Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powalające. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powalające. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

wiktor pielewin - omon ra i inne opowieści

pielewina uwielbiam w każdej postaci więc nie będę zbyt obiektywna. tutaj mamy trzy opowiadania (no pierwszy utwór można by nazwać mini powieścią ale klasyfikacja nie jest najważniejsza). wszystkie są jednocześnie powalająco zabawne i zmuszające do refleksji, absurdalne i prawdziwe. omon ra z to kosmonauta mający pełnić funkcję automatycznego silnika pojazdu księżycowego (bo na mechanizmy radzieckich ruskich nie stać, ludzi zawsze mają w bród a czymś trzeba zabłysnąć przed wrogimi amerykanami i całym światem). oczywiście nic nie jest takie jak się wydaje a poezja miesza się z brutalną rzeczywistością (hmm czym jest rzeczywistość).
żółta strzała to pociąg z którego nigdy nikt nie wysiada - ludzie rodzą się w nim i umierają (polecam opis pogrzebu) nie zastanawiając się specjalnie nad tym skąd i dokąd jadą, specjalnie nawet nie zauważają że gdzieś zmierzają. dużo tu symboli i metafor niektóre dość oczywiste ale każą myśleć w przerwach pomiędzy wybuchami śmiechu.
trzecie opowiadanie jest o ograniczeniach, głównie w głowach  i wolności której uczą fermowe kurczaki, całkiem są mądre :).
pełno tu buddyjskich odwołań (a połowy pewnie nie znalazłam bom prosty nieoświecony człowiek) ale nie ma nachalności, można myśleć można tylko dobrze się bawić.

wtorek, 24 stycznia 2012

literatura na świecie nr 10-207

numer o cybernetyce i sztucznej inteligencji. zaraz na samym początku powalający fragment gödel, escher, bach: an eternal golden braid pana douglasa hofstadtera, o mrówkach, fudze bacha i mózgach. erudycja tego fragmentu mnie trochę mnie przygniotła, zostałam też zmuszona do myślenia, spojrzenia na świat od innej strony, ale i rozbawiona (ehh najlepszy kumpel pana mrówkojada - kolonia mrówek imieniem stryjko lonia). zdecydowanie będę próbować brnąć przez (niestety) anglojęzyczne wydanie całości, mam nadzieję że pojmę co i jak.
oprócz tego jest tu krótkie opowiadanko susan sontag o praktyczności robotów wykorzystywanych jako zastępstwo w niezbyt ekscytujących czynnościach w życiu (praca, zajmowanie się żoną i dziećmi, człowiek może zostać bezdomnym i mieć święty spokój).
trzecim tekstem który zwrócił moją uwagę był fragment powieści roderyk czyli edukacja młodej maszyny autorstwa pana johna sladka. bardzo zabawna historia rozwoju sztucznej inteligencji na uniwersytecie na amerykańskim zadupiu. połączenie powieści akademickiej (przepychanki wykładowców o granty) , scifi, kryminału (seryjny morderca studentek) i thillera (ktoś na górze nie chce dopuścić do powstania sztucznej inteligencji). i duży plus za bezpośrednie nawiązanie do vonneguta którego uwielbiam. ciekawe czy to po polsku wydali.

poniedziałek, 12 września 2011

jack kerouac - big sur

rodzina mi się wycwaniła, zamiast kupować mi prezent zabierają mnie do księgarni i mogę sobie coś wybrać. przerzucają na mnie problem wyboru. tym razem złapałam big sur i bardzo się z tego cieszę. upewniam się w przekonaniu że pan kerouac jest moim ulubionym pisarzem (no może razem z panem vonnegutem tylko ten jest bardziej ironiczny).
w big sur mamy tego samego bohatera co w w drodze i włóczęgach dharmy jednak jack jest już stary, zmęczony życiem i za dużo pije. wybiera się więc do domku kumpla znajdującego się (domku nie kumpla) w kalifornijskich górach w kanionie na brzegu oceanu. proste życie wypełnione gotowaniem, jedzeniem, wycieczkami i zapisywaniem morskich dźwięków ma być ukojeniem po imprezowym i pijanym okresie życia. na początku wszystko idzie dobrze, jack czuje się na swoim miejscu w sercu dzikiej przyrody, rozmawia tylko z ptakami i mułem (takim zwierzątkiem nie osadem rzecznym :P) i pisze co ocean mu powie. jednak po jakimś czasie poczucie bezsensu ogrania go znowu, wszędzie widzi śmierć i bezsens istnienia, drzewa i huczące fale przerażają a martwa wydra przypomina o marności świata. ucieczka do miasta nic nie daje, to nie kończące się imprezy i wieczne pijaństwo, coraz gorsze poranki, stany deliryczne a w końcu paranoja i podejrzliwość w stosunku do współimprezowiczów. końcówka książki nie jest zbyt sympatyczna, głosy w głowie, źli ludzie dookoła, okropny świat, bardzo plastycznie i sugestywnie opisane. w ogóle opisy pana kerouaca są boskie, jest otwarty na świat i ludzi i przyjmuje wszystko, czy to jest szum wiatru, sympatyczna mgła, złowrogi księżyc czy męczący znajomi. bardzo to wszystko buddyjskie, chociaż paranoja raczej nie jest zen, ale każdemu może się zdarzyć, szczególnie jeśli pije słodkie trunki :P.

środa, 31 sierpnia 2011

henry miller - zwrotnik raka

lata 30, bohater (książka pisana jest w pierwszej osobie), amerykanin, włóczy się po paryżu zmarznięty i głodny. nie omija żadnej okazji darmowego jedzenia (ma tygodniowy grafik stołowania się u znajomych), darmowego nocowania i seksu (a czasem wszystkiego na raz a i tak na końcu zdolny jest okraść prostytutkę) a później wszystko zapisuje. no i właśnie przez ten seks zwrotnik traktowany jest często jako obrazoburcza, tania pornografia i może dla kogoś jest, jeśli jednak nie skupiać się jedynie na opisach (fakt, dość bezpośrednich) stosunków, znaleźć można nawet filozoficzne kawałki :P. poza tym język jakiego pan miller używa połyka czytelnika i długo nie chce puścić. jest bezkompromisowy zarówno w wulgarności jak i melancholii jak również w wyrażaniu poglądów antymieszczańskich i antycywilizacyjnych. technika pędzi do przodu a ludzie pozostali w jaskiniach, harując i konsumując bezmyślnie i bezrefleksyjnie (mimo że książka napisana w latach 30 zeszłego wieku to chyba niewiele się zmieniło). trudno się jednak z tego wyrwać, bo przecież jeść trzeba a i jakaś laska czasem by się przydała. tak więc nawet bohater znajduje pracę jako korektor i użera się z głupim szefem i współpracownikami - idiotami.
książka nie jest jednak tylko ponurym narzekaniem na społeczeństwo, jest też chwilami bardzo zabawna, czasem trochę obleśno-zabawna, więc jeśli ktoś ma słabe nerwy i duże wymagania estetyczne to raczej niech uważa :P.
a i jeszcze jedno ostrzeżenie. miłośnicy paryża jako pięknego miasta miłości powinni trzymać się z daleka. paryż jest brudny, śmierdzący, hotele są pełne robactwa a wiatr hula ulicami. seks jest wszechobecny, ale nie romantyczny na kwiatowym łożu, ale szybki z tanią dziwką (należy mieć nadzieję że niczego się nie złapie), i bardzo, bardzo fizyczny.
więc ostrzegam ale i zdecydowanie zachęcam :D.

czwartek, 26 maja 2011

ken kesey - lot nad kukułczym gniazdem

o tej książce chyba każdy słyszał, przeczytał ją albo obejrzał film, tylko ja taka zapóźniona. myślałam, że czytałam ją w zamierzchłej przeszłości na fali zainteresowania świrami i psychiatrykami, a to przecież klasyka w tym temacie. film widziałam kiedyś dawno temu, a pierwowzór literacki przeczytałam właśnie pierwszy raz, jako ostatnią książkę pana keseya wydaną w naszym pięknym kraju.
sytuacja wygląda tak, na oddział psychiatryczny rządzony twardą ręką przez przerażającą oddziałową, na przymusowe leczenie trafia mcmurphy - cwaniak i oszust często wdający się w bójki, wolący szpital dla umysłowo chorych od farmy reedukacyjnej. jednak przestaje mu się to podobać kiedy widzi jak bardzo zastraszeni są pacjenci przebywający na oddziale, którzy trzymani są w ryzach przez personel umiejętnie wykorzystujący ich słabości, choroby i lęki (strach przed matką, podejrzenia o homoseksualizm itp). ludzie ci nie są w stanie żyć w społeczeństwie a pobyt w szpitalu tylko pogłębia ich stan i utwierdza w przekonaniu że nie poradzą sobie w zewnętrznym świcie wilków, bo są słabymi puszystymi królikami. oddziałowa zamiast ich leczyć, upaja się swoją władzą manipulując tu i tam, upokarzając pacjentów i umacniając swoją władzę. nowy pacjent próbuje rozruszać towarzystwo rozpoczynając wojnę z władczą pigułą. śmiech przeciwko bezsensownemu regulaminowi, głupie pytanie przeciwko władczym manipulacjom. pacjenci zaczynają się budzić z letargu, jednak wiadomo, nic nie jest proste, a szczególnie wyrwanie się na wolność spod władzy ludzi upajających się swoją wszechmocą.
narratorem książki jest indianin, od wielu lat w szpitalu, uważany za głuchego i wykorzystywany do sprzątana korytarzy, dzięki czemu słyszy i obserwuje rzeczy nieprzeznaczone dla pacjenckich uszu. na dodatek widzi również prawdziwe oblicze sytuacji, wielki kombinat próbujący naprawiać w szpitalu wybrakowanych ludzi, pod osłoną nocy wszczepiający im urządzenia, kółka zębate i inne mechaniczne elementy w celu umożliwienia im powrotu do społeczeństwa, czyli świata kontrolowanego przez kombinat. do szpitala trafiają ludzie którzy oparli się próbom poskramiania przez kombinat w szkołach i innych miejscach produkujących taśmowo takich samych ludzi. sam indianin nie został uformowany właśnie z powodu że był indianinem, stracił swoją ziemię pod budowę wielkiej tamy, jego ojciec, wcześniej wielki wódz, zmalał pod wpływem białej żony, rządu i wódki, on sam również zmalał, przestał byś zauważany i wpadł w mgłę w której bardzo łatwo się zgubić. w szpitalu nauczył się siedzieć w mgle bez ruchu, bo czasem wciągała go do gabinetu elektrowstrząsów. One i lobotomia to ostateczne narzędzia kombinatu do naprawiania zepsutych obywateli.
książka jest już klasyką, nie będę jej tu więc specjalnie analizować, bo wielu mądrzejszych ludzi zrobiło to przede mną. jest tu motyw ewangelicznego poświęcenia się w celu ocalenia innych, władza i manipulacja no i wiadomo pojawia się system pod postacią kombinatu, wprawdzie w wizjach szalonego indianina, więc można sobie nie zawracać głowy i dalej jeść pigułki jakie dadzą i stosować się do regulaminu a może uda się uniknąć elektrowstrząsów. swoją drogą kuracja ta okazała się skuteczna dla indianina w otrząśnięciu się z resztek mgły, rozwiewanej niego przez mcmurphego.
pomimo przygnębiającego tematu i świadomości, że opisane sposoby traktowania pacjentów nie wzięły się z sufitu, a pan autor czerpał ze swoich własnych doświadczeń jako sanitariusza w szpitalu dla umysłowo chorych książka bywa chwilami naprawdę zabawna, no ale taki styl pana keseya.

piątek, 7 stycznia 2011

china miéville - żelazna rada

chwilę mi to zajęło, żeby przeczytać kolejną historię z nowego crobuzon. tym razem jest niespokojnie. miasto jest wielkie, kwitnie przemysł i handel, a dużą rolę odgrywają port i doki gdzie praca jest ciężka i marnie opłacana. robotnicy zaczynają upominać się o swoje. na dodatek rządzący miastem wdali się mało perspektywiczną wojnę z tesh - ludem (państwem?) żyjącym jakby trochę w poprzek wymiarów, co umożliwia im stosowanie broni niekonwencjonalnej. straty crobuzońskie są ogromne, mieszkańcy zaczynają widzieć bezsens sytuacji, a parlament i niesympatyczna pani burmistrz próbują opanować sytuację z własnymi poddanymi, przez zwiększenie milicyjnych uprawnień, aresztowanie i zintensyfikowane prze-twarzania. zmyślnie ulepszeni przestępcy przydają się bardzo przy budowie wielkiej transkontynentalnej linii kolejowej. jednak przedsiębiorstwo to jedna wielka skorumpowana machina, więc i na ruchomej budowie zaczynają się rozruchy niedofinansowanych robotników i maltretowanych prze-tworzonych, zapoczątkowane przez strajk zniecierpliwionych prostytutek odmawiających pracy na kredyt.
trudno streścić wszystko co dzieje się na 500 stronach powieści, zresztą nie o to tu chodzi. jak w poprzednich książkach, pan autor ma tysiące pomysłów na nawet najmniejsze drobiazgi, a wyobraźnię mógł sobie rozpuścić, bo budowa torów przebiega nie tylko przez dzikie, nieznane kraje zamieszkane przez dziwne stworzenia, ale też przez wspominane w dworcu perdido pęknięcie rzeczywistości gdzie wszystko może się zdarzyć. wydaje się że opisywana historia jest tylko częścią większej rzeczywistości.
mimo zachwytu opisywanym światem mam pewne zastrzeżenia. przede wszystkim przez pierwszą część książki (jakieś 150 stron) zupełnie nie wiedziałam o co chodzi. jacyś ludzie zmontowali wyprawę w poszukiwaniu tytułowej żelaznej rady, ale bardzo długo czekałam na wyjaśnienia kto to jest i po co ich szukają. niektóre rozwiązania również wydały mi się nieco naciągane, ktoś nagle wyskakuje na pierwszy plan, żeby bez specjalnych konsekwencji zakończyć wątek wydający się jednym z zasadniczych w powieści i ciągnący się przez większą część książki. no ale dość malkontenctwa, bo w sumie książka bardzo mi się podobała. przede wszystkim kolej (pociągi to jedno z moich zboczeń) i ruchome pociągowe miasto z wagonami mieszkalnymi, przemysłowymi i nawet cmentarzem dla najbardziej zasłużonych (trochę jak w bliźnie miasto statkowe). na dodatek rewolucja, chociaż ten akurat wątek jest smutny, bo wiadomo, rewolucja rzadko tak naprawdę działa, zwykle takie rzeczy prędzej czy później źle się kończą. ale na początku jest pięknie, wszystkie rasy razem z prze-tworzonymi, wolne i współpracujące, zjednoczone przeciwko systemowi.
ale ten kto projektował okładki do baslagowych powieści powinien się bardzo zastanowił nad tym co zrobił, bo może nie są ohydne, ale zdecydowanie nie pasują.

poniedziałek, 3 stycznia 2011

jack kerouac - włóczędzy dharmy

buddyzm po amerykańsku: czytanie poezji (nie tylko buddyjskiej), picie wina z kumplami i laseczkami, włóczenie się stopem po stanach i piechotą po górach a także medytacja w zaśnieżonym lesie.
bardzo lubię tą książkę, czytałam ją nie pierwszy raz, więc nie było niespodzianek, chociaż tym razem jakby krytyczniej na nią spojrzałam, ale jestem już stara, zgorzkniałą i zgryźliwa. dalej przemawia do mnie jej luzacki klimat, bezcelowość plątania się po świecie i buddyjskie nastawianie do życia. końcówka książki, o tym jak ray spędza lato jako samotny strażnik na dzikiej górze desolation peak wypatrując pożarów na stanowo-kanadyjskim pograniczu, albo fragmenty o cichej medytacji w lasach nowej anglii, sprawiają że sama mam ochotę zaszyć się na jakimś zadupiu bez kontaktu ze światem, gotować najprostsze żarcie i czytać książki w pięknych okolicznościach przyrody (taaak, a jak mi się router buntuje i nie mam internetu przez dwie godziny to dostaję świra). włóczędzy uspokajają i nieco zwalniają mnie, co bardzo przydatne, bo ostatnio trudno mi się na czymś skupić dłużej, przypominają o potrzebie nicnierobienia i oglądania świata, który przecież bardzo ładny jest, no i o tym że tak czy inaczej człowiek jest sam, i możliwe, że resztę tylko wymyśla (chociaż z tym nie do końca się zgadzam), co zaskakująco pocieszające.
nie byłabym jednak sobą gdybym nie ponarzekała. włóczenie się bez celu jest sympatycznym sposobem na życie, jednak pogardzanie innymi ludźmi, którzy pracują a później oglądają telewizję jest niewłaściwe (szczególnie jeśli włóczy się za pieniądze rodziny która nie ma czasu za bardzo na medytację). różne są przecież drogi do oświecenia :P. no i druga sprawa, która obudziła we mnie feministkę - kobiety mogą jedynie brać udział w seksualnych buddyjskich rytuałach służąc oświeconym facetom. wiem że było to 50 lat temu i mimo szerokich horyzontów pan autor był ograniczony przez społeczne stosunki i wyobrażenia, dlatego też staram się wznieść ponad własne marudzenie i cieszyć się buddyjską włóczęgą i spokojem.

środa, 24 listopada 2010

paul theroux - pociąg widmo do gwiazdy wschodu

szlakiem wielkiego bazaru kolejowego. strasznie długo ją czytałam, ale ma 690 stron a po drodze byłam chora i bardziej nadrabiałam seriale niż czytałam. ale skończyłam. jak już wcześniej wspomniałam książka ma dwie rzeczy które mnie kręcą: pociągi i wschód. tzn pociągi na wschód, jeśli zrobimy z tego jedną rzecz. jest też jeden na zachód - kolej transsyberyjska, ale poświęcony jest jej tylko jeden rozdział, bo też w porównaniu z pociągami azji środkowej czy indyjskimi wydaje się być nudna (jedyna rozrywka to pijani rosjanie i babuszki sprzedające pierożki na peronach :P). w każdym razie podróż jaką odbył pan theroux wygląda imponująco i mocno oddziałuje na moją wyobraźnię, gdybym miała pieniążka to byłabym już w pociągu do odessy, bo to najłatwiejsze stąd. oczywiście chciałabym kiedyś zaliczyć orient express paryż - stambuł, ahhh stambuł... pan autor pisze nie tylko o podróży ale również co nieco o literaturze i świecie, wspomina pana pamuka i to tak interesująco, że, mimo że bezskutecznie próbowałam przebrnąć przez śnieg, mam ochotę dopaść jakąś jego książkę. dalej jest egzotyczna azja w postaci turkmenistanu z psychopatycznym dyktatorem z manią wielkości, przeludnione indie a pozostałościami kolonialnymi, kambodża (bardzo przerażający rozdział o ludobójstwie) i wietnam, w którym autor był 30 lat temu, więc może porównywać. w ogóle o tym rejonie pisze dużo (bo pan paul mieszkał tam kiedyś), interesująco i wyczerpująco. na przykład nie wiedziałam że w singapurze mają dyktaturę. jedna rzecz mi się bardzo nie podobała, tzn potraktowanie europy środkowo-wschodniej (węgry i rumunia) nie dość ze ogólnikowo (to jeszcze mogę wybaczyć, bo pan autor był w zasadzie tylko przejazdem) ale i protekcjonalnie. o ile o rumunii niewiele mogę się wypowiedzieć, bom nie była (ale uważam, że pokazanie pana doktoranta z wyższej rumuńskiej uczelni zaskoczonego stambułskimi wieżowcami, jakby żadnych wcześniej nie widział to przesada), ale budapeszt jako miasto rozpadu z ludźmi o przetłuszczonych włosach, którzy wszyscy chcą wyjechać do stanów nieco mnie oburzył, bo byłam i widziałam. z drugiej strony okolice dworca potrafią być obleśne, szczególnie w deszczowo-śniegowym marcu. ruszyło mnie to, może z powodu mojej środkowoeuropejskiej austrowęgierskiej (ach ci habsburgowie:P) dumy, chociaż to tylko dwa rozdziały. mimo to uważam że książka jest super-zajebista (kończy mi się słownictwo) i ciągnie ze sobą.

środa, 6 października 2010

china mieville - blizna

druga po dworcu perdido książka ze świata bas-lag. zachwycałam się pierwszą, a blizna jest wg mnie jeszcze lepsza. tym razem wypływamy z nowego cobruzon na bas-lagowskie morza i oceany, co daje autorowi szansę na wprowadzanie coraz to nowych i dziwniejszych ras, stworzeń i urządzeń. historia jest dość skomplikowana, najlepiej przeczytać o niej samemu, w skrócie chodzi o to, że armada - ogromne pływające miasto zbudowane z przechwyconych piracko statków (jak w takiej książce, którą czytałam w młodości [i nie pamiętam tytułu a google nie zna :o ] o cmentarzysku statków na morzu sargassowym, zebranych w kupę prądami, mieszkali tam rozbitkowie, ale tamto miasto było bardziej anarchistyczne i stacjonarne) płynie w poszukiwaniu blizny, czyli miejsca pozostałego po przybyciu dziwnych istot z dalekich przestrzeni i wymiarów. nikt tam wcześniej nie był (a raczej nikt nie powrócił, żeby przekazać swoją wiedzę innym :P), ale wiadomo że jest to centrum dziwnych sił i mocy, które można by wykorzystać w różny sposób np. do panowania nad światem. wyprawa jednak nie jest taka prosta jak się wydaje, bo po pierwsze armada jest złożona z kilku dzielnic, z których każda rządzona jest przez kogo innego i w inny sposób (autorytarni kochankowie, bardziej demokratyczna rada lub też zbierający posoczny podatek wampir) i trzeba jakoś przekonać wszystkich obrania odpowiedniego kierunku podróży. po drugie do blizny trudno się dostać, bo dookoła szaleje zwariowany ocean nie przepuszczający statków (praktyczną rzeczą będzie wyciągnąć ogromne stworzenie z innego wymiaru, żeby podciągnęło miasto jak konik. morski.). problemy na każdym kroku, a po drodze okazja do opisania coraz to nowych krain i ras ich zamieszkujących (podróż morska to bardzo praktyczna rzecz w literaturze przygodowej :P) - podwodnych ludzi krabów czy ludzi moskitów: krwiożercze kobiety i mężczyzn bez ambicji zagłębionych w intelektualnych problemach.
książka ma tyle drugo, trzecio i piątoplanowych wątków, że starczy panu autorowi na kolejnych co najmniej 10 tomów, i każdy (wątek) niesie ze sobą interesującą historię. czytałam opinie o tej książce że rozbudowana i dużo na raz się dzieje, ale według mnie to zaleta. takie podejście do sprawy pokazuje, że poza opisywaną historią, dookoła toczy się życie, którego przecie nie da się w całości opowiedzieć. widziałam też narzekania na opisy, co wydaje mi się lekką przesadą, bo bliznowy świat jest dziwny i inny od tego po tej stronie kartek, a opisowe fragmenty są duuużo ciekawsze od tych np z nad niemnem :P.
w warstwie pozaprzygodowej (pod, nad?) książeczka mówi o manipulacji i trochę o tożsamości przy okazji przymusowych imigrantów armadowych wyrwanych ze swojego środowiska i wrzuconych w inny, dla niektórych lepszy, dla innych gorszy, ale przede wszystkim zamknięty świat bez możliwości ucieczki.
jestem skłonna bliznę zakupić, a teraz poluję na kolejną z serii żelazną radę. wrażenia zapewne niedługo :).

wtorek, 7 września 2010

china mieville - dworzec perdido

czyli polowanie na produkujące zabójczo mocny narkotyk międzywymiarowe istoty w steampunkowyo industrialnym wielorasowym mieście. tak wiem jak to brzmi ale książka jest duża a zawartość skomplikowana, trochę w stylu pratchetta - rozwijanie kilku wątków z różnymi bohaterami, którzy w końcu spotykają się w kulminacyjnym momencie, i trudno o niej pisać w miarę krótko. zresztą akcja swoją drogą, nie jest może jakoś odkrywcza (trudno o to w fantastyce tak naprawdę), najważniejszy jest świat w którym się toczy. ogromne miasto które czasy świetności ma już za sobą, wiele dzielnic to zwykłe slumsy pełne żebraków, pijaków, różnych szemranych typów, prostytutek oraz zakamuflowanych agentów milicji. mieszkańcy to mieszanka różnych ras. są ludzie, vodyanoi (coś w stylu ludzi-płazów), garudowie (ludzie-ptaki o pustych kościach), khepri (kobiety o owadzich głowach) i ludzie kaktusy. oprócz tego plączą się tam prze-tworzeni, czyli ludzie (zwykle przestępcy) poddani operacjom wszczepiania w ciało różnych użytecznych rzeczy. wszystkim tym rządzi burmistrz-dyktator wspólnie z mafią.
w ten wspaniale uporządkowany milicyjnymi rękami świat wkraczają ćmy - istoty wielowymiarowe żywiące się snami (o czymś podobnym pisał castaneda najadłszy się peyotlu) i wysysające z ludzi ich umysły. mają też macki :P i wiele dodatkowych kończyn i bardzo trudno je zlikwidować bo nie maja naturalnych wrogów i szybko się regenerują. miasto ma poważny problem. główny bohater - nieposłuszny naukowiec, przypadkiem wplątuje się w całą aferę. zaczyna polowanie na ćmy i byłby bez szans gdyby nie pomoc międzywymiarowego wielkiego pająka naprawiającego rozerwaną rzeczywistość składającą się z włókien energii (znów castaneda i hmm teoria strun? nie jestem pewna) i mającego naprawdę dziwne pomysły bo kieruje się własnym poczuciem estetyki nie zważając na nic innego (np ludzkie życie). to moja ulubiona postać :P. a jest jeszcze rada konstruktów, którą też lubię. to sztuczna inteligencja powstała spontanicznie w wyniku wirusa lub błędu karty perforowanej w jednym z konstruktów (czyli parowym, chymicznym lub taumaturgicznym komputerze). jej celem jest powiększanie swych wpływów przez zdobywanie coraz to nowych informacji, własna rozbudowa i prawdopodobnie panowanie nad światem :D. na początek został głową sekty i ludzie oddają mu cześć.
nie będę to się rozpisywać, książkę należy przeczytać, chociaż liczba wątków (niektórych jakby pozostawionych samym sobie) może odstraszać. z drugiej strony służy to budowaniu świata, złożonego i skomplikowanego w którym osadzić można jeszcze ze 30 powieści :D.
chyba wpadłam w kolejną serię.

czwartek, 5 sierpnia 2010

virginia woolf - pani dalloway

czyli jeden dzień z życia powojennego (po pierwszo wojennego) londynu. prosta historia: pięknego czerwcowego dnia pani dalloway przygotowuje przyjęcie, spaceruje po londynie aby kupić kwiaty, obserwuje ludzi. narracja płynnie przenosi się z jednego bohatera na drugiego, później na następnego i tak chodzi w kółko po mieście zahaczając o straumowanego wojną septimusa, jego żonę, psychiatrę, ukochanego pani dalloway z młodości, jej męża i jeszcze kilka osób kręcących się w pobliżu. najważniejsze jest jednak skupienie się na konkretnej chwili i pokazanie jej wartości, nie ważne czy to promienie słońca na twarzy, przejazd kogoś z rodziny królewskiej czy też starsza pani krzątająca się w domu naprzeciwko albo wiadomość o samobójstwie w sąsiedztwie. strumień świadomości przypominał mi trochę ulissesa którego zmęczyłam podczas pewnych wakacji (dwa tygodnie męki, może jestem za głupia :P) ale pani dalloway jest dużo bardziej przystępna dla mojego mojej małej głowy. chociaż kiedyś zaczęłam ją czytać dawno temu i chyba nie skończyłam. tym razem bardzo mi się podobała i przemówiła do mnie: patrz teraz :).
skończyłam jeszcze w lipcu, niestety weekendowe wyjazdy oraz katastrofalne strajki płyty głównej dezorganizują życie.

piątek, 28 maja 2010

etgar keret - tęskniąc za kissingerem

uwielbiam kereta i ta książka nie stanowi wyjątku. 49 króciutkich opowiadań, każde zaskakujące a do tego zabawne lub smutne. moimi typami są opowiadania surrealistyczne: ciężka wichura (o wichurze która zaczyna kumplować się z ludźmi), sztuczka z kapeluszem i abram kadabram (iluzjoniści z problemami) czy jaja dinozaura (o tym skąd biorą się noworodki). są jeszcze opowiadania z dziecięcego punktu widzenia, anegdotki i melancholijne kawałki o samotności.
trudno tą książkę jakoś krótko opisać bo każda część jest inna ale można je czytać w kółko. tzn ja mogłabym :P

czwartek, 27 maja 2010

italo calvino - baron drzewołaz

osiemnasty wiek gdzieś na włoskim wybrzeżu. 12 letni cosimo baronowy syn kłóci się z ojcem i wchodzi na drzewo postanawiając już nigdy nie schodzić na ziemię. na początku rodzina zła a później już tylko niespokojna próbuje go ściągnąć z powrotem, w końcu jednak się godzi z sytuacją cosimo jest bowiem uparty jak osiołek (lub też konsekwentny - na jedno wychodzi). żyje więc na drzewie, kumpluje się z wioskowymi łobuziakami kradnącymi owoce, pomaga ludziom w przycinaniu drzew i poznaje leśnych mieszkańców: wyrzutków społecznych, węglarzy i bandytów. z jednym się nawet zaprzyjaźnia i pożycza mu książki, co go niestety zaprowadza na szubienicę (bandytę nie cosimo) bo zaczytany wypada z rozbójniczej wprawy. po śmierci ojca bohater zostaje baronem nadrzewnym, dużo czyta, zostaje republikaninem i koresponduje z uczonymi i filozofami z całej europy. pojawia się również wątek romansowy, wszystko to opisane w bardzo zabawny sposób a w tle przewijają się niezwykłe drugoplanowe postacie. zwariowana siostra przyrządzająca posiłki ze wszystkiego co się rusza (obrzydliwa scena ze ślimakami) i polująca na szczury w celach kulinarnych, matka - córka generała - sama przejawiająca generalskie zapędy, ojciec z przerostem ambicji dążący bezskutecznie do tytułu diuka czy też zapleśniali francuscy żołnierze. pośród nich cosimo najpierw zbuntowany, później pragnący zrobić coś dla ludzi i świata, na końcu niestety zrezygnowany bo ludzie są beznadziejni i uważają go za wariata.
bardzo mi się podobało i niedługo biorę się za kolejnego calvino.
i jeszcze cytat: książki są jak ptaki: smutnieją kiedy je trzymać nieruchomo w klatce.

czwartek, 13 maja 2010

neil gaiman - amerykańscy bogowie

strasznie zakręcona książka, pojawia się w niej stado bohaterów przez co trudno było mi się skupić (podobne uczucie co przy pratchettach o niewidocznym uniwersytecie). otóż główny bohater cień wychodzi z więzienia i myśli ze najgorsze już za nim, ma zamiar ułożyć sobie życie z żoną i spokojnie uprawiać swój ogródek z dala od kłopotów. niestety żona ginie w wypadku samochodowym, a na drodze cienia pojawia się stado dziwnych osobników wplątujących go w niezłą aferę. tajemnicze indywidua to różnego rodzaju boskie istoty (odyn, loki, horus) i bohaterowie legend i opowieści, przywleczeni na amerykańską ziemię przez kolejne pokolenia ludzi przybywających do nowego świata. całe to tałatajstwo miota się bo do przeżycia potrzebują wiary ludzkiej, a ludzie wyznają teraz innych bogów (kasa, media i nowe technologie :P). między nowym i starym rodzi się konflikt a cień znajduje się w samym środku. pojawia się też zagadka kryminalna.
gaiman miesza religie i mity i polewa je zabawnym sosem. niestety jestem chyba za mało wyedukowana żeby odkryć wszystkie nawiązania do mitologi i religii (mitologii słowiańskiej na przykład i japońskiej to w ogóle nie kojarzę. aż wstyd), mimo to jednak książka mnie powaliła i chcę własny egzemplarz :). będę się uczyć.

wtorek, 11 maja 2010

ernesto che guevara - the motorcycle diares

czytałam po angielsku i było ciężko nie powiem. che miał skłonność do zdań wielokrotnie złożonych (hmm muszę przyznać że mam podobnie) i stosowania dziwnych przymiotników więc zdarzyły mi się fragmenty nie do końca zrozumiałe. tzn. sens wszystkiego pojęłam, problem ze słówkami. ale mimo wszystko bardzo mi się podobało, książka jest ciekawa, bo ernesto z kumplem postanowili pojechać z argentyńskiej cordoby do caracas w wenezueli. motocyklem przez chile, peru, zahaczając o brazylię i kolumbię. motocykl zepsuł im się gdzieś w chilijskich andach resztę drogi przebyli więc trochę piechota trochę stopem a pod koniec tratwą oraz samolotami. nie mieli za dużo kasy więc sępili jedzenie i spanie od napotkanych ludzi, wciskali się do szpitali (jako studenci medycyny) i na posterunki policji. zwiedzali muzea i kolonie dla trędowatych a także kopalnię miedzi gdzieś na pustyni w chile. wszystko to che opisuje dość ironicznym językiem jednocześnie zwracając uwagę na problemy społeczne spotykane w poszczególnych krajach, temat ten jednak nie dominuje w książce, bo ernesto nie był jeszcze wtedy komunistycznym rewolucjonistą tylko studenciakiem chcącym za niewielką kasę zobaczyć trochę świata i przeżyć kawałek przygody :). pisał głównie o próbach łapania stopa i zdobywania jedzenia, opisywał miasta przez które przejeżdżali, napotkane zabytki i zwiedzane szpitale. przy okazji pisał też o marnej sytuację górników chilijskich pracujących za śmieszne pieniądze w beznadziejnych warunkach i o praktycznie nie istniejącej służbie zdrowia w peru, ale są to wątki poboczne. wydaje mi się jednak że podróż ta miała duży wpływ na niego bo później zamiast zostać lekarzem pojechał z fidelem na kubę.
było już przez afrykę, che pisał o ameryce południowej, brakuje mi tylko azji (w wysokich obcasach był artykuł o pani halinie bujakowskiej która w latach 30 jechała z mężem motocyklem z polski do szanghaju, pisała dzienniki, niestety nie wydane) i ameryki północnej. szukam :)

wtorek, 4 maja 2010

kazimierz nowak - rowerem i pieszo przez czarny ląd

książka niestety nie jest moja - przyszła do mnie pocztą z dalekiego konina i muszę ją oddać. już tytuł mówi czego można spodziewać się w środku: opisu hardkorowej pięcioletniej wyprawy przez afrykę, którą pan nowak odbył w latach trzydziestych głównie rowerem, ale też pieszo, koniem, wielbłądem i łodzią. przedsięwzięcie to wydaje się teraz szalone (w dobie gpsów, telefonów satelitarnych i internetu, który można spotkać również w zapadłych afrykańskich dziurach) szczególnie że ludzie podróżują przez dwa tygodnie, głównie wygodnymi samochodami z przewodnikiem i zorganizowaną wycieczką, i już można się pochwalić znajomym że było się w dzikim kraju i przeżyło niebezpieczne przygody. w tamtych czasach zresztą było podobnie - można było jechać na safari ze stadem służby i wieszać trofea na ścianach europejskich pałaców (jak pan potocki chyba z łańcuta), lub szpanować superluksusową łodzią po nilu. na nowaka patrzono jak na świra, który na pięć lat porzuca zdobycze cywilizacji i rusza w zasadzie bez pieniędzy na totalne zadupie gdzie brud, smród i choroby tropikalne. dodatkowymi problemami były dzikie zwierzęta, dzicy ludzie, zabójcza pogoda (nowak spał pod namiotem i w zimne pustynne noce i w powodziowej dżungli) oraz kolonialna biurokracja. mimo to wyprawa zakończyła się sukcesem a jej owocem jest ta powalająca książka, złożona z listów do rodziny i znajomych oraz tekstów pisanych do gazet. można w niej znaleźć opisy fascynującej przyrody afrykańskiej, obyczajów ludzi spotkanych przez autora po drodze ale również bardzo silną krytykę kolonializmu. nowak widział z bliska jaką biedę i degenerację przywlekli ze sobą koloniści, którzy pod pretekstem cywilizowania afryki próbowali wyciskać z niej jak najwięcej jak najmniejszym kosztem, wysiedlając mieszkańców z terenów pełnych bogactw naturalnych, wyzyskując miejscowych pracowników płacąc im marne grosze, wciskając im jednocześnie chłam z dalekiego wschodu w postaci koralików i innego badziewia. niewiele się zresztą zmieniło, rządy wprawdzie afryka sprawuje sama, ale korporacje nadal się tam rozpychają niewiele robiąc sobie z ludzi. no i badziewie pochodzi z chin a nie jak w latach 30 z japonii.
uff ale się rozpisałam, książka naprawdę ruszyła mnie, lenia podejrzliwie nastawionego do świata i wysiłku, i natchnęła czymś w rodzaju życiowego entuzjazmu, mimo że autor zmarł chyba 2 lata po powrocie do polski, czego pośrednią przyczyną było wycieńczenie organizmu wyprawą i chorobami tropikalnymi.
a i zdjęcia są super.