Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziki wschód. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziki wschód. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 14 kwietnia 2019

lew tołstoj - wojna i pokój

muszę przyznać że to było trudne nie ze względu na objętość chociaż cztery tomy to nie byle co, ale ze względu na skomplikowanie. tylu bohaterów nie widziałam dawno - ostatnio chyba w grze o tron (wiem również gdzie pan martin mógł podejrzeć zabieg pozbywania się znienacka postaci którą czytelnik uznał za jedną z głównych i nawet może trochę się z nią zżył). sprawę jeszcze dodatkowo zagmatwał mi fakt że bohaterowie mają imię nazwisko otczestwo tytuł (np. hrabia czy książę) a czasem i funkcję w wojsku czy urząd i te określenia stosowane są wymiennie. zanim ogarnęłam kto jest kim to doszłam do połowy drugiego tomu (nie mam mózgu do nazwisk).
w każdym razie udało się i nawet mi się podobało. to klasyka ale napiszę o co chodzi: rosyjskie wyższe sfery w obliczu wojen napoleońskich. tutaj pojawia się nowość dla mnie - napoleon tak wychwalany w polsce za postawienie się rosjanom i łaskawe zezwolenie na utworzenie księstwa warszawskiego jest tutaj przedstawiony z innej perspektywy - jako najeźdźca. z przykrością przyznaję że jetem ignorantką historyczną (zrzucę to na program nauczania w klasach o profilu ścisłym) ale była to dla mnie niespodzianka. poszerzająca horyzonty. w ogóle gdybym coś wiedziała więcej na temat tego okresu historycznego byłoby mi łatwiej. autor zakłada że czytelnik jest obeznany z wydarzeniami i omija wyjaśnienia. ale to nic, dałam radę dowiedziałam się wielu rzeczy.
ogólnie część obyczajowa jest interesująca, część wojenna trochę mniej. dużo jest szczegółowych opisów zapatrywań autora na historię jako (uwaga spoiler alert!) wynik raczej warunków zewnętrznych niż woli czy to pojedynczego człowieka będącego u władzy czy też woli narodu (cokolwiek to znaczy).
część pokojowa dzieje się na salonach moskwy i petersburga, wszyscy się znają i co chwilę spotykają na balach obiadach i przy innych okazjach. zajmują się głównie swataniem młodzieży która się trochę gubi w swoich uczuciach a trochę wojna im przeszkadza, ale to nic i tak wszyscy co chwilę na siebie wpadają, to mały kraj.
ogólnie polecam jak ktoś lubi grube realistyczne lektury trochę rozrywkowe (bo są i żarciki) trochę edukacyjne. a ja mogę obejrzeć serial i będę wiedziała o co chodzi :D

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

wiktor pielewin - kryształowy świat

nie będę się powtarzać, tym razem znów opowiadania tym razem 19, nie będę ich tu streszczać za dużo tego. niektóre bardziej do mnie przemówiły, inne mniej, raczej wolę dłuższe formy żeby się bardziej wkręcić w opisywaną rzeczywistość. w każdym razie standardowe motywy: niepewność rzeczywistości, skrajny subiektywizm, transcendentalne jazdy i radzieckie wynalazki :D niektóre opowiadania nie były ani trochę zabawne tylko smutne bardzo i może dlatego książka mniej mi przypadła do gustu niż poprzednio opisywany omon ra (bo ja wolę pozytywne złudzenia a nie krzywe jazdy :P). mimo to dalej jestem na tak.

wiktor pielewin - omon ra i inne opowieści

pielewina uwielbiam w każdej postaci więc nie będę zbyt obiektywna. tutaj mamy trzy opowiadania (no pierwszy utwór można by nazwać mini powieścią ale klasyfikacja nie jest najważniejsza). wszystkie są jednocześnie powalająco zabawne i zmuszające do refleksji, absurdalne i prawdziwe. omon ra z to kosmonauta mający pełnić funkcję automatycznego silnika pojazdu księżycowego (bo na mechanizmy radzieckich ruskich nie stać, ludzi zawsze mają w bród a czymś trzeba zabłysnąć przed wrogimi amerykanami i całym światem). oczywiście nic nie jest takie jak się wydaje a poezja miesza się z brutalną rzeczywistością (hmm czym jest rzeczywistość).
żółta strzała to pociąg z którego nigdy nikt nie wysiada - ludzie rodzą się w nim i umierają (polecam opis pogrzebu) nie zastanawiając się specjalnie nad tym skąd i dokąd jadą, specjalnie nawet nie zauważają że gdzieś zmierzają. dużo tu symboli i metafor niektóre dość oczywiste ale każą myśleć w przerwach pomiędzy wybuchami śmiechu.
trzecie opowiadanie jest o ograniczeniach, głównie w głowach  i wolności której uczą fermowe kurczaki, całkiem są mądre :).
pełno tu buddyjskich odwołań (a połowy pewnie nie znalazłam bom prosty nieoświecony człowiek) ale nie ma nachalności, można myśleć można tylko dobrze się bawić.

poniedziałek, 26 marca 2012

tiziano terzani - dobranoc panie lenin!

reportaże z początku lat 90 z południowych krańców rozpadającego się właśnie zsrr. pan autor, wieloletni korespondent prasowy z azji podróżuje amurem (rzeką graniczną między zsrr i chinami) do jego ujścia gdy niespodziewanie w moskwie ogłoszone zostaje zawieszenie działalności jedynej słusznej partii co jest przyczyną uniezależniania się poszczególnych, uprzednio radzieckich republik. pan terzani zamiast wsiadać w samolot do moskwy - centrum wydarzeń - wybiera się do azji środkowej. odwiedza kazachstan, kirgizję, uzbekistan i turkmenistan oraz wpada na kaukaz do azerbejdżanu, gruzji i armenii. książka ma formę dziennika spisywanego na gorąco i zawiera raczej opis skomplikowanej sytuacji politycznej z perspektywy zwyczajnych ludzi których bardziej niż zmiana ustroju (szczególnie że raczej pozorna bo przy władzy pozostają ci sami przefarbowani ludzie) zajmuje np brak podstawowych produktów w sklepach, bo razem z komunizmem zawalił się dziwny centralnie sterowany system gospodarczy.
książka jest bardzo zajmująco napisana i mimo że opisywane tereny nie są w powszechnym mniemaniu uważane za zbyt zajmujące to aż człowieka ciągnie w ten egzotyczny trochę zakurzony świat (przynajmniej mnie ale ja mam skrzywienie wschodnio - zadupiaste :P). zaznaczę też że pan autor jako przybysz ze świata zachodu nie cwaniakuje (co się niektórym ludziom pochodzącym z "cywilizacji" zdarza) narzeka tylko trochę na radziecki burdel i ludzką mentalność, która czasem okazuje się bardzo znajoma (niestety 20 lat minęło a u nas dalej różnie to bywa).

poniedziałek, 5 grudnia 2011

orhan pamuk - stambuł. wspomnienia i miasto

kolejne spotkanie z panem pamukiem, poprzednie śniegowe nie pozostawiło zbyt miłych wspomnień, tym razem jednak było inaczej. nie ma tu żadnej akcji, książka jest jednocześnie opisem rodzinnego miasta pana autora i jego wyrywkowymi wspomnieniami. żaden z niej przewodnik ani autobiografia, jak ją opisują w recenzjach (nie należy wierzyć recenzjom, często chyba piszą je ludzie którzy nie przeczytali książki :P), to bardziej zestaw esejów czasem podchodzących pod felietony, których tematem jest stambuł, jego mieszkańcy, życie codzienne i odświętne, widziane przez pryzmat pamukowego dzieciństwa i młodości. czytać można o fascynacji samym miastem jak i jego zachodnimi opisami, malarstwem i zdjęciami. fotografia to też ważny temat, w ogóle tekst jest ilustrowany klimatycznymi zdjęciami stambułu w różnych okresach. pamuk pisze też o zderzeniu kultur (to chyba standard w przypadku stykania się europy i azjii), o życiu w ruinach wielkiego imperium i takiej trochę beznadziei/melancholii związanej z poczuciem minionej świetności. bo teraz wszędzie tylko beton ;). wątek "autobiograficzny" sprowadza się głównie do "jak zostałem pisarzem". reszta to subiektywne wrażenia i w zasadzie to taka książka o niczym ale wciąga i każe mi jechać do stambułu.

piątek, 12 sierpnia 2011

dmitry glukhovsky - metro 2034

znów jesteśmy w moskiewskim metrze, jak widać przetrwało ono kolejny rok. jednak nie można osiąść na laurach niebezpieczeństwo jest ciągłe, zmienia tylko swoją postać. tym razem startujemy również na stacji peryferyjnej, znów atakują mutanty z powierzchni, tym razem jednak można sobie z nimi poradzić jeśli ma się wystarczająco dużo amunicji. no i właśnie tu pojawia się problem, bo dostawy z hanzy nagle się urywają. po drodze tylko kilka dobrze znanych stacji, ale w tym podziemnym świecie sytuacja może zmienić się gwałtownie (potwory, promieniowanie, wewnętrzne międzystacyjne wojenki, bandyci itp.) wysłany więc zostaje ciężkozbrojny patrol. a za nim następny i następny. nikt nie wraca, telefony nie działają, mutanty napierają. i znów ktoś powinien wyruszyć na wyprawę w ciemność tuneli, problem w tym że nie bardzo można sobie pozwolić na stratę kolejnych obrońców stacji. nikt jednak nie sprzeciwia się tajemniczemu brygadierowi po przejściach, który zabiera jeszcze jednego żołnierza oraz, jakby dla kaprysu, homera - starszego człowieka zajmującego się zbieraniem i snuciem metrowych opowieści. to właśnie homer jest głównym bohaterem książki, stoi on na skraju życia i chce desperacko coś po sobie pozostawić, nawet jeśli będzie to tylko dziewięćdziesięciokartkowy zapisany zeszyt. potrzebuje bohaterów, zdecydowany brygadier idealnie się na takiego nadaje, przydałaby się jeszcze jakaś laska, na szczęście spotykają jedną po drodze, kroi się nawet pokrzywiona historia hmm miłosna (nie wiem czy to słowo jest właściwe w tym przypadku, ale niech będzie). może dlatego że bohater to nie gówniarz w okolicach dwudziestki, tylko człowiek z doświadczeniem i to niezbyt sympatycznym (całkiem świadomie przeżył zagładę swojego powierzchniowego świata), druga część metra jest jakby bardziej refleksyjna (gdzieś między pościgami na drezynach i gotowymi do strzału miotaczami ognia), sens życia indywidualnego człowieka wcale się nie krystalizuje z wiekiem, a nawet wprost przeciwnie, a do tego dochodzi świadomość upadku cywilizacji, której resztki tlą się jeszcze pod ziemią, nie wiadomo jak długo i tak naprawdę po co. wszystko to jest w porządku, marudzenie starego homera można znieść, postnuklearny klimat jest super, ale mam też pewne zastrzeżenia. dotyczą one pozostałych postaci, których psychologia jest roztrząsana na wszystkie strony, jednak nie ma ona do końca sensu. coś mi w tym okropnie zgrzytało i brzmiało bardzo nieprawdopodobnie i jakby trochę od czapy. bohaterowie robią różne dziwne rzeczy, które pan autor próbuje wytłumaczyć zaplątując się nieco, a jego kukiełki i tak wyglądają na miotane jakimś bezsensem. można to trochę wytłumaczyć niecodziennymi warunkami w jakich żyją ale bez przesady (wiem wiem czepiam się wiarygodności psychologicznej w fantastyce o mrocznych tunelach i zmutowanych potworach :P). nie zmienia to faktu że prawie 500 stron połknęłam chętnie i błyskawicznie.

wtorek, 9 sierpnia 2011

dmitry glukhovsky - metro 2033

uwaga na początku - pisanie nazwisk autorów rosyjskich na angielską modłę uważam za nieco pretensjonalne i wychodzi później taki chekhov czy tchaikovsky i człowiek się zastanawia wtf. no ale do rzeczy.
metro 2033 czyli moskiewskie metro w roku 2033 (kto by pomyślał) po wojnie nuklearnej która zniszczyła ziemię, a raczej ludzką cywilizację na powierzchni i uniemożliwiła normalne życie pośród promieniowania, zdziczałych mutantów i psów. przeżyli tylko ci którzy w odpowiednim czasie znaleźli się w odpowiednim miejscu, czyli właśnie w metrze. rozległe, zakopane głęboko pod ziemią, wzbogacone w wybudowane podczas zimnej wojny schrony przeciwatomowe dla sowieckich dygnitarzy i odpowiednio wyposażone w składy żywności, wentylację i filtry wodne, stało się doskonałym miejscem do postapokaliptycznej wegetacji ludzkości. zostało w miarę możliwości odcięte od świata zewnętrznego w obawie przed mutantami i innymi dziwnymi rzeczami mogącymi się zwlec na dół, pozostawiono tylko kilka dobrze strzeżonych wyjść dla stalkerów przeszukujących ruiny wielkiego miasta w poszukiwaniu zdatnych do użytku przedmiotów, paliwa czy książek. bardzo sympatyczne miejsce do odbudowywania ludzkiego gatunku, może nieco bledszego i z bardziej wyczulonym wzrokiem, jednak ludzie nawet w obliczu zagłady się nie zmieniają. stacje zostały zamienione w mikro miasta-państwa, następowały zrzeszenia i wojny, aż w końcu sytuacja się w miarę ustabilizowała. swoje miejsce mają kapitaliści kontrolujący dużą część metra, komuniści i faszyści. stacje oddalone od centrum zwykle rządzą się same, bo nie wiadomo jak długo utrzymają się w ciągłym zagrożeniu mutantami z powierzchni i niewiadomoczym wyłażącym z każdej dziury. na takiej właśnie stacji poza światem mieszka główny bohater, który musi wyruszyć w pełną niebezpieczeństw podróż po podziemnych tunelach aby uratować swoją stację i może całe metro. z jednej strony to typowa powieść drogi - Artem idzie do celu powoli, co krok natyka się a to na szaleństwo sączące się z uszkodzonych rur, ześwirowanych sekciarzy, wielbicieli hitlera czy wyznawców wielkiego czerwia próbujących żyć w odosobnieniu z dala od śmiercionośnej techniki, uzupełniających zapas białka dzięki swym wrogom. są też postacie pozytywne (w tym moi ulubieni międzystacyjni rewolucjoniści), najczęściej marnie kończące, pomagające wygrzebać się wędrowcowi z tarapatów aby mógł wypełnić swoją misję. i właśnie tu pojawiają się (lekkie bo lekkie ale są) filozoficzne dywagacje na temat przeznaczenia w tym konkretnym przypadku oraz w szerszym kontekście całego życia i jego sensu. nie przesłaniają one rozrywkowości książki, bo żaden z niej głęboki traktat filozoficzny, ale można się zastanowić nad tym i owym wraz z bohaterem, który czasem ma wątpliwości co do realności otaczającej go rzeczywistości (niektóre tunele bywają halucynogenne) i wolnej woli w podejmowaniu decyzji.
jednak intelektualne dywagacje można odstawić na bok, bo najlepszy w tej książce jest jej klimat, mroczny i wilgotny, zza węgłów wyłaniają się potwory a uciec nie ma gdzie bo na powierzchni radioaktywność i zmutowane szczury oraz przerażające stwory pilnujące ciszy w bibliotece miejskiej. czytając myślałam że to idealny materiał na grę komputerową i nie myliłam się, ktoś o tym pomyślał wcześniej, ale pewnie przy moim słabym kompie (i braku czasu) i tak nie mam co marzyć. ale drugą część czytam :).

czwartek, 7 kwietnia 2011

frederick burnaby - wyprawa do chiwy

czyli podróż retro na dziki wschód gdzie stepy wielbłądy i rosyjskie wojsko. pan burnaby wspomina jak to wybrał się na teren dzisiejszego uzbekistanu, ponieważ chciał się dowiedzieć dlaczego rosjanie nie chcą wpuszczać tam obcokrajowców. przy okazji mógł obejrzeć co rosjanie knują w związku z pobliskim afganistanem i indiami, które w tamtym czasie należały do imperium nad którym słońce nie zachodzi. burnaby próbował przygotować się do podróży odpowiednio, był bowiem człowiekiem światowym, który zjeździł pół afryki i inne brytyjskie miejsca, nie do końca przewidział jednak hardkorowych zimowych warunków na stepie. część książki to właśnie opisy zmagania się z niesympatyczną przyrodą, wszystko wyłożone z humorem i dystansem do siebie. zresztą nie tylko pogodna nie sprzyja, problemy sprawiają również carska biurokracja i mentalność mieszkańców stepów. widać jednak odmienny sposób myślenia podróżnika dżentelmena, jego nieco protekcjonalne, imperialno - kolonialne spojrzenie na brudnych rosjan i nieoświeconych tubylców porównujących piękne kobiety do owiec (a jednak mam w sobie nieco politycznej poprawności hehe). mimo to książka jest zabawna i napisana bardzo ładnym językiem, w trochę oldschoolowym stylu, co jest miłą odmianą po wszystkich krótkozdaniowych amerykańskich ksiażkach. no i ten wschód ciągnie :)

środa, 24 listopada 2010

paul theroux - pociąg widmo do gwiazdy wschodu

szlakiem wielkiego bazaru kolejowego. strasznie długo ją czytałam, ale ma 690 stron a po drodze byłam chora i bardziej nadrabiałam seriale niż czytałam. ale skończyłam. jak już wcześniej wspomniałam książka ma dwie rzeczy które mnie kręcą: pociągi i wschód. tzn pociągi na wschód, jeśli zrobimy z tego jedną rzecz. jest też jeden na zachód - kolej transsyberyjska, ale poświęcony jest jej tylko jeden rozdział, bo też w porównaniu z pociągami azji środkowej czy indyjskimi wydaje się być nudna (jedyna rozrywka to pijani rosjanie i babuszki sprzedające pierożki na peronach :P). w każdym razie podróż jaką odbył pan theroux wygląda imponująco i mocno oddziałuje na moją wyobraźnię, gdybym miała pieniążka to byłabym już w pociągu do odessy, bo to najłatwiejsze stąd. oczywiście chciałabym kiedyś zaliczyć orient express paryż - stambuł, ahhh stambuł... pan autor pisze nie tylko o podróży ale również co nieco o literaturze i świecie, wspomina pana pamuka i to tak interesująco, że, mimo że bezskutecznie próbowałam przebrnąć przez śnieg, mam ochotę dopaść jakąś jego książkę. dalej jest egzotyczna azja w postaci turkmenistanu z psychopatycznym dyktatorem z manią wielkości, przeludnione indie a pozostałościami kolonialnymi, kambodża (bardzo przerażający rozdział o ludobójstwie) i wietnam, w którym autor był 30 lat temu, więc może porównywać. w ogóle o tym rejonie pisze dużo (bo pan paul mieszkał tam kiedyś), interesująco i wyczerpująco. na przykład nie wiedziałam że w singapurze mają dyktaturę. jedna rzecz mi się bardzo nie podobała, tzn potraktowanie europy środkowo-wschodniej (węgry i rumunia) nie dość ze ogólnikowo (to jeszcze mogę wybaczyć, bo pan autor był w zasadzie tylko przejazdem) ale i protekcjonalnie. o ile o rumunii niewiele mogę się wypowiedzieć, bom nie była (ale uważam, że pokazanie pana doktoranta z wyższej rumuńskiej uczelni zaskoczonego stambułskimi wieżowcami, jakby żadnych wcześniej nie widział to przesada), ale budapeszt jako miasto rozpadu z ludźmi o przetłuszczonych włosach, którzy wszyscy chcą wyjechać do stanów nieco mnie oburzył, bo byłam i widziałam. z drugiej strony okolice dworca potrafią być obleśne, szczególnie w deszczowo-śniegowym marcu. ruszyło mnie to, może z powodu mojej środkowoeuropejskiej austrowęgierskiej (ach ci habsburgowie:P) dumy, chociaż to tylko dwa rozdziały. mimo to uważam że książka jest super-zajebista (kończy mi się słownictwo) i ciągnie ze sobą.

wtorek, 19 października 2010

lubko deresz - arche

jesteśmy we lwowie po którym kręcą się dziwni ludzie: narkomani po kroplach do oczu, dilerzy, bardzo alternatywni performerzy i twórcy teatru, stowarzyszenie lalkarzy i klub halogenków. i bohaterka główna - tereska, która po wspomnianych wcześniej kroplach do oczu odjeżdża bardzo daleko i jest gotowa do przejścia na drugą stronę tekstu, coś jak w świecie zofii gdzie bohaterowie uświadamiają sobie że są wymyśleni, ale w tym wypadku nie jest to aż takie proste, bo nie wiadomo do końca która strona jest która i ile ich tak naprawdę jest. bohaterowie plączą się to tu to tam, najczęściej w innym stanie świadomości, gadają z autorem, który też nie do końca ogarnia co się dzieje, jeden wielki burdel :P. mimo to książka jest całkiem zabawna, dużo odwołań do szeroko rozumianej popkultury (noo może jej bardziej alternatywnej części), chociaż chwilami jest aż przeładowana elokwencją i długimi skomplikowanymi wyrazami, co jest męczące. szczególnie wyłazi to w monologach jednego z bohaterów, naćpanego (nawjuczonego :P) i opowiadającego teorie na temat rzeczywistości, niektóre sensowne, niektóre mniej, ale dość ich miałam na żywo, żeby mnie zachwycały te opisywane :P.
wkręcił mi się trochę świat skłotów z braćmi szalonymi artystami, podziemnych klubów i rytuałów halogenków, ale nie ogarnęłam tej książki do końca. może byłam za trzeźwa? :P

poniedziałek, 21 czerwca 2010

borys akunin - walet pikowy

uwielbiam akunina. jego książki są zabawne i inteligentne a na dodatek jeszcze trzymają w napięciu. w tej niezbyt grubej książeczce fandorin ściga sprytnego oszusta i mistrza kamuflażu - momusa, który po obłowieniu się na prowincji zawitał do stolicy. zadarł z samym gubernatorem moskwy sprzedając jego pałac jakiemuś anglikowi, fandorin ma więc poświęcić cały swój czas na schwytanie bezczela. nie będę tu rozpisywać się o fabule, w końcu to kryminał, dodam jedynie, że jest kilka zabawnych intryg i podstępów, przebieranki zarówno ścigającego jak i ściganego (cyganie, niemieccy książęta, indyjscy dostojnicy oraz stare babcie).
w połowie książki zorientowałam się że już to czytałam, nie przeszkodziło mi to jednak
w niczym. jak trochę zapomnę to znów będę mogła przeczytać :)

wtorek, 30 marca 2010

mariusz wilk - wołoka

pozostaję w temacie dzikiego wschodu a raczej dzikiej północy. pan wilk mieszka w północnych ostępach za petersburgiem w okolicach jeziora oniego i morza białego już od dawna i o tych terenach pisze. a pisze tak, że człowieka (mnie w tym wypadku) ciągnie na to zadupie żeby samemu zobaczyć dziką przyrodę północną z której gdzieniegdzie wystają cerkwie, klasztory, resztki łagrów i współczesne miasteczka i wioski w nieco żulerskim klimacie. wszystko zanurzone w bogatej historii dawnych mnichów, piotra wielkiego i bliższych współczesności komunistycznych więźniów budujących cywilizację w ostępach.
tylko jedna część książki ma fabułę - opis podróży od morza białego do jeziora ładoga. reszta to luźne zapiski i ciągnące się dygresje na różne tematy. niby nic a wciąga. aż chce się rzucić pracę i pojechać gdzieś daleko, mieszkać bez cywilizacji w świętym spokoju, przesypiać ciemną zimę a w lato świętować nie trzeźwiejąc :P.

środa, 24 marca 2010

jacek hugo-bader - biała gorączka

rosja i byłe republiki zsrr z hardkorowej strony. pan autor pojechał sam samochodem przez syberię zimą a co zobaczył opisał w białej gorączce. epidemia aids, powolne wymieranie rdzennej ludności syberyjskiej na alkoholizm (brak perspektyw i możliwości trawienia alkoholu), sprzedawanie organów, wypadki w ukraińskich kopalniach, mafia... a z drugiej strony fascynujący szamanizm, powalająca przyroda i przede wszystkim ludzie którzy mimo wszystko radzą sobie jakoś w tym kosmicznym świecie.
wciągnęła mnie ta książka chociaż nie jest łatwa i przyjemna a wprost przeciwnie, ale bardzo dobrze napisana została a poza tym ciągnie mnie na wschód :).

poniedziałek, 1 marca 2010

olga gromyko - zawód wiedźma

znów ze wschodu - białoruska fantastyka niezbyt na serio. bohaterką książek jest wiedźma w trakcie nauki. w pierwszej części wysłana zostaje do wampirzej krainy (ehh wampiry ostatnio bardzo modne) rozwikłać zagadkę znikających magów i ludzi. oczywiście między nią a władcą wampirów zaczyna coś iskrzyć, jednak do rzyguśnego zmierzchowego romansu daleko, bohaterowie bardziej wyluzowani ciągle sobie dogryzają zamiast cierpieć i jęczeć nad skomplikowanym związkiem międzygatunkowym. wokół tych złośliwości kręci się cała akcja, poza tym niewiele się tu dzieje, ale całkiem to zabawne.




druga część bardziej mi się podobała, jest bardziej różnorodna: akcja toczy się i w szkole magii (studenci są wszędzie tacy sami) i w skacowanej wiosce zabitej dechami, a raczej zalanej błotem i w podziemnym mieście dziwnych stworzonek. wszystko przez to że bohaterka wyrusza na wyprawę ze swoim wampirem oraz kumplem trollem, który jest moją ulubioną postacią (cham, burak i żul :P). jak to bywa w fantastycznych opowieściach przeszkody się mnożą: zombiaki, mantrykory, religijni wieśniacy i stada innych niebezpieczeństw stają na drodze do celu, którym jest przerażający nekromanta.
w sumie książeczki sympatyczne, bez jakichś głębokich przemyśleń, ale miło się to czyta.

wtorek, 23 lutego 2010

strugaccy - miliard lat przed końcem świata

znów science fiction, tym razem radzieckie. czytałam wcześniej piknik na skraju drogi (na jej podstawie zrobiono stalkera) tych panów ale dawno to było, nie będę więc się na jej temat produkować teraz. powiem tylko że miliard lat przed końcem świata to zupełnie inny klimat, niby fantastyka, a w zasadzie nie ma nawet śladu dziwnych rzeczy w stylu latających spodków czy laserowych unicestwiaczy. wszystko dzieje się w mieszkaniu pewnego naukowca (astrofizyka), który stoi na progu epokowego odkrycia, jednak nagle wszystko zaczyna mu przeszkadzać w pracy i to samo przytrafia się jego równie wybitnym kumplom (biolog molekularny, matematyk itp). próbują wymyślić o co chodzi, siedzą więc w tym mieszkaniu, gadają i piją herbatę oraz wódkę a czasami również koniak. książka ma nieco żulerski i paranoiczny klimat a jednocześnie jest zabawna (delikatnie zajeżdża chmielewską).