po przeczytaniu kiedyś dawno temu wywiadu z panem kalwasem który wypowiadał się bardzo sensownie, zachciało mi się zajrzeć do jego książek, bo islam i krytyczne podejście do konsumpcyjnego zachodu i takie tam. na początku faktycznie jest ciekawie - warszawskie zakurzone mieszkanie z zatęchłymi ciotkami i nienormalnym kuzynem ale jak później zaczyna się to mieszać z arabskimi wizjami autora i jego dyskusją z gombrowiczem to zaczęłam odpadać. może dlatego że z gombrowicza jestem jeszcze cienka (hm może blogasek powinien nazywać się i ignoranci potrafią) a może zbyt osobiste zmagania autora z autorytetem nie do końca do mnie trafiły.
w każdym razie wydaje mi się że książka mówi o tym że wschód i wiara to rzeczy dobre a zachód i intelektualizm wywyższający się naturalnie to zło i sam szatan. jak rozumiem pan autor znalazł sens życia w islamie i super bo wiara to rzadka rzecz i nawet trochę zazdroszczę ale od razu takie czarno-białe podziały? szczególnie że pycha i przekonanie o swej nieomylności to cecha niezależna od położenia geograficznego i duchowego (a wyjątkowo dużo się słyszy o dość pewnych siebie przedstawicielach różnych wyznań) więc chyba granica leży w poprzek i w ogóle często trudno ją zauważyć w płynności rzeczywistości.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą takie sobie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą takie sobie. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 20 sierpnia 2013
poniedziałek, 13 sierpnia 2012
stieg larsson - millenium. mężczyźni którzy nienawidzą kobiet
no i to całe społeczne tło, przemoc wobec kobiet (i to w szwecji tym raju na ziemi) temat bardzo na czasie, ale wydał mi się nieco naciągany i użyty w celach bardziej sensacyjnych niż jakichkolwiek innych. tak wiem to kryminał a nie rozprawa o chorym społeczeństwie ale 20 zamordowanych i torturowanych lasek dość dobrze wygląda ze względu na akcję. poza tym czy są seryjni mordercy zajmujący się facetami? (pewnie wyżywają się na wojnach). bo że szwecja to nie kraj idealny to wiadomo już od dawna i czytać można o tym w lepszych książkach (np. u pani axelsson) a millenium to zwykły thriller/kryminał aspirujący do czegoś czym nie jest. ale przyznaję że dobrze wchodzi i jak mnie najdzie ochota na jakieś czytadełko to może nawet pokontynuuję serię :P
i jeszcze jedna rzecz do czepienia się - chamski applowy product placement - skoro najlepsza hakerka świata (??) stosuje maki i ipady to o czymś świadczy nieprawdaż? :P
Etykiety:
kryminał,
mainstream:P,
nic nowego,
niewesołe,
północ,
przereklamowane,
tajemnica,
takie sobie
piątek, 2 grudnia 2011
philip roth - kompleks portnoya
zanim dopadłam portnoya, ciągle napotykałam się na niego w różnych miejscach, gdzie pisano że zabawny i obrazoburczy. jako że bardzo lubię takie połączenie, z radością zauważyłam że w bibliotece portnoya nikt nie chce i leży i czeka na mnie. teraz już wiem dlaczego leżał w kurzu, zawiodłam się straszliwie. nie żebym specjalnie szukała skandalu w moich lekturach, ale mam prawo mieć pewne oczekiwania jeśli książka posiada jednoznaczną opinię, która powstałą chyba zaraz po jej wydaniu (1969), a teraz oburzać się mogą jedynie pewne kręgi (silnie tradycyjne polskie, religijni fanatycy itp :P). opowieść głównego bohatera kręci się wokół seksu i masturbacji oraz związanych z nimi poczucia winy i poniżenia, ale takie rzeczy jakoś mnie specjalnie nie ruszają (wychowali mnie min henry miller i palachniuk :P więc coś musi być naprawdę mocne żebym poczuła się oburzona/poruszona/zniesmaczona). Najbardziej obrzydliwe wydało mi się ciągłe jęczenie głównego bohatera, bo książka to jego monolog u psychoterapeuty. Biedaczek nie może sobie poradzić ze swoim życiem z powodu silnie kastrującej matki i opresyjnie drobnomieszczańskiego domu rodzinnego, powodujących u niego ciągłe poczucie winy z powodu każdej życiowej przyjemności. rozumiem że ktoś może mieć problemy i niskie poczucie własnej wartości, ale bezproduktywne jęczenie o tym przez całą książkę to przesada.
zniosłabym to wszystko, gdyby tylko zabawność książki nie została tak bardzo przeceniona przez przedczytaczy. żarty o masturbacji i ojcowym zatwardzeniu po prostu do mnie nie trafiły (i nie chodzi tu o wyrafinowane poczucie humoru, bo na przykład chamskiego i bezsensownie wulgarnego wilqa uwielbiam). nie wiem czy to kwestia chwilowej ułomności poczucia humoru czy może fakt że opisywane środowisko jest zbyt odległe od mojego i brak podobnych do portnoyowych doświadczeń powoduje że nie reaguję na nie terapeutycznym śmiechem. Wszystko to wydało mi się bardzo smutne: problemy bohatera, ograniczenia jakie ma w głowie, jego chora rodzina i jego narzekania. A może to tylko listopad (tak tak spóźniona notka), słoneczny i ciepły ale jednak.
oddam tutaj :)
zniosłabym to wszystko, gdyby tylko zabawność książki nie została tak bardzo przeceniona przez przedczytaczy. żarty o masturbacji i ojcowym zatwardzeniu po prostu do mnie nie trafiły (i nie chodzi tu o wyrafinowane poczucie humoru, bo na przykład chamskiego i bezsensownie wulgarnego wilqa uwielbiam). nie wiem czy to kwestia chwilowej ułomności poczucia humoru czy może fakt że opisywane środowisko jest zbyt odległe od mojego i brak podobnych do portnoyowych doświadczeń powoduje że nie reaguję na nie terapeutycznym śmiechem. Wszystko to wydało mi się bardzo smutne: problemy bohatera, ograniczenia jakie ma w głowie, jego chora rodzina i jego narzekania. A może to tylko listopad (tak tak spóźniona notka), słoneczny i ciepły ale jednak.
oddam tutaj :)
Etykiety:
klasyka,
niewesołe,
przereklamowane,
stany,
takie sobie
piątek, 28 października 2011
kingsley amis - alteracja
zabrałam się za tą książkę (książeczkę w porównaniu z poprzednimi) bo przeczytałam gdzieś że to klasyka steampunka. no i hmm niby technologia alternatywna do naszej opartej na prądzie ale punka to tam nie widzę. lata 70 alternatywnego XX wieku, drugie średniowiecze, europą rządzi papież, jego wysłannicy są wszędzie, wyższe sfery mówią po łacinie a kobiety nie mają nic do gadania. głównym bohaterem jest hubert, mały chłopiec uczący się w katolickiej szkole z internatem, bardzo zdolny muzycznie. pięknie śpiewa i na dodatek komponuje (zapisuje muzykę co ją w głowie słyszy). jego talent zwraca uwagę wielu ludzi, w tym papieża, który lubi mieć u siebie w watykanie wszystko co najlepsze, postanawia więc że chłopiec ma zostać alterowany (wykastrowany) i otrzymać miejsce w prestiżowym rzymskim chórze. dużo tu rozterek moralnych, nie tylko huberta ale również jego pobożnego ojca, zmartwionej matki, nauczyciela kompozycji czy dyrektora szkoły. szczęście osobiste (a przynajmniej coś co się nim wydaje) kontra obowiązek wobec boga, a przynajmniej kościoła, a do tego dochodzi jeszcze przeznaczenie (przez które może bóg wyraża swe życzenia). opresyjne społeczeństwo i ogólnie niezbyt przyjemna atmosfera dogmatycznej europy trochę mnie zmęczyła. sądzę też że można by bardziej wykorzystać wątek sposobów zarządzania europejskimi zasobami ludzkimi przez papieża, w stylu: hmm grozi nam przeludnienie, jak się okazało kontrolowane zarazy są zbyt skomplikowane, trzeba wrócić do starych sprawdzonych sposobów świętej wojny z niewiernymi.
Etykiety:
fantastyka,
nic nowego,
niewesołe,
przereklamowane,
takie sobie
środa, 22 czerwca 2011
eduardo mendoza - trzy żywoty świętych
pan mendoza jest mi znany z kilku książek o przygodach fryzjera i ze dwóch mniej humorystycznych, niestety nie pamiętam ani tytułów ani o co w nich chodziło, bo czytałam je jakieś 10 lat temu (jak to brzmi). żywoty świętych nie są z założenia tak śmieszne jak wspomniany powyżej cykl fryzjerski, chociaż zabawne elementy się zdarzają, przeplatając się jednak z bardziej poważnymi. dostajemy trzy historie: o biskupie z dzikiego kraju, który nie może powrócić do ojczyzny przez wybuchającą rewolucję, o trzydziestolatku bez celu w życiu odbierającym nagrodę za zasługi swojej matki oraz o więziennej nauczycielce literatury rozbudzającej zdolności pisarskie w jednym z osadzonych. i właśnie trzecie opowiadanie spodobało mi się najbardziej, dużo w nim o książkach a to jeden z moich ulubionych tematów ;).
ogólnie jednak przekonuję się że nie jestem czytelniczką opowiadaniową (noo może poza krótkimi keretowymi tworami) i jakoś nie powaliły mnie święte historie. cegły to jest to! :P
ogólnie jednak przekonuję się że nie jestem czytelniczką opowiadaniową (noo może poza krótkimi keretowymi tworami) i jakoś nie powaliły mnie święte historie. cegły to jest to! :P
Etykiety:
barcelona,
hiszpania,
opowiadania,
takie sobie,
zabawne
czwartek, 28 kwietnia 2011
simone de beauvoir - mandaryni
francja, wojna (druga, światowa) właśnie się skończyła, jednak rozterki francuskich intelektualistów dopiero się zaczynają. podczas okupacji wszystko było proste: kolaboranci są źli, ruch oporu dobry, teraz jednak wszystko się komplikuje. z jednej strony prawica, patriotyczna ale to dobra pożywka dla faszyzmu, z drugiej komuniści, pokonali hitlera i budują lepszy świat ale chodzą jakieś plotki o obozach pracy. żeby publikować, co każdy intelektualista potrafi najlepiej, trzeba się na coś zdecydować, bo samemu do szerokich mas się nie dotrze a przecież trzeba je kształtować i tworzyć opinie, a dzięki temu zmieniać świat. z drugiej strony świat jakoś nie chce się zmienić. czy jest sens pisać? czy można iść na kompromisy żeby tylko się wypowiedzieć (nie pisać o gułągach żeby komuniści się nie obrazili)? pojawiają się jeszcze problemy z przyjaciółmi z ruchu oporu, z których niektórzy działali na dwa fronty. wszystkie te intelektualne problemy wydają się nieco oderwane od rzeczywistości, nie mam nic przeciwko zmienianiu świata, ale trudno to robić wikłając się w politykę pełną brudnych powojennych interesów. i męczą się biedacy tak przez dwa tomy. to nie są błahe sprawy, jednak bohaterowie podchodzili do nich jakoś od dupy strony, zupełnie nie mogłam ich pojąć. na szczęście w powieści był również drugi, nieco ciekawszy wątek, pani psychoanalityk rozdarta między nudnym mężem przyjacielem, który jej nie potrzebuje, a ekscytującym amerykańskim pisarzem. tu jednak też za dużo analizowania (czego można się po psychoanalityku spodziewać, może nieco więcej życiowości) i nierzeczywistości. wszystkie postacie się miotają od jednej skrajnej opinii do drugiej, nie potrafią się zdecydować i strasznie to męczące przy czytaniu. na dodatek te francuskie nazwiska nie do ogarnięcia, czytałam książkę zaspana w autobusie do pracy i czasem nie wiedziałam kto jest kim (nie nie jestem z tego dumna). może po prostu jestem za głupia na tego typu utwory a przeintelektualizowane nigdzie nie prowadzące dyskusje nudzą mnie.
Etykiety:
francja elegancja,
klasyka,
niewesołe,
takie sobie
wtorek, 25 stycznia 2011
magda szabo - bal maskowy
literatura węgierska - to brzmi dość egzotycznie, jednak bal maskowy to dość swojska obyczajowa historia, która mogłaby się wydarzyć w całej powojennej europie środkowej. główna bohaterka straciła matkę w bombardowaniach budapesztu i wychowywana jest przez babkę i ojca w ponurym domu żyjącym wspomnieniami zmarłej. niemiła akcja w szkole (odmowa przemawiania na pionierskim spotkaniu przeciwko wojnie) sprawia, że młoda wychowawczyni dziewczynki zaczyna się nią interesować, chcąc jej pomóc, a przy okazji zajmie się również jej ojcem i babcią która ma szansę wyjść za mąż i zostać królową na farmie królików :Pakcja dzieje się na karnawałowym balu maskowym w szkole, gdzie i bohaterka i nauczycielka są przebrane więc mogą opowiedzieć sobie wzajemnie te same wydarzenia prowadzące od konfliktu do rozwiązania, widziane ze swojej perspektywy, przez co poznaje je i czytelnik.
książka optymistyczna, miasto odbudowane, dzieci znów się rodzą, dzielne pionierki pomagają społeczeństwu a ofiary wojny nie poszły na marne, ale jakoś nie potrafiła wydrzeć mnie ze szponów najgorszego wg naukowców tygodnia w roku (jedno dobre że się skończył).
Etykiety:
europa wschodnia i środkowa,
takie sobie,
życiowe
czwartek, 23 września 2010
fannie flagg - nie mogę się doczekać kiedy wreszcie pójdę do nieba
taka sobie lajtowa książeczka, po smażonych zielonych pomidorach spodziewałam się czegoś lepszego, może bardziej zabawnego i nie tak schematycznego, ale nie zaprzeczam że książka jest sympatyczna i pozytywna. trochę nachalnie pozytywna ale nic to.oto mamy główną bohaterkę starszą panią, która spada z drzewa i umiera. idzie do nieba które okazuje się być jej ulica sprzed 50 lat, a bogiem jest sąsiadka wraz z mężem. w czasie miłej niebiańskiej pogawędki na ziemi jest mniej przyjemnie, wszyscy smucą się śmiercią ciotki, sąsiadki i przyjaciółki. wspominają jaka była super i jak dzięki niej stali się lepszymi ludźmi. niespodziewanie okazuje się że starsza pani żyje. lekarze się pomylili albo nie wiadomo co się stało, w każdym razie powraca na świat doczesny, co jest pretekstem do przedstawienia podłych szpitalnych prawników i początku ich przemiany w sympatycznych ludzi. wszyscy są szczęśliwi, a ciocia umiera kilka lat później spokojnie w swoim łóżku.
morał jest taki że należy cieszyć się życiem i być miłym dla innych to wszystko będzie dobrze. uproszczone to bardzo i trochę takie amerykańskie dla mnie. tzn uważam że należy być miłym i cieszyć się małymi rzeczami bo nie ma wielu innych możliwości :P, ale złe rzeczy się zdarzają również miłym ludziom i pozytywne myślenie tego nie zmieni, a tekst ze cierpienie uszlachetnia i zbliża do boga to dla mnie jakaś bzdura.
no to pojechałam :P. czytało się dobrze i szybko tylko nie mogłam się w pełni cieszyć sympatycznym światem amerykańskiego południowego zadupia, bo denerwowało mnie przesłodzenie i uproszczenie. nie zrównoważyło go nawet przypadkowe zastrzelenie gwałciciela małych niepełnosprawnych dziewczynek (i późniejsze zakopanie go w ogródku) ani patologiczna rodzina jednej z sąsiadek (bo na emeryturze olała rodzinę, wyjechała na hawaje i dobrze się bawiła po raz pierwszy w życiu).
Etykiety:
mainstream:P,
przereklamowane,
stany,
takie sobie
czwartek, 16 września 2010
mark haddon - a spot of bother
na okładce piszą ze zabawne i poruszające jednocześnie. może i tak, jeśli kogoś bawi np. bójka na weselu wywołana przez ojca panny młodej na valium i szampanie, albo upierdliwe dziecko ze swoimi komentarzami w skomplikowanych rodzinnych sytuacjach. może i poruszające, ale mnie jakoś nie rusza męcząca rodzina angoli z problemami w większości wymyślonymi: ojciec hipochondryk, któremu wydaje się że ma raka i świra jednocześnie, uświadamia sobie własną śmiertelność (jeszcze jego mogę zrozumieć - sama miewam paranoje) i matka romansująca z kumplem swojego męża nie może się zdecydować. córka ma wychodzić za mąż. albo nie. albo tak. hmm rodzina myśli że to nieodpowiedni kandydat. w sumie mało mamy wspólnego. ale chyba go kocham. albo nie. albo tak. poza tym ma dom kasę i super dogaduje się z moim dzieckiem. no i jeszcze synek gej który nie chce się statkować. ale może jednak chce. sam nie wie, niby kocha swojego faceta ale ciężkie to wszystko.rozumiem że związki są skomplikowane a rodzina to ludzie którzy muszą ze sobą jakoś żyć mimo wszystkiego co sobie powiedzieli i co sobie zrobili i książka bardzo ładnie pokazuje jak można się dogadać (aż za ładnie bo od happy endu niedobrze mi się zrobiło). ale bohaterowie mnie zmęczyli, byli płascy i nieogarnięci. na dodatek styl pana haddona mi nie bardzo podszedł. krótkie zdania i mnóstwo szczegółowych opisów kto co zrobił w stylu: wzięła kubek ze zmywarki, przetarła go i nalała sobie kawy. może ma to na celu hmmm uplastycznić sytuację (?) ale kogo to tak naprawdę obchodzi. tzn mnie na pewno nie :P.
pan haddon pisze głównie książki dla dzieci (chyba 5 latków :P) i nie przestawił się na pisanie dla dorosłych. a przynajmniej nie dla mnie (nie żebym nie lubiła książek dla dzieci, wprost przeciwnie, ale lubię też długie zdania). no i ci bohaterowie idioci. ehh książka zdecydowanie nie dla mnie, może na podaju komuś podejdzie.
wtorek, 7 września 2010
witold michałowski - tajemnica ossendowskiego
hmm to chyba miała być biografia. czytałam kiedyś książkę pana ossendowskiego przez kraj ludzi, bogów i zwierząt i mimo, że miałam do niej pewne zastrzeżenia, zainteresował mnie jej autor, który po rewolucji w rosji włóczył się po syberii i mongolii uciekając przed komunistami i w zasadzie nie wiadomo co robiąc. podejrzewa się że mógł być jakimś szpiegiem, kumplem słynnego barona ungerna albo jeszcze kimś innym, w każdym razie udało mu się przyjechać do polski i został słynnym na całym świecie pisarzem oraz podróżnikiem. miał interesujące życie, czego nie można powiedzieć o książce tajemnica ossendowskiego. jest przede wszystkim chaotyczna, nie wiadomo o co chodzi, poajwiają się jacyś ludzie, znikają, rozdziały są jakoś nieprzemyślanie skonstruowane. rozumiem że zabieg nieliniowości akcji czyni książkę ciekawszą ale raczej nie biografię :P. poza tym najciekawszy według mnie okres życia ossendowskiego czyli jego mongolska przeprawa, został bardzo marnie opisany. podejrzewam, że trudno znaleźć jakiekolwiek źródła na ten temat. no ale w zamian dostajemy szczegółowy wykaz długów bohatera w przedwojennej warszawie i historię jego korespondencji z jakimś francuskim producentem filmowym.nie mówię, że ta książka jest zupełnie bezwartościowa, bo to nieprawda. ossendowski był zamieszany w przedrewolucyjną aferę fałszowania dokumentów szpiegowskich, bardzo dużo podróżował (można sobie porównać jego afrykańskie safari z wyprawą pana nowaka na rowerze, to mniej więcej w podobnym okresie miało miejsce), zyskał międzynarodową sławę i tłumaczono go na bardzo wiele języków. mimo to wpadł w po poważne długi i pisał sępiące listy do różnych osobistości opisując jako to okradli mu żonę z biżuterii i musi wykarmić biednych siostrzeńców, których nie miał. naprawdę wiele się działo w jego życiu i gdyby ktoś napisał jego dobrą biografię to ja chętnie zakupię :P.
środa, 18 sierpnia 2010
orson scott card - gra endera
czyli o tym jak gówniarze ratują świat :P. przyszłość. żelazna kurtyna stoi (książka z lat 80 będąca rozwinięciem opowiadania z lat 70) ale kosmos z grubsza opanowany jednak niestety nie tylko przez ludzkość. wstrętne robale z kosmosu już dwa razy przeprowadzały prawie udane inwazje na ziemię. tym razem jednak rządzący światem próbują zapanować nad sytuacją i wyprzedzić kolejny atak. w tym celu biorą genialne dzieci i po gruntownych badaniach pakują je do szkoły bojowej znajdującej się w przestrzeni kosmicznej. dzieci zaczynają w wieku 6 lat. główny bohater jest właśnie takim dzieckiem tylko jeszcze bardziej bo jest jedyną nadzieją na pokonanie robali (dlaczego? nie do końca pojęłam). w szkole jest hardkorowo traktowany przez nauczycieli żeby rozwijał swoje umiejętności walki strategii i dowodzenia. działa to w przypadku endera który jest najlepszy w historii szkoły, wygrywa wszystkie walki nawet po okropnie niesprawiedliwych zmianach zasad, ma jednak problem ze sobą bo nie chce krzywdzić ludzi ale jest do tego zmuszony, bo ciągle ktoś stawia go w sytuacji "on albo ty". jako 11 latek pokonuje robale myśląc że cały czas gra w grę strategiczną z komputerem. w tym samym czasie na ziemi jego niewiele starsi brat i siostra opanowują świat za pomocą sieci, sącząc w nią populistyczne opinie, doprowadzając do wojny z układem warszawskim i pokonując go. na końcu ender żyje długo i szczęśliwie ze swoją siostrą daleko w kosmosie próbując zrozumieć robale, które jeszcze przed swoją zagładą wtargnęły mu do mózgu przez grę myślową i doprowadziły do odnalezienia jedynego ocalałego z pogromu kokonu królowej robali. w ramach zadośćuczynienia za wybicie robaków ender szuka miłej planety dla słodkiego kokonka telepatycznie zawierającego z nim pokój. a jego brat rządzi światem. uff trudne to i zakręcone. pewnie coś poprzekręcałam no trudno.więc tak. rozumiem gatunek fantastyka, a nawet science fiction i że takie rzeczy normalnie nie istnieją. ale jak przełknę telepatyczne robale i wojny kosmiczne i nawet szkołę bojową to już tych dzieciaków nie. mają one po 6 - 11 lat a zachowują się jak dorośli. nie przekonuje mnie to zupełnie nawet jeśli są to super genialne jednostki. przyjmę strategię zdesperowanych dowódców wojskowych wciskających gówniarzowi gierkę w nadziei że pokona obcą cywilizację, ma to nawet jakiś sens, dzieci nie mają zahamowań i łatwiej niektóre rzeczy im przychodzą. ale opanowanie świata przez rodzeństwo to już dla mnie za dużo. no i ta końcówka. ogólne przebaczenie i pokój. wydaje mi się że jakbym miała 12 lat to by mi się bardziej podobała. mogłabym się identyfikować z którymś wybitnym dzieciakiem :P. a tak to już jestem stara i zgorzkniała, mam młodsze rodzeństwo i uważam że dzieci są głupie :PP.
ale czytało się dobrze, wciągające było, bardzo dziękuję za pożyczenie :D.
wtorek, 13 lipca 2010
ernesto sabato - o bohaterach i grobach
zapowiadało się ciekawie. grubość i iberoamerykańskość książki świadczyły na jej korzyść niestety nieco się zawiodłam. a raczej bardzo. buenos aires fajna sprawa, opisy miasta i ogólnie argentyny i ludzi co ją zamieszkują również (szczególnie podobali mi się komuniści i terroryści). niestety to tylko tło dla historii głównych bohaterów którzy są delikatnie mówiąc beznadziejni. więc mamy nienormalną aleksandrę co ma straszne jazdy w głowie (nie dowiadujemy się dlaczego) puszcza się na prawo i lewo, zabija swego ojca i rozkochuje w sobie młodego nieświadomego chłopca, wspomnianego chłopca który przez większe pół (:P) książki jęczy bo laska którą kocha jest niezrozumiała i nie chce iść z nim znów do łóżka, fernanda czyli ojca aleksandry który znów ma obsesję i paranoję na punkcie ślepców i uważa że oni rządzą światem jako wysłannicy szatana (hehe) a na dodatek jest chamem jakich mało i obrzydliwym typem. jest jeszcze bruno - kumpel aleksandry najnormalniejszy z całego towarzystwa i w zasadzie część której jest narratorem (książka podzielona jest na trzy) najbardziej do mnie przemówiła pomimo rozwlekłych dygresji rozpełzających się na wszystkie strony.podobała mi się też historia nienormalnej rodziny aleksandry a szczególnie ciotka wariatka która przez 80 lat nie wychodziła z pokoju w którym mieszkała z głową swego ojca. i to tyle.
Etykiety:
iberoamerykańskie,
niewesołe,
przereklamowane,
takie sobie
czwartek, 1 lipca 2010
jules supervielle - drugie życie pułkownika bigua
króciutka książeczka, która jest drugą częścią historii pułkownika. pierwszej oczywiście nie czytałam (ciągle mi się to zdarza) ale co nieco wywnioskowałam o co w niej chodziło. otóż prawdopodobnie pułkownik mieszkał w europie ze swoją żoną. nie mogli mieć dzieci więc bigua porwał kilkoro (w tym jedną młodą laskę marcelle, do której coś miał ale bez przekraczania granic przyzwoitości :P). druga część rozpoczyna się gdy pułkownik z rodziną podróżuje statkiem do swego rodzinnego montevideo. bigua próbuje popełnić samobójstwo ale mu się nie udaje (jak ech to pech). w domu sielanka z dawno nie widzianą matką i resztą rodziny zakłócana jest podejrzeniami romansu pułkownika z marcelle. ona wyjeżdża, on próbuje jej szukać nieco irracjonalnie. na dodatek okazuje się że sprzedał przypadkiem swoją wiejską posiadłość i w zasadzie jest spłukany. jak się wali to wszystko, bohater musi więc odnaleźć się w nowej sytuacji. morał z książki taki że należy się wyluzować i doceniać co się ma (tak mi się przynajmniej wydaje, jednak nie czytałam pierwszej części więc mogę się mylić. ale wniosek pozytywny i do stosowania :P)
czwartek, 10 czerwca 2010
jd salinger - buszujący w zbożu
tyle się nasłuchałam i naczytałam o tej książce. że kultowa, że otwiera oczy i kontrowersyjna. niestety muszę przyznać że bardzo się zawiodłam. niby jest bunt przeciwko obłudnemu społeczeństwu i burżuazyjnemu stylowi życia, ale główny bohater, ten wielki buntownik, jest rozpieszczonym gówniarzem z bogatej rodziny, który rzuca kolejne szkoły bo mu się nie podobają i narzeka narzeka narzeka. nic konstruktywnego tylko upierdliwe jęczenie jaki ten świat jest beznadziejny. to już wiem sama :P. może jakbym przeczytała tą książkę hmm pod koniec podstawówki to bardziej by do mnie trafiła. rzeczy które sprawiały że książka byłą kontrowersyjna w latach 50 czyli luźny stosunek do seksualności, odrzucanie wartości rodzinnych (nie powiem że moralnych bo bohater jest bardzo moralny - nienawidzi społecznej sztuczności) oraz przekleństwa, które to rzeczy sprawiły że książka stała się głośna, dziś już spowszedniały. a jeśli chodzi o język to strasznie mnie męczył z powodu strasznej arogancji holdena i jego okropnego poczucia wyższości. aż ma się ochotę rąbnąć gówniarza w mordę :P. szczególnie że jego problemy są strasznie płaskie: że laski są głupie i dają się obmacywać, że kolesie myślą tylko o tym żeby zaliczyć laskę i się tym chwalić, że pseudointelektualiści nie znają się na sztuce, że mu alkoholu nie chcą sprzedać bo za młody... ehh same bzdury. jedyną pozytywną rzeczą w książce jest siostra holdena - phoebe. jest słodka inteligentna i dużo bardziej życiowa od swojego zbuntowanego brata. ma tylko 10 lat i właściwe podejście do życia - ma wszystko gdzieś i robi co chce :).ale się uniosłam i rozpisałam. ale to dlatego że ludzie się podniecają tą książką a wg mnie naprawdę nie ma czym. o wiele lepsze jest wyżej podnieście strop cieśle. seymour: wstęp o czym już pisałam.
anais nin - szpieg w domu miłości
sabina główna bohaterka ma bardzo poważny problem z osobowością. rozszczepia jej się ona i z każdym nowo poznanym facetem powstaje nowa sabina. należy zaznaczyć że sabina ma męża którego bardzo kocha (tzn jedna jej część go kocha) ale jednocześnie boi się stabilizacji która przypomina jej o śmierci. stara się więc żyć pełnią życia a oznacza to dla niej całe stado facetów (wg mnie to trochę ograniczone spojrzenie na życie, faceci to nie wszystko ale co kto lubi). każdego z niech kocha jakąś częścią swojej osobowości, dla jednego jest namiętną kochanką, dla innego opiekuńczą matką albo po prostu towarzyszką zabaw (głównie erotycznych). nie rozwiązuje to jednak jej problemów a tylko je powiększa. jest szpiegiem w domu miłości, musi uważać na każde słowo, zawsze mieć usprawiedliwienie dla swojej obecności w danym miejscu. do tego dochodzi poczucie winy i zagubienie we wszystkich granych rolach, mimo ze sabina bardzo chce być aktorką i uważa że jest nią w życiu, dla każdego swojego mężczyzny będąc kimś innym.może w 54 roku stada kochanków były dla niektórych bulwersujące, mnie to jednak specjalnie nie rusza. sabina jest bardziej upierdliwa - chce być wolna nie potrafi jednak uwolnić się od swoich wyrzutów sumienia i strasznie skupia się na sobie. za dużo psychoanalizy. chociaż samą panią nin bardzo lubię, jej dzienniki są super, to szpieg pewnie pójdzie na podaj.
środa, 2 czerwca 2010
od stevensona do hammetta - opowiadania kryminalne
nastawiłam się na retro kryminały od czegoś w stylu pani aghaty do czarnego kryminału lat 40 i w zasadzie właśnie to dostałam. nie wiem jednak czy jestem jakoś mało inteligentna ale większość z opowiadań nie miała dla mnie sensu. może miałam jakieś zaćmienie albo nie chciało mi się myśleć i większość historii wydała mi się na siłę komplikowana uszczegóławiana i dosyć nierealna (np. ta o lustrzanym bracie bliźniaku z sercem po prawej stronie :o) albo psychologicznie pokręcona. wiem że mordercy czasem nie są normalni no i kiedyś ludzie trochę inaczej działali. ostatnie opowiadanie jest szczególnie absurdalne i niby wyjaśnienie ma sens ale dlaczego ci ludzie tak się zachowali to zupełnie nie wiem. zawiodłam się też na opowiadaniu conan doyla który okazał się synem słynniejszego ojca i chyba nie potrafił pisać za bardzo. zapewne powinnam była podejść do tej książki jak do parodii i wtedy miałabym niezły ubaw szczególnie z kawałka o tajnym przestępczym stowarzyszeniu. może po prostu moje poczucie humoru zasnęło. hmm.
poniedziałek, 22 marca 2010
michał witkowski - lubiewo
słyszałam opinie że to bardzo kontrowersyjna książka, mnie aż tak bardzo nie ruszyła. chwilami była dość obrzydliwa, jednak czytałam gorsze rzeczy (najgorsza - nagi lunch, ohydne były też fragmenty trainspottingu) a przed wszystkim wydała mi się bardzo bardzo smutna. temat sensacyjny: homoseksualiści z prlu na wakacjach nad morzem opowiadają jak to było kiedyś wspaniale, a teraz jest beznadziejnie i jeszcze są starzy a wielu z nich nie żyje. i tak sobie wspominają nostalgicznie obleśne bary syfiaste parki i śmierdzące kible publiczne. niektóre historie są zabawne inne przerażające ale wszystko przesiąknięte nostalgią. i smutne.
środa, 17 marca 2010
lilian jackson braun - kot który czytał wspak
leżał długo na półce ale w końcu przyszła jego kolej (kota znaczy). przeczytałam szybko - dwie jazdy autobusem do pracy, bo książeczka bardzo cienka i nieskomplikowana. całkiem przyjemna ale bez specjalnych rewelacji. lekki kryminałek z akcją umieszczoną w światku artystycznym, gdzie przewijają się dość stereotypowi twórcy (nieobecny duchem rzeźbiarz współczesny a raczej instalator wykorzystujący śmiecie czy wielka pani lesbijka pracująca w metalu) a zagadkę morderstwa rozwiązuje dziennikarz kulturalnego działu gazety (nie znający się na sztuce) i kot podłego krytyka. niby powinno być zabawnie ale jakoś to wszystko do mnie nie przemówiło. widać że to pierwsza część serii 30 tomowej, bo skojarzyło mi się z jakimś serialem detektywistycznym z lat 60 czy 70. i nie chodzi o brak konkretnej akcji, bo za książkami sensacyjnymi nie przepadam, ale o jakąś taką ogólną bezpłciowość treści i papierowość bohaterów. jedno dobre: ta seria mi odpada :)
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)






