"kultowa powieść hippisów" jak mówi okładka. faktycznie podejrzewam że przyjmowanie w trakcie czytania jakichś nielegalnych substancji psychoaktywnych mogłoby zintensyfikować doświadczenie. ja czytałam na trzeźwo i też miałam niezłą zabawę. generalnie chodzi o światowy spisek i panowanie nad światem. masoni i inne "tajne" organizacje to płotki w tym przypadku ponieważ za wszystkim stoją iluminaci - postatlantydzkie stowarzyszenie które nie wiadomo jakie dokładnie ma cele ale miesza w światowych wydarzeniach infiltrując rządy kościoły itp. dodatkowo istnieją pewne mistyczne powiązania iluminatów z przedwieczną rasą uważającą się za bogów i domagającą się ofiar z ludzi
streścić się nie da, zbyt to skomplikowane, ogarnąć też nie bardzo za pierwszym razem, a podobno są kolejne części. teorie spiskowe rządzą ;).
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą świry. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą świry. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 20 sierpnia 2013
r. shea, r.a. wilson - oko w piramidzie
Etykiety:
dziwne,
hardkorowe,
o co chodzi,
stany,
świry,
tajemnica,
zabawne
poniedziałek, 3 października 2011
nancy milford - zelda
obejrzałam nowy film woody'ego allena i przypomniałam sobie że na półce stoi książka o zeldzie fitzgerald, która taka była w filmie zabawna i sympatyczna. no właśnie film to nie rzeczywistość, a poza tym przypomniałam sobie że biografie nie są moją ulubioną lekturą. za dużo faktów, szczególnie że autorka skupia się głównie na późniejszych latach zeldy, chorej na schizofrenię i co chwilę lądującej w szpitalach psychiatrycznych, zamiast na wesołych latach 20 i nowojorskich oraz paryskich imprezach. poza tym duża część książki opowiada o scottcie, który wyłazi z zeldy jako męczący, myślący tylko o kasie, egocentryczny żul. pewnie był wielkim pisarzem (nie powinnam przyznawać się może do ignorancji, ale jeszcze nic jego nie czytałam, obiecuję nadrobić), ale jego małostkowość i jęczenie mnie odrzucało od czytania. obrażał się gdy zelda napisała powieść opisującą ich wspólne życie, a sam wykorzystywał w swoich utworach fragmenty jej listów, marudził że musi zarabiać na jej utrzymanie a ona niewdzięczna choruje. fakt, zelda bez winy nie była, rozdarta pomiędzy chęcią zrealizowania siebie a niemożliwością dorównania swojemu mężowi, zazdrosnemu geniuszowi. no i ten chory, toksyczny związek. strasznie mnie ta książka zmęczyła.
wtorek, 28 czerwca 2011
william faulkner - światłość w sierpniu
dawno już nie spotkałam w książce tylu świrów (a czytałam niedawno lot nad kukułczym gniazdem). amerykańskie południe, gorąco a ludzie, którym gotują się głowy, zagłębiają się w swoich obsesjach głównie religijnych i rasowych. bo mamy tu ciągle segregację rasową, zadawanie się z czarnymi może być niebezpieczne, a jeśli ktoś jest przypadkiem nieślubnym dzieckiem na dodatek jakiegoś mulata (i do tego jest się wychowywanym przez człowieka z religijną manią) to już w ogóle kończy się pożarem i morderstwem. męcząca ta książka, ludzie żyją w myśl sztywnych zasad, przekonani o swojej racji i nagrodzie w niebie, niszcząc życie swoje i tych mających pecha żyć obok (ojciec pozwalający wykrwawić się córce rodzącej nieślubne dziecko półmurzyna). wiem że kiedyś było inaczej i trudno dopasowywać opisywane sytuacje do dzisiejszej rzeczywistości, jednak nie byłą to najprzyjemniejsza lektura (ehh niedługo chyba skończę jako czytelniczka harlekinów i innej lekkiej literatury kobiecej z happy endem :P).
co mi się podobało to sposób prowadzenia narracji, raz z jednaj strony raz z drugiej, czasem z perspektywy główniejszych bohaterów, a czasem osób będących jedynie świadkami wydarzeń, które są wynikiem kilku splatających się luźniej lub mocniej historii. mamy tu kobietę w nieślubnej ciąży szukającą ojca dziecka i zakochanego w niej sumiennego pracownika tartaku, który zmusza nie do końca ogarniętego pastora do wysłuchiwania swoich moralnych wątpliwości. z drugiej strony jest człowiek szukający swojej tożsamości rasowej i społecznej przy okazji, bo choć nie wygląda, w jego żyłach płynie murzyńska krew, a to komplikuje sprawę na amerykańskim południu. wychowany został przez religijnego fanatyka, ma więc problemy z kobietami i agresją a sypia ze starą panną mieszkającą na uboczu, dla której jest atrakcyjny właśnie z powodu swojej czarności. wszystko to się miesza i przeplata i w pełnym słońcu zmierza powoli ale nieubłaganie prosto do katastrofy.
co mi się podobało to sposób prowadzenia narracji, raz z jednaj strony raz z drugiej, czasem z perspektywy główniejszych bohaterów, a czasem osób będących jedynie świadkami wydarzeń, które są wynikiem kilku splatających się luźniej lub mocniej historii. mamy tu kobietę w nieślubnej ciąży szukającą ojca dziecka i zakochanego w niej sumiennego pracownika tartaku, który zmusza nie do końca ogarniętego pastora do wysłuchiwania swoich moralnych wątpliwości. z drugiej strony jest człowiek szukający swojej tożsamości rasowej i społecznej przy okazji, bo choć nie wygląda, w jego żyłach płynie murzyńska krew, a to komplikuje sprawę na amerykańskim południu. wychowany został przez religijnego fanatyka, ma więc problemy z kobietami i agresją a sypia ze starą panną mieszkającą na uboczu, dla której jest atrakcyjny właśnie z powodu swojej czarności. wszystko to się miesza i przeplata i w pełnym słońcu zmierza powoli ale nieubłaganie prosto do katastrofy.
czwartek, 26 maja 2011
ken kesey - lot nad kukułczym gniazdem
o tej książce chyba każdy słyszał, przeczytał ją albo obejrzał film, tylko ja taka zapóźniona. myślałam, że czytałam ją w zamierzchłej przeszłości na fali zainteresowania świrami i psychiatrykami, a to przecież klasyka w tym temacie. film widziałam kiedyś dawno temu, a pierwowzór literacki przeczytałam właśnie pierwszy raz, jako ostatnią książkę pana keseya wydaną w naszym pięknym kraju.
sytuacja wygląda tak, na oddział psychiatryczny rządzony twardą ręką przez przerażającą oddziałową, na przymusowe leczenie trafia mcmurphy - cwaniak i oszust często wdający się w bójki, wolący szpital dla umysłowo chorych od farmy reedukacyjnej. jednak przestaje mu się to podobać kiedy widzi jak bardzo zastraszeni są pacjenci przebywający na oddziale, którzy trzymani są w ryzach przez personel umiejętnie wykorzystujący ich słabości, choroby i lęki (strach przed matką, podejrzenia o homoseksualizm itp). ludzie ci nie są w stanie żyć w społeczeństwie a pobyt w szpitalu tylko pogłębia ich stan i utwierdza w przekonaniu że nie poradzą sobie w zewnętrznym świcie wilków, bo są słabymi puszystymi królikami. oddziałowa zamiast ich leczyć, upaja się swoją władzą manipulując tu i tam, upokarzając pacjentów i umacniając swoją władzę. nowy pacjent próbuje rozruszać towarzystwo rozpoczynając wojnę z władczą pigułą. śmiech przeciwko bezsensownemu regulaminowi, głupie pytanie przeciwko władczym manipulacjom. pacjenci zaczynają się budzić z letargu, jednak wiadomo, nic nie jest proste, a szczególnie wyrwanie się na wolność spod władzy ludzi upajających się swoją wszechmocą.
narratorem książki jest indianin, od wielu lat w szpitalu, uważany za głuchego i wykorzystywany do sprzątana korytarzy, dzięki czemu słyszy i obserwuje rzeczy nieprzeznaczone dla pacjenckich uszu. na dodatek widzi również prawdziwe oblicze sytuacji, wielki kombinat próbujący naprawiać w szpitalu wybrakowanych ludzi, pod osłoną nocy wszczepiający im urządzenia, kółka zębate i inne mechaniczne elementy w celu umożliwienia im powrotu do społeczeństwa, czyli świata kontrolowanego przez kombinat. do szpitala trafiają ludzie którzy oparli się próbom poskramiania przez kombinat w szkołach i innych miejscach produkujących taśmowo takich samych ludzi. sam indianin nie został uformowany właśnie z powodu że był indianinem, stracił swoją ziemię pod budowę wielkiej tamy, jego ojciec, wcześniej wielki wódz, zmalał pod wpływem białej żony, rządu i wódki, on sam również zmalał, przestał byś zauważany i wpadł w mgłę w której bardzo łatwo się zgubić. w szpitalu nauczył się siedzieć w mgle bez ruchu, bo czasem wciągała go do gabinetu elektrowstrząsów. One i lobotomia to ostateczne narzędzia kombinatu do naprawiania zepsutych obywateli.
książka jest już klasyką, nie będę jej tu więc specjalnie analizować, bo wielu mądrzejszych ludzi zrobiło to przede mną. jest tu motyw ewangelicznego poświęcenia się w celu ocalenia innych, władza i manipulacja no i wiadomo pojawia się system pod postacią kombinatu, wprawdzie w wizjach szalonego indianina, więc można sobie nie zawracać głowy i dalej jeść pigułki jakie dadzą i stosować się do regulaminu a może uda się uniknąć elektrowstrząsów. swoją drogą kuracja ta okazała się skuteczna dla indianina w otrząśnięciu się z resztek mgły, rozwiewanej niego przez mcmurphego.
pomimo przygnębiającego tematu i świadomości, że opisane sposoby traktowania pacjentów nie wzięły się z sufitu, a pan autor czerpał ze swoich własnych doświadczeń jako sanitariusza w szpitalu dla umysłowo chorych książka bywa chwilami naprawdę zabawna, no ale taki styl pana keseya.
sytuacja wygląda tak, na oddział psychiatryczny rządzony twardą ręką przez przerażającą oddziałową, na przymusowe leczenie trafia mcmurphy - cwaniak i oszust często wdający się w bójki, wolący szpital dla umysłowo chorych od farmy reedukacyjnej. jednak przestaje mu się to podobać kiedy widzi jak bardzo zastraszeni są pacjenci przebywający na oddziale, którzy trzymani są w ryzach przez personel umiejętnie wykorzystujący ich słabości, choroby i lęki (strach przed matką, podejrzenia o homoseksualizm itp). ludzie ci nie są w stanie żyć w społeczeństwie a pobyt w szpitalu tylko pogłębia ich stan i utwierdza w przekonaniu że nie poradzą sobie w zewnętrznym świcie wilków, bo są słabymi puszystymi królikami. oddziałowa zamiast ich leczyć, upaja się swoją władzą manipulując tu i tam, upokarzając pacjentów i umacniając swoją władzę. nowy pacjent próbuje rozruszać towarzystwo rozpoczynając wojnę z władczą pigułą. śmiech przeciwko bezsensownemu regulaminowi, głupie pytanie przeciwko władczym manipulacjom. pacjenci zaczynają się budzić z letargu, jednak wiadomo, nic nie jest proste, a szczególnie wyrwanie się na wolność spod władzy ludzi upajających się swoją wszechmocą.
narratorem książki jest indianin, od wielu lat w szpitalu, uważany za głuchego i wykorzystywany do sprzątana korytarzy, dzięki czemu słyszy i obserwuje rzeczy nieprzeznaczone dla pacjenckich uszu. na dodatek widzi również prawdziwe oblicze sytuacji, wielki kombinat próbujący naprawiać w szpitalu wybrakowanych ludzi, pod osłoną nocy wszczepiający im urządzenia, kółka zębate i inne mechaniczne elementy w celu umożliwienia im powrotu do społeczeństwa, czyli świata kontrolowanego przez kombinat. do szpitala trafiają ludzie którzy oparli się próbom poskramiania przez kombinat w szkołach i innych miejscach produkujących taśmowo takich samych ludzi. sam indianin nie został uformowany właśnie z powodu że był indianinem, stracił swoją ziemię pod budowę wielkiej tamy, jego ojciec, wcześniej wielki wódz, zmalał pod wpływem białej żony, rządu i wódki, on sam również zmalał, przestał byś zauważany i wpadł w mgłę w której bardzo łatwo się zgubić. w szpitalu nauczył się siedzieć w mgle bez ruchu, bo czasem wciągała go do gabinetu elektrowstrząsów. One i lobotomia to ostateczne narzędzia kombinatu do naprawiania zepsutych obywateli.
książka jest już klasyką, nie będę jej tu więc specjalnie analizować, bo wielu mądrzejszych ludzi zrobiło to przede mną. jest tu motyw ewangelicznego poświęcenia się w celu ocalenia innych, władza i manipulacja no i wiadomo pojawia się system pod postacią kombinatu, wprawdzie w wizjach szalonego indianina, więc można sobie nie zawracać głowy i dalej jeść pigułki jakie dadzą i stosować się do regulaminu a może uda się uniknąć elektrowstrząsów. swoją drogą kuracja ta okazała się skuteczna dla indianina w otrząśnięciu się z resztek mgły, rozwiewanej niego przez mcmurphego.
pomimo przygnębiającego tematu i świadomości, że opisane sposoby traktowania pacjentów nie wzięły się z sufitu, a pan autor czerpał ze swoich własnych doświadczeń jako sanitariusza w szpitalu dla umysłowo chorych książka bywa chwilami naprawdę zabawna, no ale taki styl pana keseya.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)




