Pokazywanie postów oznaczonych etykietą scifi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą scifi. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 20 sierpnia 2013
stanisław lem - powrót z gwiazd
historia jest prosta - główny bohater wraca z kosmicznej wyprawy trwającej dla niego 10 lat a tym czasem na ziemi minęło ich ze 120. świat zmienił się całkowicie, technologia poszła do przodu a ludzie są mili sympatyczni i nieagresywni dzięki przechodzonemu w dzieciństwie zabiegowi niszczącemu wszelkie mordercze instynkty. bohater jest całkiem zagubiony, nie może się przyzwyczaić do nowego stylu życia (całkiem fajowo opisane przedmioty, budynki, książki itp) ale i do społeczeństwa, które uważa za nieco ułomne, bo za jego czasów... ludzie już nie interesują się podbojem kosmosu (brakuje im "jaj" obciętych betryzacją), bohater ma więc problem ze swoim poczuciem wartości, leciał w kosmos jako bohater a wrócił i nikt nie wiwatuje. nawet w mordę nie umieją dać. eh ta dzisiejsza młodzież. na szczęście znajduje się laska oczarowana dzikością przeszościowca i wskakuje mu do łóżka. romans jest opisany jakby przez 15 latka a bohaterowie nie potrafią się wysłowić. strasznie to denerwujące. to i marudzenie jak to brak agresji jest dehumanizujący i całkowicie zatrzymuje postęp bo ryzyko jest takie ludzkie i pcha świat do przodu. taki trochę maczo pogląd wyłazi z lema i nie do końca mnie to przekonuje. a można było zająć się np. maszynami które w nowym świecie są oddzielone od ludzi, tzn ich obiegiem (produkcja serwis i złomowanie) zajmują się inne maszyny, a to co bohater słyszy w magazynie złomowiska może wskazywać na jakąś sztuczną inteligencję, duch w maszynie te sprawy, ale zamiast tego mamy młodego staruszka tęskniącego za "swoimi" czasami.
Etykiety:
fantastyka,
kosmos,
niewesołe,
polskie,
rozczarowanie,
scifi
wtorek, 13 marca 2012
the year's best science fiction no 8
oto powód mojego ponad miesięcznego milczenia (razem z choroba która bardziej sprzyjała wgapianiu się w monitor niż składaniu literek). 25 opowiadań scifi po angielsku. niektóre króciutkie inne to takie jakby minipowieści w każdym razie ponad 600 stron w obcym języku. jak to z antologiami nie wszystko mi się podobało ale niektóre opowiadania uważam za godne uwagi. między innymi to o niedźwiedziach które odkryły ogień terrego bissona - dość niestandardowe jak na tą tematykę, czy o budowie wieży babel dosłownie sięgającej nieba (autor ted chiang), interesujące podejście do kosmitów kokainiarzy pana kessela i opowiadanie o wirusie likwidującym agresję u ludzi pani kress. zabawne też jest czytać o czasach współczesnych widzianych z perspektywy początku lat 90 (tak tak to przerażające ale to już 20 lat minęło). a gdyby ktoś chciał się przekonać to oddaję książkę tu
Etykiety:
antologia,
fantastyka,
obcy,
opowiadania,
po angielsku,
scifi
wtorek, 24 stycznia 2012
literatura na świecie nr 10-207
numer o cybernetyce i sztucznej inteligencji. zaraz na samym początku powalający fragment gödel, escher, bach: an eternal golden braid pana douglasa hofstadtera, o mrówkach, fudze bacha i mózgach. erudycja tego fragmentu mnie trochę mnie przygniotła, zostałam też zmuszona do myślenia, spojrzenia na świat od innej strony, ale i rozbawiona (ehh najlepszy kumpel pana mrówkojada - kolonia mrówek imieniem stryjko lonia). zdecydowanie będę próbować brnąć przez (niestety) anglojęzyczne wydanie całości, mam nadzieję że pojmę co i jak.
oprócz tego jest tu krótkie opowiadanko susan sontag o praktyczności robotów wykorzystywanych jako zastępstwo w niezbyt ekscytujących czynnościach w życiu (praca, zajmowanie się żoną i dziećmi, człowiek może zostać bezdomnym i mieć święty spokój).
trzecim tekstem który zwrócił moją uwagę był fragment powieści roderyk czyli edukacja młodej maszyny autorstwa pana johna sladka. bardzo zabawna historia rozwoju sztucznej inteligencji na uniwersytecie na amerykańskim zadupiu. połączenie powieści akademickiej (przepychanki wykładowców o granty) , scifi, kryminału (seryjny morderca studentek) i thillera (ktoś na górze nie chce dopuścić do powstania sztucznej inteligencji). i duży plus za bezpośrednie nawiązanie do vonneguta którego uwielbiam. ciekawe czy to po polsku wydali.
oprócz tego jest tu krótkie opowiadanko susan sontag o praktyczności robotów wykorzystywanych jako zastępstwo w niezbyt ekscytujących czynnościach w życiu (praca, zajmowanie się żoną i dziećmi, człowiek może zostać bezdomnym i mieć święty spokój).
trzecim tekstem który zwrócił moją uwagę był fragment powieści roderyk czyli edukacja młodej maszyny autorstwa pana johna sladka. bardzo zabawna historia rozwoju sztucznej inteligencji na uniwersytecie na amerykańskim zadupiu. połączenie powieści akademickiej (przepychanki wykładowców o granty) , scifi, kryminału (seryjny morderca studentek) i thillera (ktoś na górze nie chce dopuścić do powstania sztucznej inteligencji). i duży plus za bezpośrednie nawiązanie do vonneguta którego uwielbiam. ciekawe czy to po polsku wydali.
czwartek, 19 stycznia 2012
james white - szpital kosmiczny
zbiór opowiadań science fiction o (zaskoczenie) kosmicznym szpitalu leczącym wszystkie znane rasy. różne organizmy mają różne wymagania dotyczące atmosfery ciśnienia i pożywienia, szpital zapewnia nie tylko warunki odpowiednie dla każdego ale też fachową opiekę medyczną personelu (również wielorasowego) doskonale znającego fizjologię poszczególnych pacjentów dzięki wgrywanym do mózgu hipnotaśmom. kontakty międzyrasowe odbywają się za pomocą autotranslatorów, jednak nie wszystkie niuanse wypowiedzi są możliwe do przekazania, co jest źródłem (zabawnych dla mnie) nieporozumień pomiędzy osobnikami o różnych sposobach postrzegania rzeczywistości.
ogólna sytuacja w przyszłości jest tylko zarysowana delikatnie, to dopiero pierwszy tom cyklu, zapewne rozwijane to jest w kolejnych.
podchodziłam do tej książki ostrożnie, nie jestem jakąś fanatyczką science fiction, jednak zostałam pozytywnie zaskoczona (nawet zdziwiłam się że powieść została napisana na początku lat 60). bardzo podoba mi się głęboki humanizm i tolerancja jakimi przesiąknięta jest atmosfera szpitala pomagającego każdemu niezależnie od pochodzenia a do pacjentów podchodzi się z życzliwością i poświęceniem nawet jeśli są niemili (ehh marzenia petenta polskiej służby zdrowia :P). trochę mi się to kojarzy z opowieściami o pilocie pirxie, chociaż tutaj jest mniej filozofowania a więcej prostej rozrywki :P. proszę mnie źle nie zrozumieć, prosta nie znaczy gorsza :)
ogólna sytuacja w przyszłości jest tylko zarysowana delikatnie, to dopiero pierwszy tom cyklu, zapewne rozwijane to jest w kolejnych.
podchodziłam do tej książki ostrożnie, nie jestem jakąś fanatyczką science fiction, jednak zostałam pozytywnie zaskoczona (nawet zdziwiłam się że powieść została napisana na początku lat 60). bardzo podoba mi się głęboki humanizm i tolerancja jakimi przesiąknięta jest atmosfera szpitala pomagającego każdemu niezależnie od pochodzenia a do pacjentów podchodzi się z życzliwością i poświęceniem nawet jeśli są niemili (ehh marzenia petenta polskiej służby zdrowia :P). trochę mi się to kojarzy z opowieściami o pilocie pirxie, chociaż tutaj jest mniej filozofowania a więcej prostej rozrywki :P. proszę mnie źle nie zrozumieć, prosta nie znaczy gorsza :)
poniedziałek, 21 listopada 2011
charles yu - jak przeżyć w fantastycznonaukowym wszechświecie
tytuł i okładka sugerują powieść science fiction o szalonych przygodach związanych z podróżami w czasie. jest to faktycznie scifi i o wehikułach czasowych opowiada, ale opisane przygody to zdecydowanie nie ucieczki przed dinozaurami. główny bohater konserwuje wehikuły czasu i pomaga zagubionym podróżnikom, sam żyjąc w zawieszonym w bezczasie pojeździe z nieistniejącym psem i systemem operacyjnym. jego ojciec zniknął w zaprojektowanym przez siebie wehikule a matka żyje w komercyjnej godzinnej pętli czasowej. bohater rusza przez swoje wspomnienia próbując zrozumieć co się stało i gdzie zniknął ojciec i w końcu obudzić się ze swojej bierności, bo mimo bezczasu na zewnątrz, to dla niego czas cały czas upływa. nieubłaganie. akcja nie jest zbyt spektakularna, przeważają dygresje na temat samego czasu, tożsamości, pamięci, równoległych wszechświatów i możliwości, głównie niewykorzystanych. smutna to książka, ale interesująca, chociaż chwilami bardzo zakręcona.
środa, 31 sierpnia 2011
william gibson - graf zero
kolejna po neuromancerze powieść z ciągowego cyklu (podobno to trylogia ale wikipedia mówi o sześciu tomach). znów jesteśmy w przyszłościowym niebezpiecznym świecie. tym razem mamy troje bohaterów.
marly - zajmująca się handlem dziełami sztuki, zamieszana w fałszerską aferę z przeszłości dostaje zlecenie odnalezienia autora dziwnych poruszających instalacji - pudełek z przedmiotami codziennego użytku. zatrudnia ją herr virek, baardzo bogaty hmm człowiek a w zasadzie osobowość żyjąca w świecie wirtualnym, a w realnym zajmująca kilka kontenerów medycznych gdzieś w szwecji.
turner, najemnik od brudnej analogowej roboty, ledwo poskładany po jednym rozwalającym zadaniu, już zatrudniony przy kolejnym - ucieczce genialnego naukowca z jednej korporacji do drugiej.
bobby, młody niedoświadczony kowboj cyberprzestrzeni, dla kasy testujący podejrzany sprzęt, ledwo co przeżywa w wirtualu, a w realu pakuje się pomiędzy wyznawców cybervoodoo a odhumanizowane korporacje żyjące już praktycznie własnym życiem.
wszystkie watki się ostatecznie splatają, ale to nie fabuła najbardziej mi się podoba w gibsonowych książkach tylko wykreowany przez niego świat. nieco przerażający (rządzą nim jakieś bezosobowe superkorporacje lub też twory rodzaju vireka, czy zbuntowane sztuczne inteligencje) ale i pełen możliwości zarówno w realnym świecie jak i wirtualnym. fakt, spotkać można wrogie subkultury lub voodoo duchy galopujące po cyberprzestrzeni. a co do matrycy właśnie, zabawne jest jej przedstawianie w postaci trójwymiarowego świata, gdzie człowiek porusza się pomiędzy hmm serwerami (?) w strumieniu danych. to jak stare filmy science fiction, ale to chyba filmowcy na gibsonie się wzorowali, nie odwrotnie.
w każdym razie klasyka.
marly - zajmująca się handlem dziełami sztuki, zamieszana w fałszerską aferę z przeszłości dostaje zlecenie odnalezienia autora dziwnych poruszających instalacji - pudełek z przedmiotami codziennego użytku. zatrudnia ją herr virek, baardzo bogaty hmm człowiek a w zasadzie osobowość żyjąca w świecie wirtualnym, a w realnym zajmująca kilka kontenerów medycznych gdzieś w szwecji.
turner, najemnik od brudnej analogowej roboty, ledwo poskładany po jednym rozwalającym zadaniu, już zatrudniony przy kolejnym - ucieczce genialnego naukowca z jednej korporacji do drugiej.
bobby, młody niedoświadczony kowboj cyberprzestrzeni, dla kasy testujący podejrzany sprzęt, ledwo co przeżywa w wirtualu, a w realu pakuje się pomiędzy wyznawców cybervoodoo a odhumanizowane korporacje żyjące już praktycznie własnym życiem.
wszystkie watki się ostatecznie splatają, ale to nie fabuła najbardziej mi się podoba w gibsonowych książkach tylko wykreowany przez niego świat. nieco przerażający (rządzą nim jakieś bezosobowe superkorporacje lub też twory rodzaju vireka, czy zbuntowane sztuczne inteligencje) ale i pełen możliwości zarówno w realnym świecie jak i wirtualnym. fakt, spotkać można wrogie subkultury lub voodoo duchy galopujące po cyberprzestrzeni. a co do matrycy właśnie, zabawne jest jej przedstawianie w postaci trójwymiarowego świata, gdzie człowiek porusza się pomiędzy hmm serwerami (?) w strumieniu danych. to jak stare filmy science fiction, ale to chyba filmowcy na gibsonie się wzorowali, nie odwrotnie.
w każdym razie klasyka.
wtorek, 23 sierpnia 2011
herbert george wells - ludzie jak bogowie
oldschoolowe ale cały czas aktualne science fiction. w 1921 roku grupka anglików zostaje nagle przeniesiona do świata równoległego, któy przechodził podobną drogę rozwoju jak i ziemia, ale aktualnie panuje tam pokój, dobrobyt i wegetarianizm (:P). ludzie żyją w harmonii ze sobą i światem, biegają nago, nie krępują się religiami czy pseudomoralnyumi zakazami (żyją ze sobą bez ślubu!). ta idylliczna anarchia działa ponieważ społeczeństwo to jest na dużo wyższym poziomie rozwoju i nie bawią ich zdobywanie władzy nad innymi czy posiadanie więcej od sąsiada. jednocześnie cały czas rozwijają się technologicznie, większość ludzi kształci się w wybranym przez siebie kierunku i w idealnych warunkach osiąga wyżyny swoich intelektualnych możliwości dla dobra całego świata. w tą idylliczną utopię wpadają ziemianie i po pierwszym zaskoczeniu postanawiają opanować nieambitnych w ich mniemaniu tubylców. nawet w innym wymiarze nie potrafią wyzbyć się swojego wąskiego myślenia, bardzo ładnie wyszydzonego przez pana wellsa w scenach świętego oburzenia duchownego nie potrafiącego przełknąć aseksualnej nagości czy opisującego śmieszne w tej sytuacji (i w sumie nie tylko w tej) przywiązanie narodowe, wieczne brytyjsko-francuskie animozje i zamartwianie się do którego państwa należeć będą zdobyte tereny. jeden tylko ziemianin widzi szaleństwo w głowach swoich towarzyszy, on jednak już w domu zdegustowany był światem i potrafi docenić krainę do której trafił a jednocześnie czuje swoją niższość intelektualną w porównaniu z utopianami wyprzedzającymi go o kilka tysiącleci.
książka opublikowana prawie 90 lat temu, ale nadal jest niestety aktualna. już nie chodzi o opisany system społeczno - ekonomiczny, lekko komunizujący i w sumie podporządkowujący jednostkę społeczeństwu ale w jakiś taki sympatyczny sposób no i przede wszystkim bez przymusu, a raczej opierający się na dojrzałości jednostek. zresztą chyba każdy system stawia ramy indywidualności, mniejsze lub większe i każe tych co chcą za nie wyleźć. książka daje do myślenia, bo mimo że trochę lat minęło, mamy kolejne stulecie i nawet tysiąclecie a niewiele zmądrzeliśmy. na księżyc się wybraliśmy a nierozwiązanych problemów na ziemi nie ubywa. i tak w porównaniu z większością ludzkości jestem na uprzywilejowanej pozycji, ale czasem jak trafię na wiadomości (rzadko oglądam żeby się nie denerwować burakami), to mam wrażenie że ogromne ilości energii i zaangażowania można by wykorzystać w sympatyczniejszy i zdecydowanie pożyteczniejszy sposób.
powieść kończy się powrotem głównego bohatera do domu (chciał zostać w utopii ale sam zrozumiał że nie był wystarczająco zaawansowany intelektualnie żeby żyć w tym świecie) i zmianą jego życia - rzuca bezsensowną pracę, wspiera synka w dążeniach do zdobycia wykształcenia na polibudzie. ma nadzieję że ludzkość ma przed sobą bardzo odległą ale i bardzo świetlaną przyszłość. ciekawe czy zmieniłby zdanie wiedząc czo czeka świat w xx wieku, który pokazał co ludzie potrafią zrobić w imię w sumie trudno powiedzieć czego. i wciąż refleksja i nauka na własnych błędach nie jest naszą dobrą stroną.
książka opublikowana prawie 90 lat temu, ale nadal jest niestety aktualna. już nie chodzi o opisany system społeczno - ekonomiczny, lekko komunizujący i w sumie podporządkowujący jednostkę społeczeństwu ale w jakiś taki sympatyczny sposób no i przede wszystkim bez przymusu, a raczej opierający się na dojrzałości jednostek. zresztą chyba każdy system stawia ramy indywidualności, mniejsze lub większe i każe tych co chcą za nie wyleźć. książka daje do myślenia, bo mimo że trochę lat minęło, mamy kolejne stulecie i nawet tysiąclecie a niewiele zmądrzeliśmy. na księżyc się wybraliśmy a nierozwiązanych problemów na ziemi nie ubywa. i tak w porównaniu z większością ludzkości jestem na uprzywilejowanej pozycji, ale czasem jak trafię na wiadomości (rzadko oglądam żeby się nie denerwować burakami), to mam wrażenie że ogromne ilości energii i zaangażowania można by wykorzystać w sympatyczniejszy i zdecydowanie pożyteczniejszy sposób.
powieść kończy się powrotem głównego bohatera do domu (chciał zostać w utopii ale sam zrozumiał że nie był wystarczająco zaawansowany intelektualnie żeby żyć w tym świecie) i zmianą jego życia - rzuca bezsensowną pracę, wspiera synka w dążeniach do zdobycia wykształcenia na polibudzie. ma nadzieję że ludzkość ma przed sobą bardzo odległą ale i bardzo świetlaną przyszłość. ciekawe czy zmieniłby zdanie wiedząc czo czeka świat w xx wieku, który pokazał co ludzie potrafią zrobić w imię w sumie trudno powiedzieć czego. i wciąż refleksja i nauka na własnych błędach nie jest naszą dobrą stroną.
Etykiety:
antyglobalizm,
fantastyka,
klasyka,
poważne,
scifi,
zabawne
piątek, 12 sierpnia 2011
dmitry glukhovsky - metro 2034
znów jesteśmy w moskiewskim metrze, jak widać przetrwało ono kolejny rok. jednak nie można osiąść na laurach niebezpieczeństwo jest ciągłe, zmienia tylko swoją postać. tym razem startujemy również na stacji peryferyjnej, znów atakują mutanty z powierzchni, tym razem jednak można sobie z nimi poradzić jeśli ma się wystarczająco dużo amunicji. no i właśnie tu pojawia się problem, bo dostawy z hanzy nagle się urywają. po drodze tylko kilka dobrze znanych stacji, ale w tym podziemnym świecie sytuacja może zmienić się gwałtownie (potwory, promieniowanie, wewnętrzne międzystacyjne wojenki, bandyci itp.) wysłany więc zostaje ciężkozbrojny patrol. a za nim następny i następny. nikt nie wraca, telefony nie działają, mutanty napierają. i znów ktoś powinien wyruszyć na wyprawę w ciemność tuneli, problem w tym że nie bardzo można sobie pozwolić na stratę kolejnych obrońców stacji. nikt jednak nie sprzeciwia się tajemniczemu brygadierowi po przejściach, który zabiera jeszcze jednego żołnierza oraz, jakby dla kaprysu, homera - starszego człowieka zajmującego się zbieraniem i snuciem metrowych opowieści. to właśnie homer jest głównym bohaterem książki, stoi on na skraju życia i chce desperacko coś po sobie pozostawić, nawet jeśli będzie to tylko dziewięćdziesięciokartkowy zapisany zeszyt. potrzebuje bohaterów, zdecydowany brygadier idealnie się na takiego nadaje, przydałaby się jeszcze jakaś laska, na szczęście spotykają jedną po drodze, kroi się nawet pokrzywiona historia hmm miłosna (nie wiem czy to słowo jest właściwe w tym przypadku, ale niech będzie). może dlatego że bohater to nie gówniarz w okolicach dwudziestki, tylko człowiek z doświadczeniem i to niezbyt sympatycznym (całkiem świadomie przeżył zagładę swojego powierzchniowego świata), druga część metra jest jakby bardziej refleksyjna (gdzieś między pościgami na drezynach i gotowymi do strzału miotaczami ognia), sens życia indywidualnego człowieka wcale się nie krystalizuje z wiekiem, a nawet wprost przeciwnie, a do tego dochodzi świadomość upadku cywilizacji, której resztki tlą się jeszcze pod ziemią, nie wiadomo jak długo i tak naprawdę po co. wszystko to jest w porządku, marudzenie starego homera można znieść, postnuklearny klimat jest super, ale mam też pewne zastrzeżenia. dotyczą one pozostałych postaci, których psychologia jest roztrząsana na wszystkie strony, jednak nie ma ona do końca sensu. coś mi w tym okropnie zgrzytało i brzmiało bardzo nieprawdopodobnie i jakby trochę od czapy. bohaterowie robią różne dziwne rzeczy, które pan autor próbuje wytłumaczyć zaplątując się nieco, a jego kukiełki i tak wyglądają na miotane jakimś bezsensem. można to trochę wytłumaczyć niecodziennymi warunkami w jakich żyją ale bez przesady (wiem wiem czepiam się wiarygodności psychologicznej w fantastyce o mrocznych tunelach i zmutowanych potworach :P). nie zmienia to faktu że prawie 500 stron połknęłam chętnie i błyskawicznie.
Etykiety:
dziki wschód,
fantastyka,
podróż,
scifi,
tajemnica,
zabawne
wtorek, 9 sierpnia 2011
dmitry glukhovsky - metro 2033
uwaga na początku - pisanie nazwisk autorów rosyjskich na angielską modłę uważam za nieco pretensjonalne i wychodzi później taki chekhov czy tchaikovsky i człowiek się zastanawia wtf. no ale do rzeczy.
metro 2033 czyli moskiewskie metro w roku 2033 (kto by pomyślał) po wojnie nuklearnej która zniszczyła ziemię, a raczej ludzką cywilizację na powierzchni i uniemożliwiła normalne życie pośród promieniowania, zdziczałych mutantów i psów. przeżyli tylko ci którzy w odpowiednim czasie znaleźli się w odpowiednim miejscu, czyli właśnie w metrze. rozległe, zakopane głęboko pod ziemią, wzbogacone w wybudowane podczas zimnej wojny schrony przeciwatomowe dla sowieckich dygnitarzy i odpowiednio wyposażone w składy żywności, wentylację i filtry wodne, stało się doskonałym miejscem do postapokaliptycznej wegetacji ludzkości. zostało w miarę możliwości odcięte od świata zewnętrznego w obawie przed mutantami i innymi dziwnymi rzeczami mogącymi się zwlec na dół, pozostawiono tylko kilka dobrze strzeżonych wyjść dla stalkerów przeszukujących ruiny wielkiego miasta w poszukiwaniu zdatnych do użytku przedmiotów, paliwa czy książek. bardzo sympatyczne miejsce do odbudowywania ludzkiego gatunku, może nieco bledszego i z bardziej wyczulonym wzrokiem, jednak ludzie nawet w obliczu zagłady się nie zmieniają. stacje zostały zamienione w mikro miasta-państwa, następowały zrzeszenia i wojny, aż w końcu sytuacja się w miarę ustabilizowała. swoje miejsce mają kapitaliści kontrolujący dużą część metra, komuniści i faszyści. stacje oddalone od centrum zwykle rządzą się same, bo nie wiadomo jak długo utrzymają się w ciągłym zagrożeniu mutantami z powierzchni i niewiadomoczym wyłażącym z każdej dziury. na takiej właśnie stacji poza światem mieszka główny bohater, który musi wyruszyć w pełną niebezpieczeństw podróż po podziemnych tunelach aby uratować swoją stację i może całe metro. z jednej strony to typowa powieść drogi - Artem idzie do celu powoli, co krok natyka się a to na szaleństwo sączące się z uszkodzonych rur, ześwirowanych sekciarzy, wielbicieli hitlera czy wyznawców wielkiego czerwia próbujących żyć w odosobnieniu z dala od śmiercionośnej techniki, uzupełniających zapas białka dzięki swym wrogom. są też postacie pozytywne (w tym moi ulubieni międzystacyjni rewolucjoniści), najczęściej marnie kończące, pomagające wygrzebać się wędrowcowi z tarapatów aby mógł wypełnić swoją misję. i właśnie tu pojawiają się (lekkie bo lekkie ale są) filozoficzne dywagacje na temat przeznaczenia w tym konkretnym przypadku oraz w szerszym kontekście całego życia i jego sensu. nie przesłaniają one rozrywkowości książki, bo żaden z niej głęboki traktat filozoficzny, ale można się zastanowić nad tym i owym wraz z bohaterem, który czasem ma wątpliwości co do realności otaczającej go rzeczywistości (niektóre tunele bywają halucynogenne) i wolnej woli w podejmowaniu decyzji.
jednak intelektualne dywagacje można odstawić na bok, bo najlepszy w tej książce jest jej klimat, mroczny i wilgotny, zza węgłów wyłaniają się potwory a uciec nie ma gdzie bo na powierzchni radioaktywność i zmutowane szczury oraz przerażające stwory pilnujące ciszy w bibliotece miejskiej. czytając myślałam że to idealny materiał na grę komputerową i nie myliłam się, ktoś o tym pomyślał wcześniej, ale pewnie przy moim słabym kompie (i braku czasu) i tak nie mam co marzyć. ale drugą część czytam :).
metro 2033 czyli moskiewskie metro w roku 2033 (kto by pomyślał) po wojnie nuklearnej która zniszczyła ziemię, a raczej ludzką cywilizację na powierzchni i uniemożliwiła normalne życie pośród promieniowania, zdziczałych mutantów i psów. przeżyli tylko ci którzy w odpowiednim czasie znaleźli się w odpowiednim miejscu, czyli właśnie w metrze. rozległe, zakopane głęboko pod ziemią, wzbogacone w wybudowane podczas zimnej wojny schrony przeciwatomowe dla sowieckich dygnitarzy i odpowiednio wyposażone w składy żywności, wentylację i filtry wodne, stało się doskonałym miejscem do postapokaliptycznej wegetacji ludzkości. zostało w miarę możliwości odcięte od świata zewnętrznego w obawie przed mutantami i innymi dziwnymi rzeczami mogącymi się zwlec na dół, pozostawiono tylko kilka dobrze strzeżonych wyjść dla stalkerów przeszukujących ruiny wielkiego miasta w poszukiwaniu zdatnych do użytku przedmiotów, paliwa czy książek. bardzo sympatyczne miejsce do odbudowywania ludzkiego gatunku, może nieco bledszego i z bardziej wyczulonym wzrokiem, jednak ludzie nawet w obliczu zagłady się nie zmieniają. stacje zostały zamienione w mikro miasta-państwa, następowały zrzeszenia i wojny, aż w końcu sytuacja się w miarę ustabilizowała. swoje miejsce mają kapitaliści kontrolujący dużą część metra, komuniści i faszyści. stacje oddalone od centrum zwykle rządzą się same, bo nie wiadomo jak długo utrzymają się w ciągłym zagrożeniu mutantami z powierzchni i niewiadomoczym wyłażącym z każdej dziury. na takiej właśnie stacji poza światem mieszka główny bohater, który musi wyruszyć w pełną niebezpieczeństw podróż po podziemnych tunelach aby uratować swoją stację i może całe metro. z jednej strony to typowa powieść drogi - Artem idzie do celu powoli, co krok natyka się a to na szaleństwo sączące się z uszkodzonych rur, ześwirowanych sekciarzy, wielbicieli hitlera czy wyznawców wielkiego czerwia próbujących żyć w odosobnieniu z dala od śmiercionośnej techniki, uzupełniających zapas białka dzięki swym wrogom. są też postacie pozytywne (w tym moi ulubieni międzystacyjni rewolucjoniści), najczęściej marnie kończące, pomagające wygrzebać się wędrowcowi z tarapatów aby mógł wypełnić swoją misję. i właśnie tu pojawiają się (lekkie bo lekkie ale są) filozoficzne dywagacje na temat przeznaczenia w tym konkretnym przypadku oraz w szerszym kontekście całego życia i jego sensu. nie przesłaniają one rozrywkowości książki, bo żaden z niej głęboki traktat filozoficzny, ale można się zastanowić nad tym i owym wraz z bohaterem, który czasem ma wątpliwości co do realności otaczającej go rzeczywistości (niektóre tunele bywają halucynogenne) i wolnej woli w podejmowaniu decyzji.
jednak intelektualne dywagacje można odstawić na bok, bo najlepszy w tej książce jest jej klimat, mroczny i wilgotny, zza węgłów wyłaniają się potwory a uciec nie ma gdzie bo na powierzchni radioaktywność i zmutowane szczury oraz przerażające stwory pilnujące ciszy w bibliotece miejskiej. czytając myślałam że to idealny materiał na grę komputerową i nie myliłam się, ktoś o tym pomyślał wcześniej, ale pewnie przy moim słabym kompie (i braku czasu) i tak nie mam co marzyć. ale drugą część czytam :).
Etykiety:
dziki wschód,
fantastyka,
horror,
podróż,
scifi,
tajemnica,
zabawne
środa, 23 lutego 2011
to, co najlepsze w sf tom 2
antologia opowiadań science fiction z lat 90. jak w każdym zbiorze są rzeczy lepsze i gorsze, a raczej bardziej mi podchodzące i raczej niestrawne. co tu dużo pisać, lubię cyberpunka, więc podszedł mi naprawiacz rowerów pana sterlinga, pozytywna historia o sztucznej inteligencji rządzącej światem i luzackim podejściu do życia. zabawna historyjka o obcych przybierających postać małych dziecinnych stworków również mi się podobała - morał: wszystkie dzieci są jak obcy :P. poza tymi jeszcze dwa przemówiły do mnie: pierwszy wtorek roberta reed o wizycie hologramu prezydenta usa jednocześnie w każdym domu wyposażonym w odpowiedni emiter oraz oblubienica elvisapani goonan o martwym elvisie jako królu obcych i jego żywej świcie wegetującej na ziemi po awarii pojazdu kosmicznego, w oczekiwaniu na statek z macierzystej planety. reszta opowiadań to poważne scifi albo (nie jestem dobra w gatunkach) fantastyko scifi i kilka historii z obszaru humanistycznego scifi (które przyswajam jedynie w wykonaniu pani le guin a i nie wszystko), napisane bez poczucia humoru. to bardzo ważny czynnik dla mnie, nie tylko w fantastyce, a nie wszystko co zabawne jest głupie czego przykładem mogą być książki mistrza lema.w każdym razie, interesujące nazwiska zapisane, reszta wyrzucona z pamięci a książka wyląduje zapewne na podaju.
Etykiety:
antologia,
fantastyka,
kosmos,
obcy,
opowiadania,
scifi
wtorek, 18 stycznia 2011
arthur conan doyle - głębina maracot
cztery opowiadania fantastyczne pana od sherlocka holmesa. pierwsze dwa odnoszą się do tytułowej głębiny maracot, czyli miejsca na oceanie atlantyckim, gdzieś niedaleko wysp kanaryjskich. profesor maracot wraz ze współpracownikami opuszcza się na dno otchłani aby sprawdzić swoją teorię o niewielkim ciśnieniu na dnie morza. teoria zaskakująco okazuje się prawdziwa a na dodatek w głębinach odnajdują zatopioną przed wiekami atlantydę. mieszkańcy mają bardzo praktyczną wiedzę o chemicznych reakcjach min produkowaniu tlenu z wody i składania jedzenia z atomów. jednak dno oceanu jest niebezpieczne, nie tylko z powodu potworów morskich i trujących ryb, ale również diabelskich mocy mieszkających w zatopionej świątyni. zabawne wydało mi się wmieszanie w całą historię reinkarnacji, ale takiej dosłownej, trochę jak w draculi, że ta sama laska rodzi się drugi raz dla pana wampira (tzn tak było w filmie, do książki jeszcze nie doszłam).dwa pozostałe opowiadania to przygody profesora challengera, bardzo inteligentnego typka, interesującego się wieloma aspektami świata (a w zasadzie wszystkimi), będącego świadomym swojej wiedzy i intelektualnej wyższości nad resztą ludzkości (ostatnio oglądam big bang theory i z czymś mi się taka postawa kojarzy:P). w pierwszym opowiadaniu profesor trafia na wynalazcę chwilowego dezintegratora, próbującego sprzedać swoja konstrukcję mocarstwu, które zapłaci najwięcej. w drugim natomiast profesor kopie w ziemi studnię o głębokości chyba 8 mil, w celu dowiedzenia swojej teorii, że planeta nasza jest w rzeczywistości żywym organizmem, a my tylko pasożytami na jej powierzchni.
lubię oldschoolowe science fiction, profesor challenger jest ujmującym bohaterem, a książce smaczku dodaje fakt, że jest chyba przedrukiem z przedwojennego wydania, więc zawiera zabawną ortografję i stylistykę :D
piątek, 7 stycznia 2011
china miéville - żelazna rada
chwilę mi to zajęło, żeby przeczytać kolejną historię z nowego crobuzon. tym razem jest niespokojnie. miasto jest wielkie, kwitnie przemysł i handel, a dużą rolę odgrywają port i doki gdzie praca jest ciężka i marnie opłacana. robotnicy zaczynają upominać się o swoje. na dodatek rządzący miastem wdali się mało perspektywiczną wojnę z tesh - ludem (państwem?) żyjącym jakby trochę w poprzek wymiarów, co umożliwia im stosowanie broni niekonwencjonalnej. straty crobuzońskie są ogromne, mieszkańcy zaczynają widzieć bezsens sytuacji, a parlament i niesympatyczna pani burmistrz próbują opanować sytuację z własnymi poddanymi, przez zwiększenie milicyjnych uprawnień, aresztowanie i zintensyfikowane prze-twarzania. zmyślnie ulepszeni przestępcy przydają się bardzo przy budowie wielkiej transkontynentalnej linii kolejowej. jednak przedsiębiorstwo to jedna wielka skorumpowana machina, więc i na ruchomej budowie zaczynają się rozruchy niedofinansowanych robotników i maltretowanych prze-tworzonych, zapoczątkowane przez strajk zniecierpliwionych prostytutek odmawiających pracy na kredyt.trudno streścić wszystko co dzieje się na 500 stronach powieści, zresztą nie o to tu chodzi. jak w poprzednich książkach, pan autor ma tysiące pomysłów na nawet najmniejsze drobiazgi, a wyobraźnię mógł sobie rozpuścić, bo budowa torów przebiega nie tylko przez dzikie, nieznane kraje zamieszkane przez dziwne stworzenia, ale też przez wspominane w dworcu perdido pęknięcie rzeczywistości gdzie wszystko może się zdarzyć. wydaje się że opisywana historia jest tylko częścią większej rzeczywistości.
mimo zachwytu opisywanym światem mam pewne zastrzeżenia. przede wszystkim przez pierwszą część książki (jakieś 150 stron) zupełnie nie wiedziałam o co chodzi. jacyś ludzie zmontowali wyprawę w poszukiwaniu tytułowej żelaznej rady, ale bardzo długo czekałam na wyjaśnienia kto to jest i po co ich szukają. niektóre rozwiązania również wydały mi się nieco naciągane, ktoś nagle wyskakuje na pierwszy plan, żeby bez specjalnych konsekwencji zakończyć wątek wydający się jednym z zasadniczych w powieści i ciągnący się przez większą część książki. no ale dość malkontenctwa, bo w sumie książka bardzo mi się podobała. przede wszystkim kolej (pociągi to jedno z moich zboczeń) i ruchome pociągowe miasto z wagonami mieszkalnymi, przemysłowymi i nawet cmentarzem dla najbardziej zasłużonych (trochę jak w bliźnie miasto statkowe). na dodatek rewolucja, chociaż ten akurat wątek jest smutny, bo wiadomo, rewolucja rzadko tak naprawdę działa, zwykle takie rzeczy prędzej czy później źle się kończą. ale na początku jest pięknie, wszystkie rasy razem z prze-tworzonymi, wolne i współpracujące, zjednoczone przeciwko systemowi.
ale ten kto projektował okładki do baslagowych powieści powinien się bardzo zastanowił nad tym co zrobił, bo może nie są ohydne, ale zdecydowanie nie pasują.
Etykiety:
fantastyka,
lewe,
niewesołe,
powalające,
scifi,
zabawne
poniedziałek, 8 listopada 2010
mary shelley - frankenstein
czyli "twoja ambicja zabija ciebie" i nie tylko.klasyka powieści gotyckiej, bardziej smutna niż straszna. historię zna chyba każdy - młody geniusz tworzy człowieka z niczego, niestety jest mało odporny psychicznie i prowadzi to do jego załamania nerwowego, a stworzenie ucieka z laboratorium i błąka się po świecie. no i właśnie. więcej tu opisów świata oczami potwora niż przerażających scen z laboratorium, morderstwa (bo te też się zdarzają) też nie zajmują dużo miejsca. stworzenie powoli uczy się świata dookoła siebie, obserwuje ludzi i dzięki temu ogarnia stosunki społeczne, uczucia a nawet uczy się języka (zdolna bestia ;p). czuje się samotnie, próbuje więc zaprzyjaźnić się z ludźmi, ci niestety traktują go jak potwora, bo jest brzydki, mimo że ma dobre zamiary i wysławia się inteligentnie. jest też wrażliwy, chce dobrze a dostaje kamienie i widły, więc obwinia swojego stwórcę za bezsensowne stworzenie, stresuje się, czego skutkiem jest zabójstwo małego brata Frankensteina a później kolejne zbrodnie. mimo to bardziej współczuję biednemu stworzeniu, niż głupiemu geniuszowi, który nie bierze odpowiedzialności za swoje dzieło, nie chce nawet z nim rozmawiać i uważa go za diabła. zrobił go brzydkim i obwinia go za ohydę. noo bez przesady. na dodatek nie myśli, doprowadzając do śmierci swojej ukochanej (fakt, potwór ją zabija, ale można było temu zapobiec), a wcześniej do skazania niewinnej dziewczyny na śmierć, w obawie przed oskarżeniem o śmieszność i niesprawność umysłową. to egoista zapatrzony w siebie, rozpaczający nad swoim grzechem, ale nie robiący nic żeby się poprawić czy nawet zapobiec katastrofie, która nadchodzi machając.
ehh smutne to bardzo, ale czytałam po angielsku, nie zrozumiałam wszystkich zastosowanych przymiotników, ale poznałam kilka nowych słów, które autorka powtarzała maniakalnie, np alas! bardzo praktyczny wykrzyknik w horrorze :P.
środa, 6 października 2010
china mieville - blizna
druga po dworcu perdido książka ze świata bas-lag. zachwycałam się pierwszą, a blizna jest wg mnie jeszcze lepsza. tym razem wypływamy z nowego cobruzon na bas-lagowskie morza i oceany, co daje autorowi szansę na wprowadzanie coraz to nowych i dziwniejszych ras, stworzeń i urządzeń. historia jest dość skomplikowana, najlepiej przeczytać o niej samemu, w skrócie chodzi o to, że armada - ogromne pływające miasto zbudowane z przechwyconych piracko statków (jak w takiej książce, którą czytałam w młodości [i nie pamiętam tytułu a google nie zna :o ] o cmentarzysku statków na morzu sargassowym, zebranych w kupę prądami, mieszkali tam rozbitkowie, ale tamto miasto było bardziej anarchistyczne i stacjonarne) płynie w poszukiwaniu blizny, czyli miejsca pozostałego po przybyciu dziwnych istot z dalekich przestrzeni i wymiarów. nikt tam wcześniej nie był (a raczej nikt nie powrócił, żeby przekazać swoją wiedzę innym :P), ale wiadomo że jest to centrum dziwnych sił i mocy, które można by wykorzystać w różny sposób np. do panowania nad światem. wyprawa jednak nie jest taka prosta jak się wydaje, bo po pierwsze armada jest złożona z kilku dzielnic, z których każda rządzona jest przez kogo innego i w inny sposób (autorytarni kochankowie, bardziej demokratyczna rada lub też zbierający posoczny podatek wampir) i trzeba jakoś przekonać wszystkich obrania odpowiedniego kierunku podróży. po drugie do blizny trudno się dostać, bo dookoła szaleje zwariowany ocean nie przepuszczający statków (praktyczną rzeczą będzie wyciągnąć ogromne stworzenie z innego wymiaru, żeby podciągnęło miasto jak konik. morski.). problemy na każdym kroku, a po drodze okazja do opisania coraz to nowych krain i ras ich zamieszkujących (podróż morska to bardzo praktyczna rzecz w literaturze przygodowej :P) - podwodnych ludzi krabów czy ludzi moskitów: krwiożercze kobiety i mężczyzn bez ambicji zagłębionych w intelektualnych problemach.książka ma tyle drugo, trzecio i piątoplanowych wątków, że starczy panu autorowi na kolejnych co najmniej 10 tomów, i każdy (wątek) niesie ze sobą interesującą historię. czytałam opinie o tej książce że rozbudowana i dużo na raz się dzieje, ale według mnie to zaleta. takie podejście do sprawy pokazuje, że poza opisywaną historią, dookoła toczy się życie, którego przecie nie da się w całości opowiedzieć. widziałam też narzekania na opisy, co wydaje mi się lekką przesadą, bo bliznowy świat jest dziwny i inny od tego po tej stronie kartek, a opisowe fragmenty są duuużo ciekawsze od tych np z nad niemnem :P.
w warstwie pozaprzygodowej (pod, nad?) książeczka mówi o manipulacji i trochę o tożsamości przy okazji przymusowych imigrantów armadowych wyrwanych ze swojego środowiska i wrzuconych w inny, dla niektórych lepszy, dla innych gorszy, ale przede wszystkim zamknięty świat bez możliwości ucieczki.
jestem skłonna bliznę zakupić, a teraz poluję na kolejną z serii żelazną radę. wrażenia zapewne niedługo :).
Etykiety:
dziwne,
fantastyka,
podróż,
powalające,
scifi,
zabawne
wtorek, 7 września 2010
china mieville - dworzec perdido
czyli polowanie na produkujące zabójczo mocny narkotyk międzywymiarowe istoty w steampunkowyo industrialnym wielorasowym mieście. tak wiem jak to brzmi ale książka jest duża a zawartość skomplikowana, trochę w stylu pratchetta - rozwijanie kilku wątków z różnymi bohaterami, którzy w końcu spotykają się w kulminacyjnym momencie, i trudno o niej pisać w miarę krótko. zresztą akcja swoją drogą, nie jest może jakoś odkrywcza (trudno o to w fantastyce tak naprawdę), najważniejszy jest świat w którym się toczy. ogromne miasto które czasy świetności ma już za sobą, wiele dzielnic to zwykłe slumsy pełne żebraków, pijaków, różnych szemranych typów, prostytutek oraz zakamuflowanych agentów milicji. mieszkańcy to mieszanka różnych ras. są ludzie, vodyanoi (coś w stylu ludzi-płazów), garudowie (ludzie-ptaki o pustych kościach), khepri (kobiety o owadzich głowach) i ludzie kaktusy. oprócz tego plączą się tam prze-tworzeni, czyli ludzie (zwykle przestępcy) poddani operacjom wszczepiania w ciało różnych użytecznych rzeczy. wszystkim tym rządzi burmistrz-dyktator wspólnie z mafią. w ten wspaniale uporządkowany milicyjnymi rękami świat wkraczają ćmy - istoty wielowymiarowe żywiące się snami (o czymś podobnym pisał castaneda najadłszy się peyotlu) i wysysające z ludzi ich umysły. mają też macki :P i wiele dodatkowych kończyn i bardzo trudno je zlikwidować bo nie maja naturalnych wrogów i szybko się regenerują. miasto ma poważny problem. główny bohater - nieposłuszny naukowiec, przypadkiem wplątuje się w całą aferę. zaczyna polowanie na ćmy i byłby bez szans gdyby nie pomoc międzywymiarowego wielkiego pająka naprawiającego rozerwaną rzeczywistość składającą się z włókien energii (znów castaneda i hmm teoria strun? nie jestem pewna) i mającego naprawdę dziwne pomysły bo kieruje się własnym poczuciem estetyki nie zważając na nic innego (np ludzkie życie). to moja ulubiona postać :P. a jest jeszcze rada konstruktów, którą też lubię. to sztuczna inteligencja powstała spontanicznie w wyniku wirusa lub błędu karty perforowanej w jednym z konstruktów (czyli parowym, chymicznym lub taumaturgicznym komputerze). jej celem jest powiększanie swych wpływów przez zdobywanie coraz to nowych informacji, własna rozbudowa i prawdopodobnie panowanie nad światem :D. na początek został głową sekty i ludzie oddają mu cześć.
nie będę to się rozpisywać, książkę należy przeczytać, chociaż liczba wątków (niektórych jakby pozostawionych samym sobie) może odstraszać. z drugiej strony służy to budowaniu świata, złożonego i skomplikowanego w którym osadzić można jeszcze ze 30 powieści :D.
chyba wpadłam w kolejną serię.
Etykiety:
dziwne,
fantastyka,
horror,
powalające,
scifi,
zabawne
środa, 18 sierpnia 2010
orson scott card - gra endera
czyli o tym jak gówniarze ratują świat :P. przyszłość. żelazna kurtyna stoi (książka z lat 80 będąca rozwinięciem opowiadania z lat 70) ale kosmos z grubsza opanowany jednak niestety nie tylko przez ludzkość. wstrętne robale z kosmosu już dwa razy przeprowadzały prawie udane inwazje na ziemię. tym razem jednak rządzący światem próbują zapanować nad sytuacją i wyprzedzić kolejny atak. w tym celu biorą genialne dzieci i po gruntownych badaniach pakują je do szkoły bojowej znajdującej się w przestrzeni kosmicznej. dzieci zaczynają w wieku 6 lat. główny bohater jest właśnie takim dzieckiem tylko jeszcze bardziej bo jest jedyną nadzieją na pokonanie robali (dlaczego? nie do końca pojęłam). w szkole jest hardkorowo traktowany przez nauczycieli żeby rozwijał swoje umiejętności walki strategii i dowodzenia. działa to w przypadku endera który jest najlepszy w historii szkoły, wygrywa wszystkie walki nawet po okropnie niesprawiedliwych zmianach zasad, ma jednak problem ze sobą bo nie chce krzywdzić ludzi ale jest do tego zmuszony, bo ciągle ktoś stawia go w sytuacji "on albo ty". jako 11 latek pokonuje robale myśląc że cały czas gra w grę strategiczną z komputerem. w tym samym czasie na ziemi jego niewiele starsi brat i siostra opanowują świat za pomocą sieci, sącząc w nią populistyczne opinie, doprowadzając do wojny z układem warszawskim i pokonując go. na końcu ender żyje długo i szczęśliwie ze swoją siostrą daleko w kosmosie próbując zrozumieć robale, które jeszcze przed swoją zagładą wtargnęły mu do mózgu przez grę myślową i doprowadziły do odnalezienia jedynego ocalałego z pogromu kokonu królowej robali. w ramach zadośćuczynienia za wybicie robaków ender szuka miłej planety dla słodkiego kokonka telepatycznie zawierającego z nim pokój. a jego brat rządzi światem. uff trudne to i zakręcone. pewnie coś poprzekręcałam no trudno.więc tak. rozumiem gatunek fantastyka, a nawet science fiction i że takie rzeczy normalnie nie istnieją. ale jak przełknę telepatyczne robale i wojny kosmiczne i nawet szkołę bojową to już tych dzieciaków nie. mają one po 6 - 11 lat a zachowują się jak dorośli. nie przekonuje mnie to zupełnie nawet jeśli są to super genialne jednostki. przyjmę strategię zdesperowanych dowódców wojskowych wciskających gówniarzowi gierkę w nadziei że pokona obcą cywilizację, ma to nawet jakiś sens, dzieci nie mają zahamowań i łatwiej niektóre rzeczy im przychodzą. ale opanowanie świata przez rodzeństwo to już dla mnie za dużo. no i ta końcówka. ogólne przebaczenie i pokój. wydaje mi się że jakbym miała 12 lat to by mi się bardziej podobała. mogłabym się identyfikować z którymś wybitnym dzieciakiem :P. a tak to już jestem stara i zgorzkniała, mam młodsze rodzeństwo i uważam że dzieci są głupie :PP.
ale czytało się dobrze, wciągające było, bardzo dziękuję za pożyczenie :D.
środa, 30 czerwca 2010
ra lafferty - czwarta czynszówka
apokalipsa nadchodzi. nad światem przepychają się cztery nieludzkie hmmm stowarzyszenia próbujące wykorzystać ludzkość i historie do swoich celów. najgorsze z nich to stworzenia które żyją od wieków a nawet milionów lat co jakiś czas wchodząc w cudze ciała. ich celem jest doskonalenie świata poprzez eliminację niewłaściwych rzeczy (jak np. ludzie) i sukcesywnym zmniejszaniu go aż do powstania jednoosobowego idealnego tworu. zaczynają od próby pozbycia się ludzkości przez sianie zarazy i paniki. przeciwstawiają im się patrycjusze, których zwykłym zajęciem jest pilnowanie żeby mackowate potwory nie wyszły z jakichś archaicznych źródeł. wszystko dzieje się na dwóch płaszczyznach: w rzeczywistości oraz w myślotkaniu - czymś w rodzaju rzeczywistości wirtualnej tworzonej przez telepatów usiłujących sterować tą drogą ludźmi i historią. wydaje mi się że właśnie o to chodzi w tej książce. strasznie jest zaplątana, wątki się mieszają nie wiadomo o co biega i gdzie jestem (czytałam ją głównie w autobusie do pracy z bardzo rana może mój mózg nie działał właściwie). przez fabułę przebiegają stada dziwnych postaci miotających się między realem a wirtualem, pojawia się również szpital psychiatryczny.czytając zastanawiałam się czy to nie jest przypadkiem grafomania ale nawet jeśli to bardzo zabawna (bo pan lafferty ma a raczej miał niezłe poczucie humoru) i podobała mi się. a motyw powracających skojarzył mi się z amerykańskimi bogami bo te duchowe pasożyty w swoim czasie mieszkały na olimpie i uważały się za bogów.
Etykiety:
dziwne,
fantastyka,
o co chodzi,
scifi,
stany,
zabawne
środa, 28 kwietnia 2010
spekulacje
antologia opowiadań science fiction z lat 80. wygrzebałam ją z powodu zawartego w niej opowiadania pana lafferty - wielki tom błazen, czyli zagadka kufrów z urzędu celnego w calais, o którego książce pisałam już. jego opowiadanie jest jednym z kilku najbardziej podobających mi się (co to za składnia) w tej książce mimo że nie do końca je ogarnęłam i pewnie muszę przeczytać jeszcze raz. w zbiorze tym, jak w każdym, są lepsze i gorsze momenty, dwóch opowiadań chyba w ogóle nie skończyłam bo mnie zdenerwowały. najbardziej przypadły mi do gustu:
wiatry przemian isaaca asimova, może nieco tendencyjne ale bardzo trzymające w napięciu;
dreszczyk z płaskomątwą scotta bakera, nie wiem dlaczego skojarzyło mi się z syrenami z tytana;
tajemnica młodego dżentelmena joanny Russ, baaardzo dziwne coś :).
wtorek, 23 lutego 2010
strugaccy - miliard lat przed końcem świata
znów science fiction, tym razem radzieckie. czytałam wcześniej piknik na skraju drogi (na jej podstawie zrobiono stalkera) tych panów ale dawno to było, nie będę więc się na jej temat produkować teraz. powiem tylko że miliard lat przed końcem świata to zupełnie inny klimat, niby fantastyka, a w zasadzie nie ma nawet śladu dziwnych rzeczy w stylu latających spodków czy laserowych unicestwiaczy. wszystko dzieje się w mieszkaniu pewnego naukowca (astrofizyka), który stoi na progu epokowego odkrycia, jednak nagle wszystko zaczyna mu przeszkadzać w pracy i to samo przytrafia się jego równie wybitnym kumplom (biolog molekularny, matematyk itp). próbują wymyślić o co chodzi, siedzą więc w tym mieszkaniu, gadają i piją herbatę oraz wódkę a czasami również koniak. książka ma nieco żulerski i paranoiczny klimat a jednocześnie jest zabawna (delikatnie zajeżdża chmielewską).
czwartek, 18 lutego 2010
jacek sawaszkiewicz - kronika akaszy, skorupa astralna
książkę mam z kiermaszu bibliotecznego, niestety nie zauważyłam że to drugi tom cyklu (tak samo miałam z szogunem - nieuważnie pożyczyłam w bibliotece drugi tom przez co nie musiałam czytać pierwszego bo i tak wiedziałam o co chodzi), więc niektóre rzeczy pozostają dla mnie niejasne ale i tak książka jest całkiem zabawna.
zadupne miasteczko w stanach w którym znajduje się dziwna istota (wydaje mi się że jakiś mutant z napromieniowanej wyspy ale prawdopodobnie więcej o tym można znaleźć w pierwszym tomie) która uzdrawia ludzi. z tego powodu miasto przeżywa oblężenie zdesperowanych turystów i zostaje zamknięte przez wojsko. podoba mi się właśnie ta atmosfera odciętego od świata miejsca gdzie bohaterowie(których jest całe stado) plączą się potykając się o siebie załatwiając swoje sprawy.
w sumie science fikcyjność nie jest jakaś bardzo odkrywcza ani porywająca ale podoba mi się właśnie to poplątanie ludzi który miotają się bez sensu. szantażowany policjant, reporter na tropie tematu, ślepy odzyskujący wzrok z żoną co go zdradza, para co się wzajemnie oszukuje i gówniarz bawiący się w superbohatera w środku tego wszystkiego. muszę upolować pierwszą część to może pojmę więcej, w każdym razie polskie scifi rządzi. szczególnie prlowskie :P.
zadupne miasteczko w stanach w którym znajduje się dziwna istota (wydaje mi się że jakiś mutant z napromieniowanej wyspy ale prawdopodobnie więcej o tym można znaleźć w pierwszym tomie) która uzdrawia ludzi. z tego powodu miasto przeżywa oblężenie zdesperowanych turystów i zostaje zamknięte przez wojsko. podoba mi się właśnie ta atmosfera odciętego od świata miejsca gdzie bohaterowie(których jest całe stado) plączą się potykając się o siebie załatwiając swoje sprawy.
w sumie science fikcyjność nie jest jakaś bardzo odkrywcza ani porywająca ale podoba mi się właśnie to poplątanie ludzi który miotają się bez sensu. szantażowany policjant, reporter na tropie tematu, ślepy odzyskujący wzrok z żoną co go zdradza, para co się wzajemnie oszukuje i gówniarz bawiący się w superbohatera w środku tego wszystkiego. muszę upolować pierwszą część to może pojmę więcej, w każdym razie polskie scifi rządzi. szczególnie prlowskie :P.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)









