Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mainstream:P. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mainstream:P. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

stieg larsson - millenium. mężczyźni którzy nienawidzą kobiet

na swoje usprawiedliwienie powiem że leżało najbliżej podczas mojej chwili słabości. zaczęłam czytać i muszę przyznać że wciągnęło mnie jednak moja nieufność do bestsellerów pozostaje. bo oczywiście dobrze się to czytało i bywa chwilami zgrabnie napisane (niektóre momenty aż zgrzytały nie wiem czy to martwy pan autor czy może tłumacz poszalał - podstarzali mężczyźni w wieku 80 lat??) ale ogólnoświatowa podnieta jest już dla mnie czymś niezrozumiałym.
no i to całe społeczne tło, przemoc wobec kobiet (i to w szwecji tym raju na ziemi) temat bardzo na czasie, ale wydał mi się nieco naciągany i użyty w celach bardziej sensacyjnych niż jakichkolwiek innych. tak wiem to kryminał a nie rozprawa o chorym społeczeństwie ale 20 zamordowanych i torturowanych lasek dość dobrze wygląda ze względu na akcję. poza tym czy są seryjni mordercy zajmujący się facetami? (pewnie wyżywają się na wojnach). bo że szwecja to nie kraj idealny to wiadomo już od dawna i czytać można o tym w lepszych książkach (np. u pani axelsson) a millenium to zwykły thriller/kryminał aspirujący do czegoś czym nie jest. ale przyznaję że dobrze wchodzi i jak mnie najdzie ochota na jakieś czytadełko to może nawet pokontynuuję serię :P
i jeszcze jedna rzecz do czepienia się - chamski applowy product placement - skoro najlepsza hakerka świata (??) stosuje maki i ipady to o czymś świadczy nieprawdaż? :P

czwartek, 30 czerwca 2011

leonie swann - triumf owiec

z reguły nie czytam bestsellerów (zasada milionów nieomylnych much jakoś do mnie nie przemawia), ale ten leżał sobie na półce siostry i sprawiał wrażenie że będzie odpowiedni na trzygodzinny skacowany powrót pociągiem z długiego weekendu. perspektywa owiec brzmi dobrze a komedia filozoficzna jeszcze lepiej. niestety musza zasada (oraz owczy pęd empikowych kupujących) zadziałała i w tym przypadku. książka wydała mi się przede wszystkim niespójna. z jednej strony są owce nieogarniające ludzkiej rzeczywistości i kierujące się swoją jakąś pokrętną logiką, co można jeszcze przyjąć, ale czasem ich myślenie jest zaskakująco ludzkie i przenikliwe a czasem zachowują się jak stado baranów (napisałabym tu coś o psychologicznych nieścisłościach, ale to owce są więc co u nich za psychologia, a poza tym pani autorka studiowała podobno psychologię więc co ja tam wiem :P). druga sprawa, czyli intryga kryminalna, bo mamy tu taką. ktoś biega po lesie i widowiskowo morduje sarny i prawdopodobnie przymierza się do owiec a może nawet ludzi. dużo tu skomplikowanych wątków, kilka postaci podejrzanych, jak w klasycznych kryminałach np pani christie, jednak rozwiązanie rozczarowało mnie bardzo. tak jakby pod koniec historii o odizolowanej przez burzę wyspie, na której popełniono morderstwo, nagle okazało się że zbrodnia jest dziełem osoby w ogóle wcześniej nie wspomnianej. żadnych motywów, możliwości tylko jakieś mętne niedopowiedzenia. może książka została napisana z perspektywy owiec, które interesują się jedynie trawą i ewentualnie siankiem i mają gdzieś związki przyczynowo-skutkowe, ale czytają ją ludzie. poza tym, wszechstronnie wykształcona autorka wrzuciła w książkę tyle nigdzie nie prowadzących i trochę bezsensownych aluzji, symboli i dziwnych sytuacji, że to aż męczy. a temat interesujący, wilk w owczej skórze, nieznane niebezpieczeństwo w ciemnym lesie, w tle były szpital psychiatryczny ale to wszystko jakoś osobno i bez związku ze sobą. możliwe, że z powodu ciężkiego stanu umysłowego w jakim znajdowałam się czytając, nie ogarnęłam tego, a może jestem zbyt ograniczona, ale książka miała być lekka łatwa i przyjemna. a co do przyjemności i komediowości, to nie rozumiem jak mają się one do panującej w książce atmosfery ciągłego, nie do końca sprecyzowanego zagrożenia. no chyba że kogoś bawią spanikowane owce biegające bez celu po lesie. mnie nie bardzo.

piątek, 22 kwietnia 2011

carlos ruiz zafón - cień wiatru

zapóźniona jestem strasznie, książka wyszła już dawno temu, jednak miałam pewne opory przed nią zapewne z powodu powszechnego zachwytu. do bestsellerów podchodzę ostrożnie mimo że miliony much nie mogą się mylić :P. swoją alternatywność odpuściłam sobie szukając książek których akcja dzieje się w barcelonie, bo wybieram się już niedługo do tego miasta i nie chcę żeby było mi całkiem obce. barcelona kojarzy się z upałem palmami i beztroskimi wakacjami, chociaż miałam świadomość tajemnicy i spleśniałych książek w cieniu wiatru (a nawet tajemnicy spleśniałych książek) to oczekiwałam trochę drżącego z gorąca powietrza. otwieram książkę a tam deszcz, mgła, zgrzybiałe budynki między którymi przemykają się ludzie pełni ciemnych sekretów. tłem ich historii jest wielka historia - wojna domowa przetoczyła się po wszystkich bez wyjątku. no ale żeby nie było, poza gotyckimi motywami jest w książce dużo humoru, głównie za sprawą postaci fermina - anarcho-komunistycznego cynika, wydającego się być najbardziej konkretnym i zdecydowanym bohaterem. poza tym mamy głównego bohatera, gówniarza który nie bardzo wie czego chce, hormony mu szaleją, zakochuje się niewłaściwie, i trafia na ślad tajemnicy zakopanej głęboko w przeszłości. motorem akcji jest książka, zapomniana i przypadkiem znaleziona na cmentarzysku zapomnianych książek (to jest miejsce gdzie chciałabym spędzić wakacje). i pewnie właśnie dlatego przełknęłam tendencyjne fragmenty, krótkie amerykańskie rozdziały (jak w kodzie leonarda da vinci fuuj) i nadużywanie przymiotników w początkowych rozdziałach (później tego nie zauważyłam, nie wiem czy autor zrezygnował czy też tak akcja mnie wciągnęła, że nie przestałam zwracać uwagę na pierdoły byle tylko dowiedzieć się co było dalej). jestem książkowym fetyszystą i książki o książkach automatycznie mają u mnie plus sto do zajebistości :P (za dużo internetu).
podsumowując nie jest to jakoś bardzo głęboka książka, życia mojego nie zmieniła, ale wciąga i dała mi dużo przyjemności. no i książki książki książki ehh.
a tak trochę obok, jakieś wskazówki co do barcelońskich powieści?

środa, 23 marca 2011

orhan pamuk - snow

nie było to proste ale w końcu przeczytałam do końca powieść noblową pana pamuka. trwało to baaardzo długo jak na mnie, szczególnie że książka towarzyszyła mi na wycieczce do warszawy (4,5 godziny w busie plus 6 godzin w pociągu) i krakowa (w sumie 6 godzin pociągowych) i muszę przyznać ze dawno nie spałam tak dobrze w komunikacji publicznej. brnęłam coraz dalej w zaśnieżone strony (około 500, chociaż objętość książek jest dla mnie raczej powodem do radości niż przerażenia) z nadzieją że może jednak, może już za chwilę, coś się w końcu wydarzy. nie wiem skąd to wrażenie nudy bo w książce wiele się dzieje - zasypane miasteczko na tureckim zadupiu, przejęte w drodze przewrotu wojskowego przez podstarzałego aktora z wygórowanymi ambicjami. poza rewolucją mamy samobójcze nastolatki w chustach, islamskich fanatyków i historię miłosną. tylko dlaczego to jest tak okroooopnieeee nuuuuuuudneeeeeee. może to przez sposób opisywania chwila po chwili wszystkiego co główny bohater (turecki poeta mieszkający w niemczech) robił przez cały czas, z kim rozmawiał i co sobie myślał. możliwe że skojarzyło mi się to z traumatycznymi przeżyciami podczas czytania ulissesa, którego przeczytałam, jestem z tego dumna ale nie chcę więcej tej książki an oczy oglądać. i nie wiem co bardziej mnie zmęczyło: nuda czy też bezsensowne (z mojego cynicznego punktu widzenia człowieka zachodu bez zasad) dywagacje drugoplanowych bohaterów. o tym że nie chcą być zachodni, że europa jest strasznie opresyjna kulturowo i że są dumnie ze swojej narodowości i tradycji (a zachód poza tym że wysyła w świat swoją telewizję internet i gazety pełne wszelkiego zła to ma to wszystko gdzieś) i te gadki o honorze narodu i jego bezczeszczeniu przez niemoralne nienoszenie chusty na włosach. strasznie to skrajne dla mnie i nie wiem czy do końca wschodnie, bo u nas również mamy stado obrońców moralności i prawdziwej polskości próbujących przyciąć wszystkich do własnej miary (niewielkiej :P).
główny bohater miota się między prozachodnimi wojskowymi rewolucjonistami pragnącymi uszczęśliwić i unowocześnić całe miasto siłą, a islamskimi tradycjonalistami, którzy również chcą to zrobić, czekają tylko na okazję. sam nie ma konkretnego zdania, jest wstrętnym europejskim relatywistą, zależy mu tylko na wyniesieniu własnego tyłka cało i na zdobyciu ukochanej, którą sobie wmówił. dookoła rewolucja, ludzie znikają, są torturowani w aresztach a on myśli tylko o tym jak pozbyć się ojca laski z domu, bo tylko pod takim warunkiem zgodziła się iść z nim do łóżka. no ręce opadają. ostatecznie wyjeżdża pierwszy pociągiem, bez laski, główny rewolucjonista i główny islamista umierają, a zasady i honor są naginane w służbie miłości. nie wiem o co panu autorowi chodziło ale tyle wyniosłam z tej cegły. może ktoś chce kupić, po angielsku, tanio sprzedam :P

środa, 9 marca 2011

elizabeth gilbert - jedz módl się kochaj

najpierw obejrzałam film. był za długi i trochę płaski i tendencyjny, jednak przemówił do mnie (szczególnie część włoska) na tyle, że śniło mi się że szukam mieszkania we włoszech :D. dopadłam więc książkę, a tam to co już wcześniej znałam z filmu, a wcześniej słyszałam, żadna niespodzianka. bohaterka załamana rozwodem i całym swoim amerykańskim życiem robi sobie roczną przerwę na podróże aby poznać siebie. super że miała takie możliwości bo większości ludzi zwyczajnie nie stać na dochodzenie do siebie podczas podróży po trzech i (i tu moja uwaga do tłumacza, wiem że włochy nie brzmią tak romantycznie jak italia, jednak w naszym pięknym języku ten kraj tak właśnie się nazywa: WŁOCHY, to jeden z powodów dla których fragmenty są takie egzaltowane). no ale ok, jej się udało, dostała kasę z góry za książkę w której miała opisać swoje doświadczenia i przemianę wewnętrzną. i to trochę widać że to książka na zamówienie i ze z góry założonymi tezami, bohaterka pokochała siebie w "italii" (mimo że przytyła od makaronu), połączyła osiągnęła nirwanę w indiach i równowagę (i nowego boskiego brazylijskiego faceta) w indonezji. jeśli przeżyła to naprawdę to gratuluję ale brzmi to zbyt pięknie dla mnie starej cyniczki.
z drugiej strony pani autorka porusza kilka istotnych kwestii, na przykład ludzi zagubionych i nie wiedzących co zrobić ze swoim życiem, pakujących się w konwencjonalne role społeczne bo coś przecież trzeba ze sobą począć, a później okazuje się że życie zmarnowane i do indii trzeba jechać w medytację się zagłębiać. drugim problemem jest tempo życia na zachodzie (uogólniam tu nazywając zachodem kulturę zachodnią, która ostatnio panoszy się również w azji) oraz męczący i smutny cykl pracowania zarabiania kupowania i szaleństwa w weekendy/wakacje (nawet w radio słyszę tylko ile dni do piątku zostało, rozumiem że nikt pracować nie lubi a nowe auto by kupił, albo po prostu zjadł obiad z rodziną, jestem świadoma że inaczej trudno albo w ogóle się nie da ale to przygnębiające). no i problemy ludzi wynikające z wychowania w poczuciu obowiązku i winy, a tak naprawdę jaki to wszystko ma sens, nie lepiej bawić się bo i tak wszyscy umrzemy? nie jest wiec to książka tak całkiem płytka, jest dość dobrze napisana bo bardzo wciąga, i dobrze się czyta dzięki krótkim amerykańskim rozdziałom. denerwowała mnie jednak taka egzaltacja i egocentryczna świadomość pani autorki że wszechświat zrobi dla niej wszystko, bo jest ona jego częścią i uśmiecha się do niego. wiem że jest taka teoria, ale chyba nie dla wszystkich działa skoro dookoła trzęsienia ziemi spadające samoloty i lawiny błotne. inna sprawa że taka uspokajająca wiara w coś jest rzeczą pozytywną, człowiek jest spokojniejszy i chyba po prostu łatwiej w ten sposób (niestety nie dość żem cyniczna to jeszcze nie uwierzę jak nie pomacam więc żyję w stresie :P). i jeszcze jedna denerwująca rzecz - bohaterka była chwilami strasznie ograniczona. rozmawia ze sobą pisząc dialogi w dzienniku, nie potrafi się ogarnąć (tak wiem depresja), nie wie sama czego chce (chociaż to nie tylko jej przypadłość) i te jej głupie teksty (american style) mające wprowadzać humorystyczne momenty a po prostu ręce czasem opadały. no i dziwne użycie słowa repatrianci w znaczeniu ludzi uciekających od cywilizacji na bali. kto to tłumaczył??
podsumowując - taka amerykańska książka, ale jak ktoś zechce się zastanowić to może, a jak nie to będzie miał trochę rozrywki. a i ekranizacja gorsza ;)

niedziela, 30 stycznia 2011

candance bushnell - seks w wielkim mieście

zwykle stronię od tzw.o singlowych laskach, które po wielu perypetiach znajdują tego jedynego, który buduje im dom na wsi, robi dziecko i kupuje psa a na koniec żyją długo i szczęśliwie. to jak z harlekinami, historia ta sama, zmieniają się tylko dekoracje. po seks w wielkim mieście zabrałam się, bo oglądałam serial (podobno) na jej podstawie i znalazłam go zabawnym, czego o literackim pierwowzorze powiedzieć nie mogę. nie jest on również pocieszajką, co jest chyba jego jedyną zaletą. chaotyczne historie o ludziach zajmujących się jedynie imprezowaniem i spaniem z innymi podobnymi ludźmi, bez puenty (nie chodzi mi o brak zabawnej puenty tylko jakiejkolwiek). bohaterowie się mieszają, nie złapałam kto jest kim, a ich problemy wydają mi się wymyślone. może to dlatego, że nie jestem bogatą młoda mieszkanką manhattanu polującą na męża a w międzyczasie pijącą, palącą i wciągającą oraz sypiającą z niewłaściwymi osobami. wszyscy opisani ludzie są niemili, odnoszą się pogardliwie do reszty świata i dziwą się że nikt ich nie lubi, są samotni i nie potrafią ułożyć sobie życia w jakikolwiek sposób. zmęczyła mnie ta książka zupełnie nie poprawiając humoru.

czwartek, 23 września 2010

fannie flagg - nie mogę się doczekać kiedy wreszcie pójdę do nieba

taka sobie lajtowa książeczka, po smażonych zielonych pomidorach spodziewałam się czegoś lepszego, może bardziej zabawnego i nie tak schematycznego, ale nie zaprzeczam że książka jest sympatyczna i pozytywna. trochę nachalnie pozytywna ale nic to.
oto mamy główną bohaterkę starszą panią, która spada z drzewa i umiera. idzie do nieba które okazuje się być jej ulica sprzed 50 lat, a bogiem jest sąsiadka wraz z mężem. w czasie miłej niebiańskiej pogawędki na ziemi jest mniej przyjemnie, wszyscy smucą się śmiercią ciotki, sąsiadki i przyjaciółki. wspominają jaka była super i jak dzięki niej stali się lepszymi ludźmi. niespodziewanie okazuje się że starsza pani żyje. lekarze się pomylili albo nie wiadomo co się stało, w każdym razie powraca na świat doczesny, co jest pretekstem do przedstawienia podłych szpitalnych prawników i początku ich przemiany w sympatycznych ludzi. wszyscy są szczęśliwi, a ciocia umiera kilka lat później spokojnie w swoim łóżku.
morał jest taki że należy cieszyć się życiem i być miłym dla innych to wszystko będzie dobrze. uproszczone to bardzo i trochę takie amerykańskie dla mnie. tzn uważam że należy być miłym i cieszyć się małymi rzeczami bo nie ma wielu innych możliwości :P, ale złe rzeczy się zdarzają również miłym ludziom i pozytywne myślenie tego nie zmieni, a tekst ze cierpienie uszlachetnia i zbliża do boga to dla mnie jakaś bzdura.
no to pojechałam :P. czytało się dobrze i szybko tylko nie mogłam się w pełni cieszyć sympatycznym światem amerykańskiego południowego zadupia, bo denerwowało mnie przesłodzenie i uproszczenie. nie zrównoważyło go nawet przypadkowe zastrzelenie gwałciciela małych niepełnosprawnych dziewczynek (i późniejsze zakopanie go w ogródku) ani patologiczna rodzina jednej z sąsiadek (bo na emeryturze olała rodzinę, wyjechała na hawaje i dobrze się bawiła po raz pierwszy w życiu).

czwartek, 16 września 2010

mark haddon - a spot of bother

na okładce piszą ze zabawne i poruszające jednocześnie. może i tak, jeśli kogoś bawi np. bójka na weselu wywołana przez ojca panny młodej na valium i szampanie, albo upierdliwe dziecko ze swoimi komentarzami w skomplikowanych rodzinnych sytuacjach. może i poruszające, ale mnie jakoś nie rusza męcząca rodzina angoli z problemami w większości wymyślonymi: ojciec hipochondryk, któremu wydaje się że ma raka i świra jednocześnie, uświadamia sobie własną śmiertelność (jeszcze jego mogę zrozumieć - sama miewam paranoje) i matka romansująca z kumplem swojego męża nie może się zdecydować. córka ma wychodzić za mąż. albo nie. albo tak. hmm rodzina myśli że to nieodpowiedni kandydat. w sumie mało mamy wspólnego. ale chyba go kocham. albo nie. albo tak. poza tym ma dom kasę i super dogaduje się z moim dzieckiem. no i jeszcze synek gej który nie chce się statkować. ale może jednak chce. sam nie wie, niby kocha swojego faceta ale ciężkie to wszystko.
rozumiem że związki są skomplikowane a rodzina to ludzie którzy muszą ze sobą jakoś żyć mimo wszystkiego co sobie powiedzieli i co sobie zrobili i książka bardzo ładnie pokazuje jak można się dogadać (aż za ładnie bo od happy endu niedobrze mi się zrobiło). ale bohaterowie mnie zmęczyli, byli płascy i nieogarnięci. na dodatek styl pana haddona mi nie bardzo podszedł. krótkie zdania i mnóstwo szczegółowych opisów kto co zrobił w stylu: wzięła kubek ze zmywarki, przetarła go i nalała sobie kawy. może ma to na celu hmmm uplastycznić sytuację (?) ale kogo to tak naprawdę obchodzi. tzn mnie na pewno nie :P.
pan haddon pisze głównie książki dla dzieci (chyba 5 latków :P) i nie przestawił się na pisanie dla dorosłych. a przynajmniej nie dla mnie (nie żebym nie lubiła książek dla dzieci, wprost przeciwnie, ale lubię też długie zdania). no i ci bohaterowie idioci. ehh książka zdecydowanie nie dla mnie, może na podaju komuś podejdzie.

wtorek, 27 lipca 2010

jane austen - rozważna i romantyczna

czyli kłopoty młodych niezbyt zamożnych panien na początku XIX wieku. wydaje mi się że historia jest ogólnie znana: panna rozważna i panna romantyczna obie, w podobnej sytuacji czyli ukochany facet ma ożenić się z inną. dwa różne podejścia do problemu: jedno racjonalne, właściwsze, drugie bardziej ekspresyjne - niebezpieczne - umrzeć można :P. poza tym obraz ówczesnego społeczeństwa, podłe złe matki i stare ciotki szantażujące młodzieńców wstrzymaniem funduszy na życie w przypadku niewłaściwego ożenku, snobistyczne szwagierki i głupie kuzynki. a także ciągnące się miesiącami wizyty, konwenanse i bycie na pan z własnym mężem.
z jednej strony zabawnie się czyta jak laski czytają książki, spacerują lub odwiedzają krewnych czekając na męża ale z drugiej to faktycznie był problem dobrze trafić w przypadku gdy wyjście za mąż jest jedyną szansą na utrzymanie się. smutne to trochę, na szczęście książka się dobrze kończy, obie siostry szczęśliwie i w miarę bogato wychodzą za mąż, rodziny akceptują ich związki (z tym też nie było łatwo) i w ogóle sielanka.
miałam tylko problem na początku z tą książką, bo tłumaczenie jakieś dziwne mi się wydawało i jeszcze te wyjaśnienia trudniejszych wyrazów w przypisach, ale może było to wydanie dla podstawówki :P.

piątek, 16 lipca 2010

jk rowling - harry potter i insygnia śmierci

leżało w domu więc wzięłam jako lekturę typowo wakacyjną lekką i przyjemną. nie boję się voldemorta a że już kiedyś czytałam (w jakiejś dziwnej chyba drukowanej wersji po angielsku aaa jestem książkowym piratem :P) wiedziałam jak się skończy więc myślałam że uniknę niepotrzebnej w te upały ekscytacji. jednak, nie wiem może sprawiła to właśnie temperatura przez którą jestem jakby w letargu i mózg nie działa prawidłowo, książka strasznie mi się wkręciła i nie mogłam przestać jej czytać. już prawie zapomniałam jak to jest. dziś w autobusie dotarłam do kulminacyjnej sceny bitwy i musiałam ją skończyć idąc do pracy. nie wiem co się ze mną stało.
podejrzewam że wszystkim wiadomo o co chodzi w książce i nie będę tu rozpisywać się specjalnie na temat fabuły i szokować spoilerami :P. harry jest teraz poszukiwany przez vildemorta i musi ukrywać się więc błąka się trochę bezcelowo po anglii z ronem i hermioną. po drodze mają kilka atrakcji w rodzaju imprez, bitew i okradania banku, a wszystko zmierza ku ostatecznej konfrontacji z czarnym panem. przy okazji na jaw wychodzą pewne hmm niejasne fakty z życia dumbledora i harry ma wielki problem z zaufaniem mu mimo że ten już chwile leży w grobie. wszystko kończy się w miarę dobrze nie licząc kilku trupów a scena jak harry jest prawie martwy i powraca jest naprawdę zabawna (jak czytałam pierwszy raz to mnie trochę zniesmaczyła). no a bitwa w hogwarcie wciąga co już wcześniej zaznaczyłam. jedyne co mi się bardzo nie podoba to sytuacja snape który jest moją ulubioną postacią może dlatego że miał tak w życiu przesrane. pomiędzy voldemortem a dumbledorem, wykorzystywany przez obu, beznadziejnie zakochany w lasce co od dawna nie żyje, zmuszony do pilnowania bachora swojego rywala. na dodatek bachor jest arogancki i niewdzięczny, snape'a nikt nie lubi i spotyka go marny koniec. wydaje mi się że publiczna rehabilitacja z ust pottera i drugie imię potterowego synka to trochę za mało. biedny snape. harrego nie bardzo lubię bo jest trochę bucem i okazuje się taki wspaniały że porzygać się można :P.
może nawet na film się wybiorę. czy mi się uroiło czy ma być dwuczęściowy?