opowieści

pielewina uwielbiam w każdej postaci więc nie będę zbyt obiektywna. tutaj mamy trzy opowiadania (no pierwszy utwór można by nazwać mini powieścią ale klasyfikacja nie jest najważniejsza). wszystkie są jednocześnie powalająco zabawne i zmuszające do refleksji, absurdalne i prawdziwe. omon ra z to kosmonauta mający pełnić funkcję automatycznego silnika pojazdu księżycowego (bo na mechanizmy radzieckich ruskich nie stać, ludzi zawsze mają w bród a czymś trzeba zabłysnąć przed wrogimi amerykanami i całym światem). oczywiście nic nie jest takie jak się wydaje a poezja miesza się z brutalną rzeczywistością (hmm czym jest rzeczywistość).
żółta strzała to pociąg z którego nigdy nikt nie wysiada - ludzie rodzą się w nim i umierają (polecam opis pogrzebu) nie zastanawiając się specjalnie nad tym skąd i dokąd jadą, specjalnie nawet nie zauważają że gdzieś zmierzają. dużo tu symboli i metafor niektóre dość oczywiste ale każą myśleć w przerwach pomiędzy wybuchami śmiechu.
trzecie opowiadanie jest o ograniczeniach, głównie w głowach  i wolności której uczą fermowe kurczaki, całkiem są mądre :).
pełno tu buddyjskich odwołań (a połowy pewnie nie znalazłam bom prosty nieoświecony człowiek) ale nie ma nachalności, można myśleć można tylko dobrze się bawić.

wtorek, 24 kwietnia 2012

widzieć/wiedzieć. wybór najważniejszych tekstów o dizajnie

po pierwsze to bardzo ładna książka (jak wszystkie z wydawnictwa karakter które wcześniej miałam w rękach) bo i o ładnych rzeczach traktuje. eseje o dizajnie jak w tytule stoi ale też dużo kosmiczniejsze o typografii. są to rzeczy o których raczej nie myśli się na co dzień a niektóre teksty są dosyć hermetyczne. z drugiej strony to interesujące czytać na takie tematy zupełnie z innego świata, a i niektóre przemyślenia są bardziej uniwersalne na przykład te dotyczące komunikacji czy społecznych funkcji projektowania wizualnego.
jedyna smutna rzecz to patrzenie na naszą wspaniałą uporządkowaną przestrzeń publiczną po przeczytaniu książki. oczy bolą.

środa, 11 stycznia 2012

gertruda stein - autobiografia alicji b. toklas

ani to autobiografia (bo napisana przez gertrudę nie alicję) ani tak naprawdę nie opowiada przede wszystkim o alicjowym życiu. książka opisuje głównie spotkania gertrudy i alicji z malarzami i pisarzami zamieszkującymi paryż od początku xx wieku do mniej więcej lat 30tych. jako że spotkania te były właściwie imprezami więc książka to zlepek plotek o picassie, matissie (hmm jako to odmienić), hemingwayu i ogromnym stadzie innych osób które przewinęły się przez dom gertrudy. na dodatek nie jest to zbyt chronologiczne, w książce panuje chaos co nie pomaga w ogarnięciu sytuacji (ja przynajmniej miałam pewne problemy). pierwsza połowa autobiografii pozwoliła mi zanurzyć się w ten świat początkujących kubistów i innych niezrozumiałych artystów dobrze bawiących się na montmartre jednak później poczułam się znużona niezatrzymującym się korowodem postaci, ich kłótniami i pojednaniami i coraz to nowymi laskami ;). niektórym jeszcze może przeszkadzać kulawa interpunkcja ja jednak sama mam hmm swobodne podejście do przecinków więc nie było to dla mnie problemem.
a cytat: "(...) przecinki są zupełnie zbyteczne tekst powinien być absolutnie zrozumiały i nie może zależeć od przecinków a poza tym przecinki są jedynie i wyłącznie znakiem mówiącym że czytelnik winien się zatrzymać i nabrać tchu a każdy człowiek powinien bez tego wiedzieć kiedy się zatrzymać i nabrać tchu." zachęca mnie do zajrzenia do innych tworów pani stein, szczególnie że autobiografia to podobno najnormalniejsza jej książka ;). ktoś miał jakieś doświadczenia?

poniedziałek, 2 stycznia 2012

yoko tawada - fruwająca dusza

po pierwsze - piękna okładka, jak wszystkie książek z wydawnictwa karakter, na które się natknęłam. a sama książka dziwna (w końcu japońska ;)). główna bohaterka trafia do szkoły, w której kobiety zajmują się studiowaniem księgi podążając drogą tygrysa. atmosfera jest tam dość tajemnicza, nie wiadomo co jest rzeczywistością a co snem, dlatego też książka to niezbyt chronologiczny zbiór opisów sytuacji, marzeń sennych, wydaje się bez sensu i składu. największe wrażenie zrobił na mnie klimat opowieści, trudny do zdefiniowania, niepewny i odróżniający fruwającą duszę od wszystkiego co ostatnio czytałam. nie znam się za bardzo, więc nie wiem czy to japońskość czy indywidualna cecha pani autorki.

wtorek, 15 listopada 2011

jeanette winterson - płeć wiśni

to dopiero dziwna rzecz. kilku narratorów powiązanych ze sobą (niektórzy to nawet jakby ta sama osoba ale w innym czasie): ogromna hodowczyni psów z cromwellowskiego londynu, jej znaleziony w rzecze przybrany syn jordan, współczesny młody kadet marynarki oraz ekolożka badająca ilość rtęci w rzekach. ich losy się przeplatają, podróże to nie tylko przestrzeń ale i czas i wyobraźnia (bo wiadomo można podróżować na zewnątrz i do środka, tu wszystko się miesza). nie do końca wiadomo co co chodzi, bo akcja zdecydowanie nie jest linearna, ale jest zabawnie, ciekawie a chwilami również zastanawiająco (w sensie fragmenty kazały mi myśleć).
oddam tutaj :)

czwartek, 20 października 2011

vladimir nabokov - ada albo żar

wypożyczenie książki o 800 stronach w twardej okładce aby ją czytać w drodze do pracy było bardzo mądrym pomysłem i mój kręgosłup ciągle mi dziękuje. szczególnie że ada jest dość skomplikowana, ma długie zdania i bardzo dużo odwołań, aluzji i symboli i nie da się jej pochłonąć w jeden wieczór. historia jest dość prosta, młodzi kuzynowie, ada (12 lat) i van (14 lat) wdają się w romans pewnego lata w arkadyjskiej wiejskiej posiadłości jej rodziców. spotykają się potajemnie w zakamarkach wielkiego domu i rozległej posiadłości oddając się erotycznym zabawom. zapoczątkowana tak miłość rozwija się przez całe ich życie, i nie dość że niezbyt prosta i bez szans na akceptację z zewnątrz, komplikuje się dodatkowo gdy okazuje się że kuzynowie są naprawdę rodzeństwem, a do tego w vanie zaczyna kochać się ich wspólna młodsza przyrodnia siostra. temat skandalizujący, ale trochę umyka w zalewie skomplikowanych zdań pełnych erudycji i nawiązań do klasyki powieści. jako że jestem słaba w tym temacie i nie ogarnęłam większości, za to skupiłam się na zabawnej i (tu zaskoczenie) fantastycznej stronie ady. bo akcja dzieje się na planecie podobnej do ziemi, której historia potoczyła się jednak inaczej, inny jest podział geopolityczny i inne technologie są stosowane, na przykład nie używa się prądu elektrycznego a nawet jest on tabu i raczej się o nim nie rozmawia (co dziwne teraz czytam inną książkę i również występuje w niej niechęć do elektryki). narrator prowadzi także dywagacje na temat czasu i przestrzeni, tego jednak zupełnie nie pojęłam (powinnam się chyba przerzucić na jakieś mniej wymagające lektury, mózg w porannym, autobusie nie działa jak powinien).
w każdym razie jeśli ktoś lubi grube książki i długie zdania to polecam, ale mimo erotycznego wątku nie należy się specjalnie napalać na pikantne sceny no i dobrze znać francuski, bo bohaterowie jako osoby wykształcone często używają tego języka.

piątek, 19 sierpnia 2011

świetlicki, grzegorzewska, grin - orchidea

książkę upolowałam na zeszłorocznych targach książki (w listopadzie?) i oto nadszedł jej czas (mam straszne opóźnienia w czytaniu). orchidea była początkowo powieścią odcinkową chyba na onecie, później przestali ją publikować w sieci, została dokończona i wydana jako książeczka, bardzo zabawna zresztą. czytałam wcześniej pseudokryminały pana świetlickiego o alkoholicznym mistrzu, wiedziałam więc mniej więcej czego się spodziewać i nie zawiodłam się zupełnie. oto mamy mistrza który dręczony jest przez swoją byłą żonę (przypomina ją sobie jak przez mgłę) męczącą go o mieszkanie (w kamienicy na krakowskim małym rynku), o jakimś dziecku wspomina, a przecież nigdy nie mieli dzieci. mistrz udaje się więc po pomoc do prywatnego detektywa, józefa marii dyducha (postać z kryminałów pana grina), byłego dominikanina o dużej skuteczności i dobrym guście ubraniowym. jednocześnie wspomniana była żona o ksywce orchidea, nie mogąc z nieogarniętego mistrza wyciągnąć nic, udaje się po pomoc do prywatnej detektywki, julii dobrowolskiej (bohaterki książek pani grzegorzewskiej), osoby o wyrobionym smaku, zdecydowanej i nowoczesnej. niestety orchidea niewiele osiąg ponieważ tego samego wieczora zostaje powieszona na moście dębnickim. bohaterowie połączeni przez los usiłują rozwiązać zagadkę kryminalną, korzeniami sięgającą głębokiego średniowiecza, ale to trudne bo mistrz ciągle by tylko pił alkohol w przeróżnych krakowskich lokalach lub w domu a józef maria odczuwa dziwny pociąg do julii, mimo że ta jest kobieta wyzwoloną, pije, pali i ma swobodny stosunek do seksu, a tego były zakonnik nie uprawia przed ślubem. dodatkowo w sprawę miesza się policja i komisarz ostrowski dzielący swój czas na rozwiązywanie spraw kryminalnych w realu oraz zaprowadzanie porządku w second life (świecie dużo prostszym i przyjemniejszym od rzeczywistego). jednak nie należy się nastawiać na metodyczne śledztwo i odkrywania powoli zbrodniczych tajemnic, bo opisywana historia jest absurdalna, wypełniona pojawiającymi się i znikającymi bez celu postaciami i zwyczajnie nie zawsze ma sens, bo autorowie chyba bardzo dobrze bawili się pisząc (dają temu wyraz tu i tam) nie przejmując się kryminalnymi regułami. w efekcie dostajemy rozbrajająco zabawną książkę, straszyłam ludzi w autobusie prychając śmiechem co jakiś czas, tym weselszą jeśli mniej więcej orientuje się człowiek w krakowie, bo tam znajduje się miejsce akcji (noo to może duże słowo, chociaż jest kilka porwań, morderstwa, złowieszcze karły i pościgi /w tym przypadku pieszy pościg za autkiem stojącym w korku/).
lekkie to i przyjemne należy czytać bez napinki bo nie wszystko jest sensowne.

czwartek, 30 czerwca 2011

leonie swann - triumf owiec

z reguły nie czytam bestsellerów (zasada milionów nieomylnych much jakoś do mnie nie przemawia), ale ten leżał sobie na półce siostry i sprawiał wrażenie że będzie odpowiedni na trzygodzinny skacowany powrót pociągiem z długiego weekendu. perspektywa owiec brzmi dobrze a komedia filozoficzna jeszcze lepiej. niestety musza zasada (oraz owczy pęd empikowych kupujących) zadziałała i w tym przypadku. książka wydała mi się przede wszystkim niespójna. z jednej strony są owce nieogarniające ludzkiej rzeczywistości i kierujące się swoją jakąś pokrętną logiką, co można jeszcze przyjąć, ale czasem ich myślenie jest zaskakująco ludzkie i przenikliwe a czasem zachowują się jak stado baranów (napisałabym tu coś o psychologicznych nieścisłościach, ale to owce są więc co u nich za psychologia, a poza tym pani autorka studiowała podobno psychologię więc co ja tam wiem :P). druga sprawa, czyli intryga kryminalna, bo mamy tu taką. ktoś biega po lesie i widowiskowo morduje sarny i prawdopodobnie przymierza się do owiec a może nawet ludzi. dużo tu skomplikowanych wątków, kilka postaci podejrzanych, jak w klasycznych kryminałach np pani christie, jednak rozwiązanie rozczarowało mnie bardzo. tak jakby pod koniec historii o odizolowanej przez burzę wyspie, na której popełniono morderstwo, nagle okazało się że zbrodnia jest dziełem osoby w ogóle wcześniej nie wspomnianej. żadnych motywów, możliwości tylko jakieś mętne niedopowiedzenia. może książka została napisana z perspektywy owiec, które interesują się jedynie trawą i ewentualnie siankiem i mają gdzieś związki przyczynowo-skutkowe, ale czytają ją ludzie. poza tym, wszechstronnie wykształcona autorka wrzuciła w książkę tyle nigdzie nie prowadzących i trochę bezsensownych aluzji, symboli i dziwnych sytuacji, że to aż męczy. a temat interesujący, wilk w owczej skórze, nieznane niebezpieczeństwo w ciemnym lesie, w tle były szpital psychiatryczny ale to wszystko jakoś osobno i bez związku ze sobą. możliwe, że z powodu ciężkiego stanu umysłowego w jakim znajdowałam się czytając, nie ogarnęłam tego, a może jestem zbyt ograniczona, ale książka miała być lekka łatwa i przyjemna. a co do przyjemności i komediowości, to nie rozumiem jak mają się one do panującej w książce atmosfery ciągłego, nie do końca sprecyzowanego zagrożenia. no chyba że kogoś bawią spanikowane owce biegające bez celu po lesie. mnie nie bardzo.

środa, 23 marca 2011

orhan pamuk - snow

nie było to proste ale w końcu przeczytałam do końca powieść noblową pana pamuka. trwało to baaardzo długo jak na mnie, szczególnie że książka towarzyszyła mi na wycieczce do warszawy (4,5 godziny w busie plus 6 godzin w pociągu) i krakowa (w sumie 6 godzin pociągowych) i muszę przyznać ze dawno nie spałam tak dobrze w komunikacji publicznej. brnęłam coraz dalej w zaśnieżone strony (około 500, chociaż objętość książek jest dla mnie raczej powodem do radości niż przerażenia) z nadzieją że może jednak, może już za chwilę, coś się w końcu wydarzy. nie wiem skąd to wrażenie nudy bo w książce wiele się dzieje - zasypane miasteczko na tureckim zadupiu, przejęte w drodze przewrotu wojskowego przez podstarzałego aktora z wygórowanymi ambicjami. poza rewolucją mamy samobójcze nastolatki w chustach, islamskich fanatyków i historię miłosną. tylko dlaczego to jest tak okroooopnieeee nuuuuuuudneeeeeee. może to przez sposób opisywania chwila po chwili wszystkiego co główny bohater (turecki poeta mieszkający w niemczech) robił przez cały czas, z kim rozmawiał i co sobie myślał. możliwe że skojarzyło mi się to z traumatycznymi przeżyciami podczas czytania ulissesa, którego przeczytałam, jestem z tego dumna ale nie chcę więcej tej książki an oczy oglądać. i nie wiem co bardziej mnie zmęczyło: nuda czy też bezsensowne (z mojego cynicznego punktu widzenia człowieka zachodu bez zasad) dywagacje drugoplanowych bohaterów. o tym że nie chcą być zachodni, że europa jest strasznie opresyjna kulturowo i że są dumnie ze swojej narodowości i tradycji (a zachód poza tym że wysyła w świat swoją telewizję internet i gazety pełne wszelkiego zła to ma to wszystko gdzieś) i te gadki o honorze narodu i jego bezczeszczeniu przez niemoralne nienoszenie chusty na włosach. strasznie to skrajne dla mnie i nie wiem czy do końca wschodnie, bo u nas również mamy stado obrońców moralności i prawdziwej polskości próbujących przyciąć wszystkich do własnej miary (niewielkiej :P).
główny bohater miota się między prozachodnimi wojskowymi rewolucjonistami pragnącymi uszczęśliwić i unowocześnić całe miasto siłą, a islamskimi tradycjonalistami, którzy również chcą to zrobić, czekają tylko na okazję. sam nie ma konkretnego zdania, jest wstrętnym europejskim relatywistą, zależy mu tylko na wyniesieniu własnego tyłka cało i na zdobyciu ukochanej, którą sobie wmówił. dookoła rewolucja, ludzie znikają, są torturowani w aresztach a on myśli tylko o tym jak pozbyć się ojca laski z domu, bo tylko pod takim warunkiem zgodziła się iść z nim do łóżka. no ręce opadają. ostatecznie wyjeżdża pierwszy pociągiem, bez laski, główny rewolucjonista i główny islamista umierają, a zasady i honor są naginane w służbie miłości. nie wiem o co panu autorowi chodziło ale tyle wyniosłam z tej cegły. może ktoś chce kupić, po angielsku, tanio sprzedam :P

niedziela, 30 stycznia 2011

candance bushnell - seks w wielkim mieście

zwykle stronię od tzw.o singlowych laskach, które po wielu perypetiach znajdują tego jedynego, który buduje im dom na wsi, robi dziecko i kupuje psa a na koniec żyją długo i szczęśliwie. to jak z harlekinami, historia ta sama, zmieniają się tylko dekoracje. po seks w wielkim mieście zabrałam się, bo oglądałam serial (podobno) na jej podstawie i znalazłam go zabawnym, czego o literackim pierwowzorze powiedzieć nie mogę. nie jest on również pocieszajką, co jest chyba jego jedyną zaletą. chaotyczne historie o ludziach zajmujących się jedynie imprezowaniem i spaniem z innymi podobnymi ludźmi, bez puenty (nie chodzi mi o brak zabawnej puenty tylko jakiejkolwiek). bohaterowie się mieszają, nie złapałam kto jest kim, a ich problemy wydają mi się wymyślone. może to dlatego, że nie jestem bogatą młoda mieszkanką manhattanu polującą na męża a w międzyczasie pijącą, palącą i wciągającą oraz sypiającą z niewłaściwymi osobami. wszyscy opisani ludzie są niemili, odnoszą się pogardliwie do reszty świata i dziwą się że nikt ich nie lubi, są samotni i nie potrafią ułożyć sobie życia w jakikolwiek sposób. zmęczyła mnie ta książka zupełnie nie poprawiając humoru.

środa, 26 stycznia 2011

julio cortazar - ośmiościan

nie powinnam czytać dziwnych książek gdy jestem nie do końca ogarnięta w głowie, bo wcale mi nie pomagają a wprost przeciwnie, wzmagają moje paranoje (literatura kobieca rozwiązaniem?:P). z całego zbiorku ośmiu, jak już sugeruje tytuł, opowiadań, zapamiętałam głównie to o umierającym w szpitalu kolesiu wyobrażającym sobie życie swojej żony/kobiety po jego śmierci, o przerażającym białym koniu chcącym wedrzeć się do domu (konie mnie przerażają) i o rękach nie dających się kontrolować i macających innych ludzi. jakieś takie niezbyt pozytywne wydały mi się i raczej powinnam je czytać może latem, chociaż jak dłużej o nich myślę to bardziej do mnie przemawiają. na pewno nie skończę z panem c. na tej książeczce.

wtorek, 19 października 2010

lubko deresz - arche

jesteśmy we lwowie po którym kręcą się dziwni ludzie: narkomani po kroplach do oczu, dilerzy, bardzo alternatywni performerzy i twórcy teatru, stowarzyszenie lalkarzy i klub halogenków. i bohaterka główna - tereska, która po wspomnianych wcześniej kroplach do oczu odjeżdża bardzo daleko i jest gotowa do przejścia na drugą stronę tekstu, coś jak w świecie zofii gdzie bohaterowie uświadamiają sobie że są wymyśleni, ale w tym wypadku nie jest to aż takie proste, bo nie wiadomo do końca która strona jest która i ile ich tak naprawdę jest. bohaterowie plączą się to tu to tam, najczęściej w innym stanie świadomości, gadają z autorem, który też nie do końca ogarnia co się dzieje, jeden wielki burdel :P. mimo to książka jest całkiem zabawna, dużo odwołań do szeroko rozumianej popkultury (noo może jej bardziej alternatywnej części), chociaż chwilami jest aż przeładowana elokwencją i długimi skomplikowanymi wyrazami, co jest męczące. szczególnie wyłazi to w monologach jednego z bohaterów, naćpanego (nawjuczonego :P) i opowiadającego teorie na temat rzeczywistości, niektóre sensowne, niektóre mniej, ale dość ich miałam na żywo, żeby mnie zachwycały te opisywane :P.
wkręcił mi się trochę świat skłotów z braćmi szalonymi artystami, podziemnych klubów i rytuałów halogenków, ale nie ogarnęłam tej książki do końca. może byłam za trzeźwa? :P

środa, 30 czerwca 2010

ra lafferty - czwarta czynszówka

apokalipsa nadchodzi. nad światem przepychają się cztery nieludzkie hmmm stowarzyszenia próbujące wykorzystać ludzkość i historie do swoich celów. najgorsze z nich to stworzenia które żyją od wieków a nawet milionów lat co jakiś czas wchodząc w cudze ciała. ich celem jest doskonalenie świata poprzez eliminację niewłaściwych rzeczy (jak np. ludzie) i sukcesywnym zmniejszaniu go aż do powstania jednoosobowego idealnego tworu. zaczynają od próby pozbycia się ludzkości przez sianie zarazy i paniki. przeciwstawiają im się patrycjusze, których zwykłym zajęciem jest pilnowanie żeby mackowate potwory nie wyszły z jakichś archaicznych źródeł. wszystko dzieje się na dwóch płaszczyznach: w rzeczywistości oraz w myślotkaniu - czymś w rodzaju rzeczywistości wirtualnej tworzonej przez telepatów usiłujących sterować tą drogą ludźmi i historią. wydaje mi się że właśnie o to chodzi w tej książce. strasznie jest zaplątana, wątki się mieszają nie wiadomo o co biega i gdzie jestem (czytałam ją głównie w autobusie do pracy z bardzo rana może mój mózg nie działał właściwie). przez fabułę przebiegają stada dziwnych postaci miotających się między realem a wirtualem, pojawia się również szpital psychiatryczny.
czytając zastanawiałam się czy to nie jest przypadkiem grafomania ale nawet jeśli to bardzo zabawna (bo pan lafferty ma a raczej miał niezłe poczucie humoru) i podobała mi się. a motyw powracających skojarzył mi się z amerykańskimi bogami bo te duchowe pasożyty w swoim czasie mieszkały na olimpie i uważały się za bogów.