pani bator spędziła dwa lata na tokijskim uniwersytecie i w wachlarzu opisuje to co przez ten czas widziała przeżyła i zjadła. autorka jest zafascynowana każdym zauważonym najmniejszym dziwnym szczegółem co nie zaskakuje bo japońska (czy w tym przypadku tokijska) kultura jest kosmiczna dla europejskiego przybysza. i z takiej właśnie perspektywy obcego włóczącego się po ulicach z otwartymi ze zdziwienia ustami jest ta książka napisana. skupia się wokół kilku głównych tematów najbardziej rzucających się w oczy i inne zmysły: społecznego wymiaru stroju (uniformizacja, maski, przebieranki), japońskiego podejścia do ciała (w tym do płci seksu czy wspólnych kąpieli), współczesnej nieco zinfantylizowanej kultury (zaraza hello kitty dotarła i do nas na szczęście nie ma takiej siły przebicia) i zmutowanej estetyki. dużo miejsca zostało poświęcone japońskiej kuchni jednocześnie fascynującej i chwilami może nieco obrzydliwej (ryby fugu, tańczące krewetki i jedzenie tak świeże że jeszcze się rusza).
wciągnęło mnie w japonię bo dobrze to wszystko napisane, opisy oddziałują na zmysły (japońska kąpiel to coś o czym marzę) i w sumie szkoda że to raczej krótka książka. ale z rozpędu wzięłam z biblioteki (przypomniałam sobie o jej istnieniu) murakamiego. wrażenie wkrótce.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróż. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 21 sierpnia 2012
poniedziałek, 26 marca 2012
tiziano terzani - dobranoc panie lenin!
reportaże z początku lat 90 z południowych krańców rozpadającego się właśnie zsrr. pan autor, wieloletni korespondent prasowy z azji podróżuje amurem (rzeką graniczną między zsrr i chinami) do jego ujścia gdy niespodziewanie w moskwie ogłoszone zostaje zawieszenie działalności jedynej słusznej partii co jest przyczyną uniezależniania się poszczególnych, uprzednio radzieckich republik. pan terzani zamiast wsiadać w samolot do moskwy - centrum wydarzeń - wybiera się do azji środkowej. odwiedza kazachstan, kirgizję, uzbekistan i turkmenistan oraz wpada na kaukaz do azerbejdżanu, gruzji i armenii. książka ma formę dziennika spisywanego na gorąco i zawiera raczej opis skomplikowanej sytuacji politycznej z perspektywy zwyczajnych ludzi których bardziej niż zmiana ustroju (szczególnie że raczej pozorna bo przy władzy pozostają ci sami przefarbowani ludzie) zajmuje np brak podstawowych produktów w sklepach, bo razem z komunizmem zawalił się dziwny centralnie sterowany system gospodarczy.
książka jest bardzo zajmująco napisana i mimo że opisywane tereny nie są w powszechnym mniemaniu uważane za zbyt zajmujące to aż człowieka ciągnie w ten egzotyczny trochę zakurzony świat (przynajmniej mnie ale ja mam skrzywienie wschodnio - zadupiaste :P). zaznaczę też że pan autor jako przybysz ze świata zachodu nie cwaniakuje (co się niektórym ludziom pochodzącym z "cywilizacji" zdarza) narzeka tylko trochę na radziecki burdel i ludzką mentalność, która czasem okazuje się bardzo znajoma (niestety 20 lat minęło a u nas dalej różnie to bywa).
książka jest bardzo zajmująco napisana i mimo że opisywane tereny nie są w powszechnym mniemaniu uważane za zbyt zajmujące to aż człowieka ciągnie w ten egzotyczny trochę zakurzony świat (przynajmniej mnie ale ja mam skrzywienie wschodnio - zadupiaste :P). zaznaczę też że pan autor jako przybysz ze świata zachodu nie cwaniakuje (co się niektórym ludziom pochodzącym z "cywilizacji" zdarza) narzeka tylko trochę na radziecki burdel i ludzką mentalność, która czasem okazuje się bardzo znajoma (niestety 20 lat minęło a u nas dalej różnie to bywa).
poniedziałek, 21 listopada 2011
charles yu - jak przeżyć w fantastycznonaukowym wszechświecie
tytuł i okładka sugerują powieść science fiction o szalonych przygodach związanych z podróżami w czasie. jest to faktycznie scifi i o wehikułach czasowych opowiada, ale opisane przygody to zdecydowanie nie ucieczki przed dinozaurami. główny bohater konserwuje wehikuły czasu i pomaga zagubionym podróżnikom, sam żyjąc w zawieszonym w bezczasie pojeździe z nieistniejącym psem i systemem operacyjnym. jego ojciec zniknął w zaprojektowanym przez siebie wehikule a matka żyje w komercyjnej godzinnej pętli czasowej. bohater rusza przez swoje wspomnienia próbując zrozumieć co się stało i gdzie zniknął ojciec i w końcu obudzić się ze swojej bierności, bo mimo bezczasu na zewnątrz, to dla niego czas cały czas upływa. nieubłaganie. akcja nie jest zbyt spektakularna, przeważają dygresje na temat samego czasu, tożsamości, pamięci, równoległych wszechświatów i możliwości, głównie niewykorzystanych. smutna to książka, ale interesująca, chociaż chwilami bardzo zakręcona.
czwartek, 17 listopada 2011
barry gifford - dzikość serca
książka na podstawie której pan lynch nakręcił film o tym samym tytule. bohaterowie - para kochanków, sailor i lula, uciekają na zachód przed matką dziewczyny, która uważa sailora za niegodnego związku z jej córeczką. sytuacji nie poprawia fakt że sailor właśnie wyszedł z więzienia gdzie odsiadywał wyrok za zabójstwo. bohaterowie przemierzają południe stanów zjednoczonych, a za nimi wyrusza kumpel matki. większość powieści stanowią dialogi prosto ale obrazowo opisujące miasta i miasteczka południa oraz snujących się po nich ludzi (upał i lenistwo). jednak ciągle w pamięci mam film, który widziałam na dłuugo przed przeczytaniem książki i w porównaniu z nim książka wydała mi się nieco uboga (no cóż, nic nie przebije nocholasa cage'a w wężowej skórze :P) radzę więc raczej oglądać niż czytać w tym przypadku.
oddam tutaj :)
oddam tutaj :)
wtorek, 15 listopada 2011
jeanette winterson - płeć wiśni
to dopiero dziwna rzecz. kilku narratorów powiązanych ze sobą (niektórzy to nawet jakby ta sama osoba ale w innym czasie): ogromna hodowczyni psów z cromwellowskiego londynu, jej znaleziony w rzecze przybrany syn jordan, współczesny młody kadet marynarki oraz ekolożka badająca ilość rtęci w rzekach. ich losy się przeplatają, podróże to nie tylko przestrzeń ale i czas i wyobraźnia (bo wiadomo można podróżować na zewnątrz i do środka, tu wszystko się miesza). nie do końca wiadomo co co chodzi, bo akcja zdecydowanie nie jest linearna, ale jest zabawnie, ciekawie a chwilami również zastanawiająco (w sensie fragmenty kazały mi myśleć).
oddam tutaj :)
oddam tutaj :)
piątek, 12 sierpnia 2011
dmitry glukhovsky - metro 2034
znów jesteśmy w moskiewskim metrze, jak widać przetrwało ono kolejny rok. jednak nie można osiąść na laurach niebezpieczeństwo jest ciągłe, zmienia tylko swoją postać. tym razem startujemy również na stacji peryferyjnej, znów atakują mutanty z powierzchni, tym razem jednak można sobie z nimi poradzić jeśli ma się wystarczająco dużo amunicji. no i właśnie tu pojawia się problem, bo dostawy z hanzy nagle się urywają. po drodze tylko kilka dobrze znanych stacji, ale w tym podziemnym świecie sytuacja może zmienić się gwałtownie (potwory, promieniowanie, wewnętrzne międzystacyjne wojenki, bandyci itp.) wysłany więc zostaje ciężkozbrojny patrol. a za nim następny i następny. nikt nie wraca, telefony nie działają, mutanty napierają. i znów ktoś powinien wyruszyć na wyprawę w ciemność tuneli, problem w tym że nie bardzo można sobie pozwolić na stratę kolejnych obrońców stacji. nikt jednak nie sprzeciwia się tajemniczemu brygadierowi po przejściach, który zabiera jeszcze jednego żołnierza oraz, jakby dla kaprysu, homera - starszego człowieka zajmującego się zbieraniem i snuciem metrowych opowieści. to właśnie homer jest głównym bohaterem książki, stoi on na skraju życia i chce desperacko coś po sobie pozostawić, nawet jeśli będzie to tylko dziewięćdziesięciokartkowy zapisany zeszyt. potrzebuje bohaterów, zdecydowany brygadier idealnie się na takiego nadaje, przydałaby się jeszcze jakaś laska, na szczęście spotykają jedną po drodze, kroi się nawet pokrzywiona historia hmm miłosna (nie wiem czy to słowo jest właściwe w tym przypadku, ale niech będzie). może dlatego że bohater to nie gówniarz w okolicach dwudziestki, tylko człowiek z doświadczeniem i to niezbyt sympatycznym (całkiem świadomie przeżył zagładę swojego powierzchniowego świata), druga część metra jest jakby bardziej refleksyjna (gdzieś między pościgami na drezynach i gotowymi do strzału miotaczami ognia), sens życia indywidualnego człowieka wcale się nie krystalizuje z wiekiem, a nawet wprost przeciwnie, a do tego dochodzi świadomość upadku cywilizacji, której resztki tlą się jeszcze pod ziemią, nie wiadomo jak długo i tak naprawdę po co. wszystko to jest w porządku, marudzenie starego homera można znieść, postnuklearny klimat jest super, ale mam też pewne zastrzeżenia. dotyczą one pozostałych postaci, których psychologia jest roztrząsana na wszystkie strony, jednak nie ma ona do końca sensu. coś mi w tym okropnie zgrzytało i brzmiało bardzo nieprawdopodobnie i jakby trochę od czapy. bohaterowie robią różne dziwne rzeczy, które pan autor próbuje wytłumaczyć zaplątując się nieco, a jego kukiełki i tak wyglądają na miotane jakimś bezsensem. można to trochę wytłumaczyć niecodziennymi warunkami w jakich żyją ale bez przesady (wiem wiem czepiam się wiarygodności psychologicznej w fantastyce o mrocznych tunelach i zmutowanych potworach :P). nie zmienia to faktu że prawie 500 stron połknęłam chętnie i błyskawicznie.
Etykiety:
dziki wschód,
fantastyka,
podróż,
scifi,
tajemnica,
zabawne
wtorek, 9 sierpnia 2011
dmitry glukhovsky - metro 2033
uwaga na początku - pisanie nazwisk autorów rosyjskich na angielską modłę uważam za nieco pretensjonalne i wychodzi później taki chekhov czy tchaikovsky i człowiek się zastanawia wtf. no ale do rzeczy.
metro 2033 czyli moskiewskie metro w roku 2033 (kto by pomyślał) po wojnie nuklearnej która zniszczyła ziemię, a raczej ludzką cywilizację na powierzchni i uniemożliwiła normalne życie pośród promieniowania, zdziczałych mutantów i psów. przeżyli tylko ci którzy w odpowiednim czasie znaleźli się w odpowiednim miejscu, czyli właśnie w metrze. rozległe, zakopane głęboko pod ziemią, wzbogacone w wybudowane podczas zimnej wojny schrony przeciwatomowe dla sowieckich dygnitarzy i odpowiednio wyposażone w składy żywności, wentylację i filtry wodne, stało się doskonałym miejscem do postapokaliptycznej wegetacji ludzkości. zostało w miarę możliwości odcięte od świata zewnętrznego w obawie przed mutantami i innymi dziwnymi rzeczami mogącymi się zwlec na dół, pozostawiono tylko kilka dobrze strzeżonych wyjść dla stalkerów przeszukujących ruiny wielkiego miasta w poszukiwaniu zdatnych do użytku przedmiotów, paliwa czy książek. bardzo sympatyczne miejsce do odbudowywania ludzkiego gatunku, może nieco bledszego i z bardziej wyczulonym wzrokiem, jednak ludzie nawet w obliczu zagłady się nie zmieniają. stacje zostały zamienione w mikro miasta-państwa, następowały zrzeszenia i wojny, aż w końcu sytuacja się w miarę ustabilizowała. swoje miejsce mają kapitaliści kontrolujący dużą część metra, komuniści i faszyści. stacje oddalone od centrum zwykle rządzą się same, bo nie wiadomo jak długo utrzymają się w ciągłym zagrożeniu mutantami z powierzchni i niewiadomoczym wyłażącym z każdej dziury. na takiej właśnie stacji poza światem mieszka główny bohater, który musi wyruszyć w pełną niebezpieczeństw podróż po podziemnych tunelach aby uratować swoją stację i może całe metro. z jednej strony to typowa powieść drogi - Artem idzie do celu powoli, co krok natyka się a to na szaleństwo sączące się z uszkodzonych rur, ześwirowanych sekciarzy, wielbicieli hitlera czy wyznawców wielkiego czerwia próbujących żyć w odosobnieniu z dala od śmiercionośnej techniki, uzupełniających zapas białka dzięki swym wrogom. są też postacie pozytywne (w tym moi ulubieni międzystacyjni rewolucjoniści), najczęściej marnie kończące, pomagające wygrzebać się wędrowcowi z tarapatów aby mógł wypełnić swoją misję. i właśnie tu pojawiają się (lekkie bo lekkie ale są) filozoficzne dywagacje na temat przeznaczenia w tym konkretnym przypadku oraz w szerszym kontekście całego życia i jego sensu. nie przesłaniają one rozrywkowości książki, bo żaden z niej głęboki traktat filozoficzny, ale można się zastanowić nad tym i owym wraz z bohaterem, który czasem ma wątpliwości co do realności otaczającej go rzeczywistości (niektóre tunele bywają halucynogenne) i wolnej woli w podejmowaniu decyzji.
jednak intelektualne dywagacje można odstawić na bok, bo najlepszy w tej książce jest jej klimat, mroczny i wilgotny, zza węgłów wyłaniają się potwory a uciec nie ma gdzie bo na powierzchni radioaktywność i zmutowane szczury oraz przerażające stwory pilnujące ciszy w bibliotece miejskiej. czytając myślałam że to idealny materiał na grę komputerową i nie myliłam się, ktoś o tym pomyślał wcześniej, ale pewnie przy moim słabym kompie (i braku czasu) i tak nie mam co marzyć. ale drugą część czytam :).
metro 2033 czyli moskiewskie metro w roku 2033 (kto by pomyślał) po wojnie nuklearnej która zniszczyła ziemię, a raczej ludzką cywilizację na powierzchni i uniemożliwiła normalne życie pośród promieniowania, zdziczałych mutantów i psów. przeżyli tylko ci którzy w odpowiednim czasie znaleźli się w odpowiednim miejscu, czyli właśnie w metrze. rozległe, zakopane głęboko pod ziemią, wzbogacone w wybudowane podczas zimnej wojny schrony przeciwatomowe dla sowieckich dygnitarzy i odpowiednio wyposażone w składy żywności, wentylację i filtry wodne, stało się doskonałym miejscem do postapokaliptycznej wegetacji ludzkości. zostało w miarę możliwości odcięte od świata zewnętrznego w obawie przed mutantami i innymi dziwnymi rzeczami mogącymi się zwlec na dół, pozostawiono tylko kilka dobrze strzeżonych wyjść dla stalkerów przeszukujących ruiny wielkiego miasta w poszukiwaniu zdatnych do użytku przedmiotów, paliwa czy książek. bardzo sympatyczne miejsce do odbudowywania ludzkiego gatunku, może nieco bledszego i z bardziej wyczulonym wzrokiem, jednak ludzie nawet w obliczu zagłady się nie zmieniają. stacje zostały zamienione w mikro miasta-państwa, następowały zrzeszenia i wojny, aż w końcu sytuacja się w miarę ustabilizowała. swoje miejsce mają kapitaliści kontrolujący dużą część metra, komuniści i faszyści. stacje oddalone od centrum zwykle rządzą się same, bo nie wiadomo jak długo utrzymają się w ciągłym zagrożeniu mutantami z powierzchni i niewiadomoczym wyłażącym z każdej dziury. na takiej właśnie stacji poza światem mieszka główny bohater, który musi wyruszyć w pełną niebezpieczeństw podróż po podziemnych tunelach aby uratować swoją stację i może całe metro. z jednej strony to typowa powieść drogi - Artem idzie do celu powoli, co krok natyka się a to na szaleństwo sączące się z uszkodzonych rur, ześwirowanych sekciarzy, wielbicieli hitlera czy wyznawców wielkiego czerwia próbujących żyć w odosobnieniu z dala od śmiercionośnej techniki, uzupełniających zapas białka dzięki swym wrogom. są też postacie pozytywne (w tym moi ulubieni międzystacyjni rewolucjoniści), najczęściej marnie kończące, pomagające wygrzebać się wędrowcowi z tarapatów aby mógł wypełnić swoją misję. i właśnie tu pojawiają się (lekkie bo lekkie ale są) filozoficzne dywagacje na temat przeznaczenia w tym konkretnym przypadku oraz w szerszym kontekście całego życia i jego sensu. nie przesłaniają one rozrywkowości książki, bo żaden z niej głęboki traktat filozoficzny, ale można się zastanowić nad tym i owym wraz z bohaterem, który czasem ma wątpliwości co do realności otaczającej go rzeczywistości (niektóre tunele bywają halucynogenne) i wolnej woli w podejmowaniu decyzji.
jednak intelektualne dywagacje można odstawić na bok, bo najlepszy w tej książce jest jej klimat, mroczny i wilgotny, zza węgłów wyłaniają się potwory a uciec nie ma gdzie bo na powierzchni radioaktywność i zmutowane szczury oraz przerażające stwory pilnujące ciszy w bibliotece miejskiej. czytając myślałam że to idealny materiał na grę komputerową i nie myliłam się, ktoś o tym pomyślał wcześniej, ale pewnie przy moim słabym kompie (i braku czasu) i tak nie mam co marzyć. ale drugą część czytam :).
Etykiety:
dziki wschód,
fantastyka,
horror,
podróż,
scifi,
tajemnica,
zabawne
czwartek, 7 kwietnia 2011
frederick burnaby - wyprawa do chiwy
czyli podróż retro na dziki wschód gdzie stepy wielbłądy i rosyjskie wojsko. pan burnaby wspomina jak to wybrał się na teren dzisiejszego uzbekistanu, ponieważ chciał się dowiedzieć dlaczego rosjanie nie chcą wpuszczać tam obcokrajowców. przy okazji mógł obejrzeć co rosjanie knują w związku z pobliskim afganistanem i indiami, które w tamtym czasie należały do imperium nad którym słońce nie zachodzi. burnaby próbował przygotować się do podróży odpowiednio, był bowiem człowiekiem światowym, który zjeździł pół afryki i inne brytyjskie miejsca, nie do końca przewidział jednak hardkorowych zimowych warunków na stepie. część książki to właśnie opisy zmagania się z niesympatyczną przyrodą, wszystko wyłożone z humorem i dystansem do siebie. zresztą nie tylko pogodna nie sprzyja, problemy sprawiają również carska biurokracja i mentalność mieszkańców stepów. widać jednak odmienny sposób myślenia podróżnika dżentelmena, jego nieco protekcjonalne, imperialno - kolonialne spojrzenie na brudnych rosjan i nieoświeconych tubylców porównujących piękne kobiety do owiec (a jednak mam w sobie nieco politycznej poprawności hehe). mimo to książka jest zabawna i napisana bardzo ładnym językiem, w trochę oldschoolowym stylu, co jest miłą odmianą po wszystkich krótkozdaniowych amerykańskich ksiażkach. no i ten wschód ciągnie :)
środa, 9 marca 2011
elizabeth gilbert - jedz módl się kochaj
najpierw obejrzałam film. był za długi i trochę płaski i tendencyjny, jednak przemówił do mnie (szczególnie część włoska) na tyle, że śniło mi się że szukam mieszkania we włoszech :D. dopadłam więc książkę, a tam to co już wcześniej znałam z filmu, a wcześniej słyszałam, żadna niespodzianka. bohaterka załamana rozwodem i całym swoim amerykańskim życiem robi sobie roczną przerwę na podróże aby poznać siebie. super że miała takie możliwości bo większości ludzi zwyczajnie nie stać na dochodzenie do siebie podczas podróży po trzech i (i tu moja uwaga do tłumacza, wiem że włochy nie brzmią tak romantycznie jak italia, jednak w naszym pięknym języku ten kraj tak właśnie się nazywa: WŁOCHY, to jeden z powodów dla których fragmenty są takie egzaltowane). no ale ok, jej się udało, dostała kasę z góry za książkę w której miała opisać swoje doświadczenia i przemianę wewnętrzną. i to trochę widać że to książka na zamówienie i ze z góry założonymi tezami, bohaterka pokochała siebie w "italii" (mimo że przytyła od makaronu), połączyła osiągnęła nirwanę w indiach i równowagę (i nowego boskiego brazylijskiego faceta) w indonezji. jeśli przeżyła to naprawdę to gratuluję ale brzmi to zbyt pięknie dla mnie starej cyniczki.
z drugiej strony pani autorka porusza kilka istotnych kwestii, na przykład ludzi zagubionych i nie wiedzących co zrobić ze swoim życiem, pakujących się w konwencjonalne role społeczne bo coś przecież trzeba ze sobą począć, a później okazuje się że życie zmarnowane i do indii trzeba jechać w medytację się zagłębiać. drugim problemem jest tempo życia na zachodzie (uogólniam tu nazywając zachodem kulturę zachodnią, która ostatnio panoszy się również w azji) oraz męczący i smutny cykl pracowania zarabiania kupowania i szaleństwa w weekendy/wakacje (nawet w radio słyszę tylko ile dni do piątku zostało, rozumiem że nikt pracować nie lubi a nowe auto by kupił, albo po prostu zjadł obiad z rodziną, jestem świadoma że inaczej trudno albo w ogóle się nie da ale to przygnębiające). no i problemy ludzi wynikające z wychowania w poczuciu obowiązku i winy, a tak naprawdę jaki to wszystko ma sens, nie lepiej bawić się bo i tak wszyscy umrzemy? nie jest wiec to książka tak całkiem płytka, jest dość dobrze napisana bo bardzo wciąga, i dobrze się czyta dzięki krótkim amerykańskim rozdziałom. denerwowała mnie jednak taka egzaltacja i egocentryczna świadomość pani autorki że wszechświat zrobi dla niej wszystko, bo jest ona jego częścią i uśmiecha się do niego. wiem że jest taka teoria, ale chyba nie dla wszystkich działa skoro dookoła trzęsienia ziemi spadające samoloty i lawiny błotne. inna sprawa że taka uspokajająca wiara w coś jest rzeczą pozytywną, człowiek jest spokojniejszy i chyba po prostu łatwiej w ten sposób (niestety nie dość żem cyniczna to jeszcze nie uwierzę jak nie pomacam więc żyję w stresie :P). i jeszcze jedna denerwująca rzecz - bohaterka była chwilami strasznie ograniczona. rozmawia ze sobą pisząc dialogi w dzienniku, nie potrafi się ogarnąć (tak wiem depresja), nie wie sama czego chce (chociaż to nie tylko jej przypadłość) i te jej głupie teksty (american style) mające wprowadzać humorystyczne momenty a po prostu ręce czasem opadały. no i dziwne użycie słowa repatrianci w znaczeniu ludzi uciekających od cywilizacji na bali. kto to tłumaczył??
podsumowując - taka amerykańska książka, ale jak ktoś zechce się zastanowić to może, a jak nie to będzie miał trochę rozrywki. a i ekranizacja gorsza ;)
z drugiej strony pani autorka porusza kilka istotnych kwestii, na przykład ludzi zagubionych i nie wiedzących co zrobić ze swoim życiem, pakujących się w konwencjonalne role społeczne bo coś przecież trzeba ze sobą począć, a później okazuje się że życie zmarnowane i do indii trzeba jechać w medytację się zagłębiać. drugim problemem jest tempo życia na zachodzie (uogólniam tu nazywając zachodem kulturę zachodnią, która ostatnio panoszy się również w azji) oraz męczący i smutny cykl pracowania zarabiania kupowania i szaleństwa w weekendy/wakacje (nawet w radio słyszę tylko ile dni do piątku zostało, rozumiem że nikt pracować nie lubi a nowe auto by kupił, albo po prostu zjadł obiad z rodziną, jestem świadoma że inaczej trudno albo w ogóle się nie da ale to przygnębiające). no i problemy ludzi wynikające z wychowania w poczuciu obowiązku i winy, a tak naprawdę jaki to wszystko ma sens, nie lepiej bawić się bo i tak wszyscy umrzemy? nie jest wiec to książka tak całkiem płytka, jest dość dobrze napisana bo bardzo wciąga, i dobrze się czyta dzięki krótkim amerykańskim rozdziałom. denerwowała mnie jednak taka egzaltacja i egocentryczna świadomość pani autorki że wszechświat zrobi dla niej wszystko, bo jest ona jego częścią i uśmiecha się do niego. wiem że jest taka teoria, ale chyba nie dla wszystkich działa skoro dookoła trzęsienia ziemi spadające samoloty i lawiny błotne. inna sprawa że taka uspokajająca wiara w coś jest rzeczą pozytywną, człowiek jest spokojniejszy i chyba po prostu łatwiej w ten sposób (niestety nie dość żem cyniczna to jeszcze nie uwierzę jak nie pomacam więc żyję w stresie :P). i jeszcze jedna denerwująca rzecz - bohaterka była chwilami strasznie ograniczona. rozmawia ze sobą pisząc dialogi w dzienniku, nie potrafi się ogarnąć (tak wiem depresja), nie wie sama czego chce (chociaż to nie tylko jej przypadłość) i te jej głupie teksty (american style) mające wprowadzać humorystyczne momenty a po prostu ręce czasem opadały. no i dziwne użycie słowa repatrianci w znaczeniu ludzi uciekających od cywilizacji na bali. kto to tłumaczył??
podsumowując - taka amerykańska książka, ale jak ktoś zechce się zastanowić to może, a jak nie to będzie miał trochę rozrywki. a i ekranizacja gorsza ;)
poniedziałek, 3 stycznia 2011
jack kerouac - włóczędzy dharmy
buddyzm po amerykańsku: czytanie poezji (nie tylko buddyjskiej), picie wina z kumplami i laseczkami, włóczenie się stopem po stanach i piechotą po górach a także medytacja w zaśnieżonym lesie.bardzo lubię tą książkę, czytałam ją nie pierwszy raz, więc nie było niespodzianek, chociaż tym razem jakby krytyczniej na nią spojrzałam, ale jestem już stara, zgorzkniałą i zgryźliwa. dalej przemawia do mnie jej luzacki klimat, bezcelowość plątania się po świecie i buddyjskie nastawianie do życia. końcówka książki, o tym jak ray spędza lato jako samotny strażnik na dzikiej górze desolation peak wypatrując pożarów na stanowo-kanadyjskim pograniczu, albo fragmenty o cichej medytacji w lasach nowej anglii, sprawiają że sama mam ochotę zaszyć się na jakimś zadupiu bez kontaktu ze światem, gotować najprostsze żarcie i czytać książki w pięknych okolicznościach przyrody (taaak, a jak mi się router buntuje i nie mam internetu przez dwie godziny to dostaję świra). włóczędzy uspokajają i nieco zwalniają mnie, co bardzo przydatne, bo ostatnio trudno mi się na czymś skupić dłużej, przypominają o potrzebie nicnierobienia i oglądania świata, który przecież bardzo ładny jest, no i o tym że tak czy inaczej człowiek jest sam, i możliwe, że resztę tylko wymyśla (chociaż z tym nie do końca się zgadzam), co zaskakująco pocieszające.
nie byłabym jednak sobą gdybym nie ponarzekała. włóczenie się bez celu jest sympatycznym sposobem na życie, jednak pogardzanie innymi ludźmi, którzy pracują a później oglądają telewizję jest niewłaściwe (szczególnie jeśli włóczy się za pieniądze rodziny która nie ma czasu za bardzo na medytację). różne są przecież drogi do oświecenia :P. no i druga sprawa, która obudziła we mnie feministkę - kobiety mogą jedynie brać udział w seksualnych buddyjskich rytuałach służąc oświeconym facetom. wiem że było to 50 lat temu i mimo szerokich horyzontów pan autor był ograniczony przez społeczne stosunki i wyobrażenia, dlatego też staram się wznieść ponad własne marudzenie i cieszyć się buddyjską włóczęgą i spokojem.
Etykiety:
podróż,
powalające,
stany,
święty spokój,
zabawne,
życiowe
środa, 24 listopada 2010
paul theroux - pociąg widmo do gwiazdy wschodu
szlakiem wielkiego bazaru kolejowego. strasznie długo ją czytałam, ale ma 690 stron a po drodze byłam chora i bardziej nadrabiałam seriale niż czytałam. ale skończyłam. jak już wcześniej wspomniałam książka ma dwie rzeczy które mnie kręcą: pociągi i wschód. tzn pociągi na wschód, jeśli zrobimy z tego jedną rzecz. jest też jeden na zachód - kolej transsyberyjska, ale poświęcony jest jej tylko jeden rozdział, bo też w porównaniu z pociągami azji środkowej czy indyjskimi wydaje się być nudna (jedyna rozrywka to pijani rosjanie i babuszki sprzedające pierożki na peronach :P). w każdym razie podróż jaką odbył pan theroux wygląda imponująco i mocno oddziałuje na moją wyobraźnię, gdybym miała pieniążka to byłabym już w pociągu do odessy, bo to najłatwiejsze stąd. oczywiście chciałabym kiedyś zaliczyć orient express paryż - stambuł, ahhh stambuł... pan autor pisze nie tylko o podróży ale również co nieco o literaturze i świecie, wspomina pana pamuka i to tak interesująco, że, mimo że bezskutecznie próbowałam przebrnąć przez śnieg, mam ochotę dopaść jakąś jego książkę. dalej jest egzotyczna azja w postaci turkmenistanu z psychopatycznym dyktatorem z manią wielkości, przeludnione indie a pozostałościami kolonialnymi, kambodża (bardzo przerażający rozdział o ludobójstwie) i wietnam, w którym autor był 30 lat temu, więc może porównywać. w ogóle o tym rejonie pisze dużo (bo pan paul mieszkał tam kiedyś), interesująco i wyczerpująco. na przykład nie wiedziałam że w singapurze mają dyktaturę. jedna rzecz mi się bardzo nie podobała, tzn potraktowanie europy środkowo-wschodniej (węgry i rumunia) nie dość ze ogólnikowo (to jeszcze mogę wybaczyć, bo pan autor był w zasadzie tylko przejazdem) ale i protekcjonalnie. o ile o rumunii niewiele mogę się wypowiedzieć, bom nie była (ale uważam, że pokazanie pana doktoranta z wyższej rumuńskiej uczelni zaskoczonego stambułskimi wieżowcami, jakby żadnych wcześniej nie widział to przesada), ale budapeszt jako miasto rozpadu z ludźmi o przetłuszczonych włosach, którzy wszyscy chcą wyjechać do stanów nieco mnie oburzył, bo byłam i widziałam. z drugiej strony okolice dworca potrafią być obleśne, szczególnie w deszczowo-śniegowym marcu. ruszyło mnie to, może z powodu mojej środkowoeuropejskiej austrowęgierskiej (ach ci habsburgowie:P) dumy, chociaż to tylko dwa rozdziały. mimo to uważam że książka jest super-zajebista (kończy mi się słownictwo) i ciągnie ze sobą.
środa, 6 października 2010
china mieville - blizna
druga po dworcu perdido książka ze świata bas-lag. zachwycałam się pierwszą, a blizna jest wg mnie jeszcze lepsza. tym razem wypływamy z nowego cobruzon na bas-lagowskie morza i oceany, co daje autorowi szansę na wprowadzanie coraz to nowych i dziwniejszych ras, stworzeń i urządzeń. historia jest dość skomplikowana, najlepiej przeczytać o niej samemu, w skrócie chodzi o to, że armada - ogromne pływające miasto zbudowane z przechwyconych piracko statków (jak w takiej książce, którą czytałam w młodości [i nie pamiętam tytułu a google nie zna :o ] o cmentarzysku statków na morzu sargassowym, zebranych w kupę prądami, mieszkali tam rozbitkowie, ale tamto miasto było bardziej anarchistyczne i stacjonarne) płynie w poszukiwaniu blizny, czyli miejsca pozostałego po przybyciu dziwnych istot z dalekich przestrzeni i wymiarów. nikt tam wcześniej nie był (a raczej nikt nie powrócił, żeby przekazać swoją wiedzę innym :P), ale wiadomo że jest to centrum dziwnych sił i mocy, które można by wykorzystać w różny sposób np. do panowania nad światem. wyprawa jednak nie jest taka prosta jak się wydaje, bo po pierwsze armada jest złożona z kilku dzielnic, z których każda rządzona jest przez kogo innego i w inny sposób (autorytarni kochankowie, bardziej demokratyczna rada lub też zbierający posoczny podatek wampir) i trzeba jakoś przekonać wszystkich obrania odpowiedniego kierunku podróży. po drugie do blizny trudno się dostać, bo dookoła szaleje zwariowany ocean nie przepuszczający statków (praktyczną rzeczą będzie wyciągnąć ogromne stworzenie z innego wymiaru, żeby podciągnęło miasto jak konik. morski.). problemy na każdym kroku, a po drodze okazja do opisania coraz to nowych krain i ras ich zamieszkujących (podróż morska to bardzo praktyczna rzecz w literaturze przygodowej :P) - podwodnych ludzi krabów czy ludzi moskitów: krwiożercze kobiety i mężczyzn bez ambicji zagłębionych w intelektualnych problemach.książka ma tyle drugo, trzecio i piątoplanowych wątków, że starczy panu autorowi na kolejnych co najmniej 10 tomów, i każdy (wątek) niesie ze sobą interesującą historię. czytałam opinie o tej książce że rozbudowana i dużo na raz się dzieje, ale według mnie to zaleta. takie podejście do sprawy pokazuje, że poza opisywaną historią, dookoła toczy się życie, którego przecie nie da się w całości opowiedzieć. widziałam też narzekania na opisy, co wydaje mi się lekką przesadą, bo bliznowy świat jest dziwny i inny od tego po tej stronie kartek, a opisowe fragmenty są duuużo ciekawsze od tych np z nad niemnem :P.
w warstwie pozaprzygodowej (pod, nad?) książeczka mówi o manipulacji i trochę o tożsamości przy okazji przymusowych imigrantów armadowych wyrwanych ze swojego środowiska i wrzuconych w inny, dla niektórych lepszy, dla innych gorszy, ale przede wszystkim zamknięty świat bez możliwości ucieczki.
jestem skłonna bliznę zakupić, a teraz poluję na kolejną z serii żelazną radę. wrażenia zapewne niedługo :).
Etykiety:
dziwne,
fantastyka,
podróż,
powalające,
scifi,
zabawne
piątek, 1 października 2010
andrzej pilipiuk - operacja dzień wskrzeszenia
postapokalipsa i podróże w czasie. cała historia brzmi interesująco: po opanowaniu i odpaleniu polskich głowic jądrowych przez terrorystów wybucha światowa wojna nuklearna, ogromna liczba osób umiera a pozostali wegetują w napromieniowanym świecie bez większych perspektyw. na szczęście polscy naukowcy są w posiadaniu technologii pozwalającej wysyłać ludzi w przeszłość i zamierzają ją wykorzystać do unieszkodliwienia (wysterylizowania) któregoś z przodków psychopatycznego prezydenta polski, który w swej megalomanii, doprowadził do zbudowania polskiej broni jądrowej (a, słyszałam że długie zdania już nie są w modzie bo ludzie nie potrafią się na nich skupić :P). niestety próby podróży w czasie wiążą się jeszcze z dużym ryzykiem, z powodu słabego rozpoznania tematu, mimo że wiele błędów naprawiono (zwykle były to błędy śmiertelne dla podróżników). w każdym razie mamy grupkę gówniarzy w wieku około 17 - 20 lat, którzy zostali dokładnie przetestowani i wyselekcjonowani w celu przeprowadzenia misji ocalającej świat. oczywiście nie jest to takie proste, przeszkody się piętrzą, a pracownik carskiej ochrany z końca dziewiętnastego wieku zorientował się, że przybysze z przyszłości mogą być bardzo dobrym źródłem informacji, trzeba ich tylko nakłonić do współpracy torturami.tak w skrócie przedstawia się fabuła książki, jest interesująca, zabawna i naprawdę wciąga. jednak nie wszystko jest idealne. wiem że jest to książka czysto rozrywkowa, nie psychologiczna, ale bohaterowie wydawali mi się mało spójni. niby mieli byś tacy inteligentni i zdolni do przeprowadzenia zamierzonej akcji, a tymczasem robili chwilami strasznie głupie rzeczy, których skutkiem była awantura na pół zaborowego miasta (a główną zasadą była jak najmniejsza ingerencja w historię, ponieważ nawet zakup czekoladek w sklepie mógł okazać się przyczyną nieurodzenia się kupującego, skutkiem czego znikał). można było też rozwinąć wątek nieco szalonego profesora, który odkrył mechanizmy podróży w czasie, a w wyniku jego eksperymentalnych wysyłek ludzi w przeszłość wielu zginęło. wiem wiem czepiam się, książka lekka i przyjemna (jeśli ktoś lubi postapokaliptyczne klimaty) a także zabawna i nie ma co się rozdrabniać.
wtorek, 11 maja 2010
ernesto che guevara - the motorcycle diares
czytałam po angielsku i było ciężko nie powiem. che miał skłonność do zdań wielokrotnie złożonych (hmm muszę przyznać że mam podobnie) i stosowania dziwnych przymiotników więc zdarzyły mi się fragmenty nie do końca zrozumiałe. tzn. sens wszystkiego pojęłam, problem ze słówkami. ale mimo wszystko bardzo mi się podobało, książka jest ciekawa, bo ernesto z kumplem postanowili pojechać z argentyńskiej cordoby do caracas w wenezueli. motocyklem przez chile, peru, zahaczając o brazylię i kolumbię. motocykl zepsuł im się gdzieś w chilijskich andach resztę drogi przebyli więc trochę piechota trochę stopem a pod koniec tratwą oraz samolotami. nie mieli za dużo kasy więc sępili jedzenie i spanie od napotkanych ludzi, wciskali się do szpitali (jako studenci medycyny) i na posterunki policji. zwiedzali muzea i kolonie dla trędowatych a także kopalnię miedzi gdzieś na pustyni w chile. wszystko to che opisuje dość ironicznym językiem jednocześnie zwracając uwagę na problemy społeczne spotykane w poszczególnych krajach, temat ten jednak nie dominuje w książce, bo ernesto nie był jeszcze wtedy komunistycznym rewolucjonistą tylko studenciakiem chcącym za niewielką kasę zobaczyć trochę świata i przeżyć kawałek przygody :). pisał głównie o próbach łapania stopa i zdobywania jedzenia, opisywał miasta przez które przejeżdżali, napotkane zabytki i zwiedzane szpitale. przy okazji pisał też o marnej sytuację górników chilijskich pracujących za śmieszne pieniądze w beznadziejnych warunkach i o praktycznie nie istniejącej służbie zdrowia w peru, ale są to wątki poboczne. wydaje mi się jednak że podróż ta miała duży wpływ na niego bo później zamiast zostać lekarzem pojechał z fidelem na kubę.było już przez afrykę, che pisał o ameryce południowej, brakuje mi tylko azji (w wysokich obcasach był artykuł o pani halinie bujakowskiej która w latach 30 jechała z mężem motocyklem z polski do szanghaju, pisała dzienniki, niestety nie wydane) i ameryki północnej. szukam :)
Etykiety:
antyglobalizm,
po angielsku,
podróż,
powalające,
poważne,
zabawne,
życiowe
wtorek, 4 maja 2010
kazimierz nowak - rowerem i pieszo przez czarny ląd
książka niestety nie jest moja - przyszła do mnie pocztą z dalekiego konina i muszę ją oddać. już tytuł mówi czego można spodziewać się w środku: opisu hardkorowej pięcioletniej wyprawy przez afrykę, którą pan nowak odbył w latach trzydziestych głównie rowerem, ale też pieszo, koniem, wielbłądem i łodzią. przedsięwzięcie to wydaje się teraz szalone (w dobie gpsów, telefonów satelitarnych i internetu, który można spotkać również w zapadłych afrykańskich dziurach) szczególnie że ludzie podróżują przez dwa tygodnie, głównie wygodnymi samochodami z przewodnikiem i zorganizowaną wycieczką, i już można się pochwalić znajomym że było się w dzikim kraju i przeżyło niebezpieczne przygody. w tamtych czasach zresztą było podobnie - można było jechać na safari ze stadem służby i wieszać trofea na ścianach europejskich pałaców (jak pan potocki chyba z łańcuta), lub szpanować superluksusową łodzią po nilu. na nowaka patrzono jak na świra, który na pięć lat porzuca zdobycze cywilizacji i rusza w zasadzie bez pieniędzy na totalne zadupie gdzie brud, smród i choroby tropikalne. dodatkowymi problemami były dzikie zwierzęta, dzicy ludzie, zabójcza pogoda (nowak spał pod namiotem i w zimne pustynne noce i w powodziowej dżungli) oraz kolonialna biurokracja. mimo to wyprawa zakończyła się sukcesem a jej owocem jest ta powalająca książka, złożona z listów do rodziny i znajomych oraz tekstów pisanych do gazet. można w niej znaleźć opisy fascynującej przyrody afrykańskiej, obyczajów ludzi spotkanych przez autora po drodze ale również bardzo silną krytykę kolonializmu. nowak widział z bliska jaką biedę i degenerację przywlekli ze sobą koloniści, którzy pod pretekstem cywilizowania afryki próbowali wyciskać z niej jak najwięcej jak najmniejszym kosztem, wysiedlając mieszkańców z terenów pełnych bogactw naturalnych, wyzyskując miejscowych pracowników płacąc im marne grosze, wciskając im jednocześnie chłam z dalekiego wschodu w postaci koralików i innego badziewia. niewiele się zresztą zmieniło, rządy wprawdzie afryka sprawuje sama, ale korporacje nadal się tam rozpychają niewiele robiąc sobie z ludzi. no i badziewie pochodzi z chin a nie jak w latach 30 z japonii.uff ale się rozpisałam, książka naprawdę ruszyła mnie, lenia podejrzliwie nastawionego do świata i wysiłku, i natchnęła czymś w rodzaju życiowego entuzjazmu, mimo że autor zmarł chyba 2 lata po powrocie do polski, czego pośrednią przyczyną było wycieńczenie organizmu wyprawą i chorobami tropikalnymi.
a i zdjęcia są super.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)









