znów za dużo naczytałam się pochwał tej książki przed jej lekturą. muszę przestać to robić bo to prosta droga do zawodu. miało być zabawnie - chyba chodziło o zderzenie realiów dzikiego zachodu z rezolutną czternastolatką, jednak nie bardzo mnie to śmieszyło. może znów chodzi o przekład. w skrócie ojciec głównej bohaterki mattie traci zostaje zamordowany i nikt ze stróżów prawa zdaje się tym specjalnie nie przejmować, dziewczynka (14 lat ma) bierze sprawy w swoje ręce. no nie tylko w swoje bo płaci za pomoc wiecznie pijanego szeryfa federalnego roostera a dodatkowo w sprawę miesza się arogancki strażnik teksasu. szykuje się przygoda na indiańskim terytorium gdzie uciekł morderca.
niestety ani przygody ani humoru (a może po prostu jestem za stara) jedyna zaleta tej książki to szybkość jej czytania. ale film to bym zobaczyła.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przereklamowane. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przereklamowane. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 17 lutego 2013
francis scott fitzgerald - piękni i przeklęci
a raczej piękni i nieogarnięci. dawno nie spotkałam takich męczących marudzących i beznadziejnych bohaterów literackich. książka owszem napisana jest bardzo ładnymi zdaniami ale interesujący język i forma to nie wszystko. a treść, no cóż - historia anthonego i glorii, pięknych ludzi z zamożnych domów którzy zakochują się w sobie pobierają a później przepuszczając radośnie wszystkie pieniądze staczają się na samo dno (w sam środek klasy średniej :P). co jakiś czas próbują się ogarnąć, anthony próbuje pracować, ale tak naprawdę to chciałby być pisarzem, ale to takie trudne, trzeba coś robić, a w ogóle czy to ma sens, bo kumpel mniej zdolny i inteligentny odniósł sukces literacki, co za świat okrutny. gloria jest skupiona na sobie i swojej urodzie, której nie pomaga ciągłym imprezowaniem, ale przecież dobrze się bawi, o i to futro jest fajne, nie bardzo nas na nie stać ale później będziemy się zastanawiać, nie będziemy przecież wegetować oszczędzając.
bardzo trudno mi się brnęło przez opisy głębokich przemian psychologicznych tych dwojga (od radosnych utracjuszy całym światem u stóp do zgorzkniałych trzydziestoletnich zubożałych alkoholików) przy braku jakiejkolwiek autorefleksji z ich strony. czekałam że może zapiją się na śmierć. niestety.
bardzo trudno mi się brnęło przez opisy głębokich przemian psychologicznych tych dwojga (od radosnych utracjuszy całym światem u stóp do zgorzkniałych trzydziestoletnich zubożałych alkoholików) przy braku jakiejkolwiek autorefleksji z ich strony. czekałam że może zapiją się na śmierć. niestety.
Etykiety:
klasyka,
nie polecam :P,
niewesołe,
nuuuuuda,
przereklamowane,
stany
wtorek, 21 sierpnia 2012
eduardo mendoza - miasto cudów
na okładce piszą że to historia katalońskiego nikodema dyzmy jednak moim zdaniem to bardziej historia barcelony widziana przez pryzmat życia tego bezwzględnego cwaniaczka próbującego się (z doskonałym skutkiem) dorobić na zmianach zachodzących na przełomie poprzednich wieków w mieście które z niewielkiego zamkniętego portowego miasteczka przekształca się w bólach w nowoczesne i światowe miejsce. nie bez problemów, odwieczne spory między stolicą a upartą katalonią wieczny brak pieniędzy i walki pomiędzy lokalnymi hmm ważnymi osobistościami (jedną z nich stał się stosując niezbyt sympatyczne metody "główny" bohater onufry bouvila) nie pomagały zbytnio.
słyszałam dużo o tej książce że wybitna i wspaniała i niestety znów się przeliczyłam (muszę przestać słuchać ludzi i czytać recenzje). jest całkiem niezła i rozmach też ma duży, chwilami jest zabawna (nie tak jak historyjki o damskim fryzjerze ale nie oczekiwałam tego, zresztą fryzjer chwilami jest przesadzony) ale jakoś nie do końca mnie przekonuje. może chodzi o onufrego który jest zwykłym dupkiem a i tak na niewiele mu się to zdaje. a może o pewną jakby bezwładność akcji, wydarzenia toczą się dość niemrawo co chwilę grzęznąc w różnego typu dygresjach czy retrospekcjach (kilka razy się zgubiłam, to chyba nie świadczy o mnie za dobrze :P). jedyna rada - nie oczekiwać.
słyszałam dużo o tej książce że wybitna i wspaniała i niestety znów się przeliczyłam (muszę przestać słuchać ludzi i czytać recenzje). jest całkiem niezła i rozmach też ma duży, chwilami jest zabawna (nie tak jak historyjki o damskim fryzjerze ale nie oczekiwałam tego, zresztą fryzjer chwilami jest przesadzony) ale jakoś nie do końca mnie przekonuje. może chodzi o onufrego który jest zwykłym dupkiem a i tak na niewiele mu się to zdaje. a może o pewną jakby bezwładność akcji, wydarzenia toczą się dość niemrawo co chwilę grzęznąc w różnego typu dygresjach czy retrospekcjach (kilka razy się zgubiłam, to chyba nie świadczy o mnie za dobrze :P). jedyna rada - nie oczekiwać.
poniedziałek, 13 sierpnia 2012
stieg larsson - millenium. mężczyźni którzy nienawidzą kobiet
no i to całe społeczne tło, przemoc wobec kobiet (i to w szwecji tym raju na ziemi) temat bardzo na czasie, ale wydał mi się nieco naciągany i użyty w celach bardziej sensacyjnych niż jakichkolwiek innych. tak wiem to kryminał a nie rozprawa o chorym społeczeństwie ale 20 zamordowanych i torturowanych lasek dość dobrze wygląda ze względu na akcję. poza tym czy są seryjni mordercy zajmujący się facetami? (pewnie wyżywają się na wojnach). bo że szwecja to nie kraj idealny to wiadomo już od dawna i czytać można o tym w lepszych książkach (np. u pani axelsson) a millenium to zwykły thriller/kryminał aspirujący do czegoś czym nie jest. ale przyznaję że dobrze wchodzi i jak mnie najdzie ochota na jakieś czytadełko to może nawet pokontynuuję serię :P
i jeszcze jedna rzecz do czepienia się - chamski applowy product placement - skoro najlepsza hakerka świata (??) stosuje maki i ipady to o czymś świadczy nieprawdaż? :P
Etykiety:
kryminał,
mainstream:P,
nic nowego,
niewesołe,
północ,
przereklamowane,
tajemnica,
takie sobie
piątek, 2 grudnia 2011
philip roth - kompleks portnoya
zanim dopadłam portnoya, ciągle napotykałam się na niego w różnych miejscach, gdzie pisano że zabawny i obrazoburczy. jako że bardzo lubię takie połączenie, z radością zauważyłam że w bibliotece portnoya nikt nie chce i leży i czeka na mnie. teraz już wiem dlaczego leżał w kurzu, zawiodłam się straszliwie. nie żebym specjalnie szukała skandalu w moich lekturach, ale mam prawo mieć pewne oczekiwania jeśli książka posiada jednoznaczną opinię, która powstałą chyba zaraz po jej wydaniu (1969), a teraz oburzać się mogą jedynie pewne kręgi (silnie tradycyjne polskie, religijni fanatycy itp :P). opowieść głównego bohatera kręci się wokół seksu i masturbacji oraz związanych z nimi poczucia winy i poniżenia, ale takie rzeczy jakoś mnie specjalnie nie ruszają (wychowali mnie min henry miller i palachniuk :P więc coś musi być naprawdę mocne żebym poczuła się oburzona/poruszona/zniesmaczona). Najbardziej obrzydliwe wydało mi się ciągłe jęczenie głównego bohatera, bo książka to jego monolog u psychoterapeuty. Biedaczek nie może sobie poradzić ze swoim życiem z powodu silnie kastrującej matki i opresyjnie drobnomieszczańskiego domu rodzinnego, powodujących u niego ciągłe poczucie winy z powodu każdej życiowej przyjemności. rozumiem że ktoś może mieć problemy i niskie poczucie własnej wartości, ale bezproduktywne jęczenie o tym przez całą książkę to przesada.
zniosłabym to wszystko, gdyby tylko zabawność książki nie została tak bardzo przeceniona przez przedczytaczy. żarty o masturbacji i ojcowym zatwardzeniu po prostu do mnie nie trafiły (i nie chodzi tu o wyrafinowane poczucie humoru, bo na przykład chamskiego i bezsensownie wulgarnego wilqa uwielbiam). nie wiem czy to kwestia chwilowej ułomności poczucia humoru czy może fakt że opisywane środowisko jest zbyt odległe od mojego i brak podobnych do portnoyowych doświadczeń powoduje że nie reaguję na nie terapeutycznym śmiechem. Wszystko to wydało mi się bardzo smutne: problemy bohatera, ograniczenia jakie ma w głowie, jego chora rodzina i jego narzekania. A może to tylko listopad (tak tak spóźniona notka), słoneczny i ciepły ale jednak.
oddam tutaj :)
zniosłabym to wszystko, gdyby tylko zabawność książki nie została tak bardzo przeceniona przez przedczytaczy. żarty o masturbacji i ojcowym zatwardzeniu po prostu do mnie nie trafiły (i nie chodzi tu o wyrafinowane poczucie humoru, bo na przykład chamskiego i bezsensownie wulgarnego wilqa uwielbiam). nie wiem czy to kwestia chwilowej ułomności poczucia humoru czy może fakt że opisywane środowisko jest zbyt odległe od mojego i brak podobnych do portnoyowych doświadczeń powoduje że nie reaguję na nie terapeutycznym śmiechem. Wszystko to wydało mi się bardzo smutne: problemy bohatera, ograniczenia jakie ma w głowie, jego chora rodzina i jego narzekania. A może to tylko listopad (tak tak spóźniona notka), słoneczny i ciepły ale jednak.
oddam tutaj :)
Etykiety:
klasyka,
niewesołe,
przereklamowane,
stany,
takie sobie
piątek, 28 października 2011
kingsley amis - alteracja
zabrałam się za tą książkę (książeczkę w porównaniu z poprzednimi) bo przeczytałam gdzieś że to klasyka steampunka. no i hmm niby technologia alternatywna do naszej opartej na prądzie ale punka to tam nie widzę. lata 70 alternatywnego XX wieku, drugie średniowiecze, europą rządzi papież, jego wysłannicy są wszędzie, wyższe sfery mówią po łacinie a kobiety nie mają nic do gadania. głównym bohaterem jest hubert, mały chłopiec uczący się w katolickiej szkole z internatem, bardzo zdolny muzycznie. pięknie śpiewa i na dodatek komponuje (zapisuje muzykę co ją w głowie słyszy). jego talent zwraca uwagę wielu ludzi, w tym papieża, który lubi mieć u siebie w watykanie wszystko co najlepsze, postanawia więc że chłopiec ma zostać alterowany (wykastrowany) i otrzymać miejsce w prestiżowym rzymskim chórze. dużo tu rozterek moralnych, nie tylko huberta ale również jego pobożnego ojca, zmartwionej matki, nauczyciela kompozycji czy dyrektora szkoły. szczęście osobiste (a przynajmniej coś co się nim wydaje) kontra obowiązek wobec boga, a przynajmniej kościoła, a do tego dochodzi jeszcze przeznaczenie (przez które może bóg wyraża swe życzenia). opresyjne społeczeństwo i ogólnie niezbyt przyjemna atmosfera dogmatycznej europy trochę mnie zmęczyła. sądzę też że można by bardziej wykorzystać wątek sposobów zarządzania europejskimi zasobami ludzkimi przez papieża, w stylu: hmm grozi nam przeludnienie, jak się okazało kontrolowane zarazy są zbyt skomplikowane, trzeba wrócić do starych sprawdzonych sposobów świętej wojny z niewiernymi.
Etykiety:
fantastyka,
nic nowego,
niewesołe,
przereklamowane,
takie sobie
czwartek, 30 czerwca 2011
leonie swann - triumf owiec
z reguły nie czytam bestsellerów (zasada milionów nieomylnych much jakoś do mnie nie przemawia), ale ten leżał sobie na półce siostry i sprawiał wrażenie że będzie odpowiedni na trzygodzinny skacowany powrót pociągiem z długiego weekendu. perspektywa owiec brzmi dobrze a komedia filozoficzna jeszcze lepiej. niestety musza zasada (oraz owczy pęd empikowych kupujących) zadziałała i w tym przypadku. książka wydała mi się przede wszystkim niespójna. z jednej strony są owce nieogarniające ludzkiej rzeczywistości i kierujące się swoją jakąś pokrętną logiką, co można jeszcze przyjąć, ale czasem ich myślenie jest zaskakująco ludzkie i przenikliwe a czasem zachowują się jak stado baranów (napisałabym tu coś o psychologicznych nieścisłościach, ale to owce są więc co u nich za psychologia, a poza tym pani autorka studiowała podobno psychologię więc co ja tam wiem :P). druga sprawa, czyli intryga kryminalna, bo mamy tu taką. ktoś biega po lesie i widowiskowo morduje sarny i prawdopodobnie przymierza się do owiec a może nawet ludzi. dużo tu skomplikowanych wątków, kilka postaci podejrzanych, jak w klasycznych kryminałach np pani christie, jednak rozwiązanie rozczarowało mnie bardzo. tak jakby pod koniec historii o odizolowanej przez burzę wyspie, na której popełniono morderstwo, nagle okazało się że zbrodnia jest dziełem osoby w ogóle wcześniej nie wspomnianej. żadnych motywów, możliwości tylko jakieś mętne niedopowiedzenia. może książka została napisana z perspektywy owiec, które interesują się jedynie trawą i ewentualnie siankiem i mają gdzieś związki przyczynowo-skutkowe, ale czytają ją ludzie. poza tym, wszechstronnie wykształcona autorka wrzuciła w książkę tyle nigdzie nie prowadzących i trochę bezsensownych aluzji, symboli i dziwnych sytuacji, że to aż męczy. a temat interesujący, wilk w owczej skórze, nieznane niebezpieczeństwo w ciemnym lesie, w tle były szpital psychiatryczny ale to wszystko jakoś osobno i bez związku ze sobą. możliwe, że z powodu ciężkiego stanu umysłowego w jakim znajdowałam się czytając, nie ogarnęłam tego, a może jestem zbyt ograniczona, ale książka miała być lekka łatwa i przyjemna. a co do przyjemności i komediowości, to nie rozumiem jak mają się one do panującej w książce atmosfery ciągłego, nie do końca sprecyzowanego zagrożenia. no chyba że kogoś bawią spanikowane owce biegające bez celu po lesie. mnie nie bardzo.
Etykiety:
kryminał,
mainstream:P,
o co chodzi,
przereklamowane
środa, 23 marca 2011
orhan pamuk - snow
nie było to proste ale w końcu przeczytałam do końca powieść noblową pana pamuka. trwało to baaardzo długo jak na mnie, szczególnie że książka towarzyszyła mi na wycieczce do warszawy (4,5 godziny w busie plus 6 godzin w pociągu) i krakowa (w sumie 6 godzin pociągowych) i muszę przyznać ze dawno nie spałam tak dobrze w komunikacji publicznej. brnęłam coraz dalej w zaśnieżone strony (około 500, chociaż objętość książek jest dla mnie raczej powodem do radości niż przerażenia) z nadzieją że może jednak, może już za chwilę, coś się w końcu wydarzy. nie wiem skąd to wrażenie nudy bo w książce wiele się dzieje - zasypane miasteczko na tureckim zadupiu, przejęte w drodze przewrotu wojskowego przez podstarzałego aktora z wygórowanymi ambicjami. poza rewolucją mamy samobójcze nastolatki w chustach, islamskich fanatyków i historię miłosną. tylko dlaczego to jest tak okroooopnieeee nuuuuuuudneeeeeee. może to przez sposób opisywania chwila po chwili wszystkiego co główny bohater (turecki poeta mieszkający w niemczech) robił przez cały czas, z kim rozmawiał i co sobie myślał. możliwe że skojarzyło mi się to z traumatycznymi przeżyciami podczas czytania ulissesa, którego przeczytałam, jestem z tego dumna ale nie chcę więcej tej książki an oczy oglądać. i nie wiem co bardziej mnie zmęczyło: nuda czy też bezsensowne (z mojego cynicznego punktu widzenia człowieka zachodu bez zasad) dywagacje drugoplanowych bohaterów. o tym że nie chcą być zachodni, że europa jest strasznie opresyjna kulturowo i że są dumnie ze swojej narodowości i tradycji (a zachód poza tym że wysyła w świat swoją telewizję internet i gazety pełne wszelkiego zła to ma to wszystko gdzieś) i te gadki o honorze narodu i jego bezczeszczeniu przez niemoralne nienoszenie chusty na włosach. strasznie to skrajne dla mnie i nie wiem czy do końca wschodnie, bo u nas również mamy stado obrońców moralności i prawdziwej polskości próbujących przyciąć wszystkich do własnej miary (niewielkiej :P).
główny bohater miota się między prozachodnimi wojskowymi rewolucjonistami pragnącymi uszczęśliwić i unowocześnić całe miasto siłą, a islamskimi tradycjonalistami, którzy również chcą to zrobić, czekają tylko na okazję. sam nie ma konkretnego zdania, jest wstrętnym europejskim relatywistą, zależy mu tylko na wyniesieniu własnego tyłka cało i na zdobyciu ukochanej, którą sobie wmówił. dookoła rewolucja, ludzie znikają, są torturowani w aresztach a on myśli tylko o tym jak pozbyć się ojca laski z domu, bo tylko pod takim warunkiem zgodziła się iść z nim do łóżka. no ręce opadają. ostatecznie wyjeżdża pierwszy pociągiem, bez laski, główny rewolucjonista i główny islamista umierają, a zasady i honor są naginane w służbie miłości. nie wiem o co panu autorowi chodziło ale tyle wyniosłam z tej cegły. może ktoś chce kupić, po angielsku, tanio sprzedam :P
główny bohater miota się między prozachodnimi wojskowymi rewolucjonistami pragnącymi uszczęśliwić i unowocześnić całe miasto siłą, a islamskimi tradycjonalistami, którzy również chcą to zrobić, czekają tylko na okazję. sam nie ma konkretnego zdania, jest wstrętnym europejskim relatywistą, zależy mu tylko na wyniesieniu własnego tyłka cało i na zdobyciu ukochanej, którą sobie wmówił. dookoła rewolucja, ludzie znikają, są torturowani w aresztach a on myśli tylko o tym jak pozbyć się ojca laski z domu, bo tylko pod takim warunkiem zgodziła się iść z nim do łóżka. no ręce opadają. ostatecznie wyjeżdża pierwszy pociągiem, bez laski, główny rewolucjonista i główny islamista umierają, a zasady i honor są naginane w służbie miłości. nie wiem o co panu autorowi chodziło ale tyle wyniosłam z tej cegły. może ktoś chce kupić, po angielsku, tanio sprzedam :P
Etykiety:
mainstream:P,
nobel,
nuuuuuda,
o co chodzi,
po angielsku,
przereklamowane
niedziela, 30 stycznia 2011
candance bushnell - seks w wielkim mieście
zwykle stronię od tzw.o singlowych laskach, które po wielu perypetiach znajdują tego jedynego, który buduje im dom na wsi, robi dziecko i kupuje psa a na koniec żyją długo i szczęśliwie. to jak z harlekinami, historia ta sama, zmieniają się tylko dekoracje. po seks w wielkim mieście zabrałam się, bo oglądałam serial (podobno) na jej podstawie i znalazłam go zabawnym, czego o literackim pierwowzorze powiedzieć nie mogę. nie jest on również pocieszajką, co jest chyba jego jedyną zaletą. chaotyczne historie o ludziach zajmujących się jedynie imprezowaniem i spaniem z innymi podobnymi ludźmi, bez puenty (nie chodzi mi o brak zabawnej puenty tylko jakiejkolwiek). bohaterowie się mieszają, nie złapałam kto jest kim, a ich problemy wydają mi się wymyślone. może to dlatego, że nie jestem bogatą młoda mieszkanką manhattanu polującą na męża a w międzyczasie pijącą, palącą i wciągającą oraz sypiającą z niewłaściwymi osobami. wszyscy opisani ludzie są niemili, odnoszą się pogardliwie do reszty świata i dziwą się że nikt ich nie lubi, są samotni i nie potrafią ułożyć sobie życia w jakikolwiek sposób. zmęczyła mnie ta książka zupełnie nie poprawiając humoru.
Etykiety:
mainstream:P,
niedobre,
o co chodzi,
przereklamowane,
stany
czwartek, 23 września 2010
fannie flagg - nie mogę się doczekać kiedy wreszcie pójdę do nieba
taka sobie lajtowa książeczka, po smażonych zielonych pomidorach spodziewałam się czegoś lepszego, może bardziej zabawnego i nie tak schematycznego, ale nie zaprzeczam że książka jest sympatyczna i pozytywna. trochę nachalnie pozytywna ale nic to.oto mamy główną bohaterkę starszą panią, która spada z drzewa i umiera. idzie do nieba które okazuje się być jej ulica sprzed 50 lat, a bogiem jest sąsiadka wraz z mężem. w czasie miłej niebiańskiej pogawędki na ziemi jest mniej przyjemnie, wszyscy smucą się śmiercią ciotki, sąsiadki i przyjaciółki. wspominają jaka była super i jak dzięki niej stali się lepszymi ludźmi. niespodziewanie okazuje się że starsza pani żyje. lekarze się pomylili albo nie wiadomo co się stało, w każdym razie powraca na świat doczesny, co jest pretekstem do przedstawienia podłych szpitalnych prawników i początku ich przemiany w sympatycznych ludzi. wszyscy są szczęśliwi, a ciocia umiera kilka lat później spokojnie w swoim łóżku.
morał jest taki że należy cieszyć się życiem i być miłym dla innych to wszystko będzie dobrze. uproszczone to bardzo i trochę takie amerykańskie dla mnie. tzn uważam że należy być miłym i cieszyć się małymi rzeczami bo nie ma wielu innych możliwości :P, ale złe rzeczy się zdarzają również miłym ludziom i pozytywne myślenie tego nie zmieni, a tekst ze cierpienie uszlachetnia i zbliża do boga to dla mnie jakaś bzdura.
no to pojechałam :P. czytało się dobrze i szybko tylko nie mogłam się w pełni cieszyć sympatycznym światem amerykańskiego południowego zadupia, bo denerwowało mnie przesłodzenie i uproszczenie. nie zrównoważyło go nawet przypadkowe zastrzelenie gwałciciela małych niepełnosprawnych dziewczynek (i późniejsze zakopanie go w ogródku) ani patologiczna rodzina jednej z sąsiadek (bo na emeryturze olała rodzinę, wyjechała na hawaje i dobrze się bawiła po raz pierwszy w życiu).
Etykiety:
mainstream:P,
przereklamowane,
stany,
takie sobie
wtorek, 13 lipca 2010
ernesto sabato - o bohaterach i grobach
zapowiadało się ciekawie. grubość i iberoamerykańskość książki świadczyły na jej korzyść niestety nieco się zawiodłam. a raczej bardzo. buenos aires fajna sprawa, opisy miasta i ogólnie argentyny i ludzi co ją zamieszkują również (szczególnie podobali mi się komuniści i terroryści). niestety to tylko tło dla historii głównych bohaterów którzy są delikatnie mówiąc beznadziejni. więc mamy nienormalną aleksandrę co ma straszne jazdy w głowie (nie dowiadujemy się dlaczego) puszcza się na prawo i lewo, zabija swego ojca i rozkochuje w sobie młodego nieświadomego chłopca, wspomnianego chłopca który przez większe pół (:P) książki jęczy bo laska którą kocha jest niezrozumiała i nie chce iść z nim znów do łóżka, fernanda czyli ojca aleksandry który znów ma obsesję i paranoję na punkcie ślepców i uważa że oni rządzą światem jako wysłannicy szatana (hehe) a na dodatek jest chamem jakich mało i obrzydliwym typem. jest jeszcze bruno - kumpel aleksandry najnormalniejszy z całego towarzystwa i w zasadzie część której jest narratorem (książka podzielona jest na trzy) najbardziej do mnie przemówiła pomimo rozwlekłych dygresji rozpełzających się na wszystkie strony.podobała mi się też historia nienormalnej rodziny aleksandry a szczególnie ciotka wariatka która przez 80 lat nie wychodziła z pokoju w którym mieszkała z głową swego ojca. i to tyle.
Etykiety:
iberoamerykańskie,
niewesołe,
przereklamowane,
takie sobie
czwartek, 10 czerwca 2010
jd salinger - buszujący w zbożu
tyle się nasłuchałam i naczytałam o tej książce. że kultowa, że otwiera oczy i kontrowersyjna. niestety muszę przyznać że bardzo się zawiodłam. niby jest bunt przeciwko obłudnemu społeczeństwu i burżuazyjnemu stylowi życia, ale główny bohater, ten wielki buntownik, jest rozpieszczonym gówniarzem z bogatej rodziny, który rzuca kolejne szkoły bo mu się nie podobają i narzeka narzeka narzeka. nic konstruktywnego tylko upierdliwe jęczenie jaki ten świat jest beznadziejny. to już wiem sama :P. może jakbym przeczytała tą książkę hmm pod koniec podstawówki to bardziej by do mnie trafiła. rzeczy które sprawiały że książka byłą kontrowersyjna w latach 50 czyli luźny stosunek do seksualności, odrzucanie wartości rodzinnych (nie powiem że moralnych bo bohater jest bardzo moralny - nienawidzi społecznej sztuczności) oraz przekleństwa, które to rzeczy sprawiły że książka stała się głośna, dziś już spowszedniały. a jeśli chodzi o język to strasznie mnie męczył z powodu strasznej arogancji holdena i jego okropnego poczucia wyższości. aż ma się ochotę rąbnąć gówniarza w mordę :P. szczególnie że jego problemy są strasznie płaskie: że laski są głupie i dają się obmacywać, że kolesie myślą tylko o tym żeby zaliczyć laskę i się tym chwalić, że pseudointelektualiści nie znają się na sztuce, że mu alkoholu nie chcą sprzedać bo za młody... ehh same bzdury. jedyną pozytywną rzeczą w książce jest siostra holdena - phoebe. jest słodka inteligentna i dużo bardziej życiowa od swojego zbuntowanego brata. ma tylko 10 lat i właściwe podejście do życia - ma wszystko gdzieś i robi co chce :).ale się uniosłam i rozpisałam. ale to dlatego że ludzie się podniecają tą książką a wg mnie naprawdę nie ma czym. o wiele lepsze jest wyżej podnieście strop cieśle. seymour: wstęp o czym już pisałam.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)








