Pokazywanie postów oznaczonych etykietą po angielsku. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą po angielsku. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 19 lipca 2012

terry pratchett - the last continent

pratchett po angielsku to zawsze lekki hardkor dla mnie ale masochistycznie brnę w kolejne części. standardowo trudno mi było ogarnąć wszystkie zabawne sytuacje szczególnie że bohaterami są magowie nie dość że normalnie żyjący w swoim własnym świecie, to dodatkowo uwięzieni na wyspie w czasach prehistorycznych z eksperymentującym z ewolucją bogiem. tymczasem (a jednocześnie 10 tysięcy lat później) rincewind próbuje uciec przed ratowaniem ostatniego w kolejności stwarzania kontynentu (dziwnie przypominającego australię). niestety uratowanie zostało przepowiedziane małe więc ma szanse biedaczek choć w uciekaniu jest mistrzem. zabawni są sami pracownicy (?) niewidocznego uniwersytetu, a jeszcze zmuszeni do obcowania z przedstawicielką płci przeciwnej powalają na kolana. przyprawione to wszystko australijskimi żarcikami (dziwny akcent idiomy z kosmosu mętne piwo i kangury) z których połowy prawdopodobnie nie pojęłam. mimo to bawiłam się wybornie.
a gdyby komuś baaardzo zależało na dogłębnym zrozumieniu i przeanalizowaniu książki (i nie tylko tej) to patrzcie co znalazłam :)

wtorek, 13 marca 2012

the year's best science fiction no 8

oto powód mojego ponad miesięcznego milczenia (razem z choroba która bardziej sprzyjała wgapianiu się w monitor niż składaniu literek). 25 opowiadań scifi po angielsku. niektóre króciutkie inne to takie jakby minipowieści w każdym razie ponad 600 stron w obcym języku. jak to z antologiami nie wszystko mi się podobało ale niektóre opowiadania uważam za godne uwagi. między innymi to o niedźwiedziach które odkryły ogień terrego bissona - dość niestandardowe jak na tą tematykę, czy o budowie wieży babel dosłownie sięgającej nieba (autor ted chiang), interesujące podejście do kosmitów kokainiarzy pana kessela i opowiadanie o wirusie likwidującym agresję u ludzi pani kress. zabawne też jest czytać o czasach współczesnych widzianych z perspektywy początku lat 90 (tak tak to przerażające ale to już 20 lat minęło). a gdyby ktoś chciał się przekonać to oddaję książkę tu

środa, 18 maja 2011

alexander mccall smith - a world according to bertie

sympatyczna obyczajowa książka o edynburczykach. tytułowym bohaterem jest sześcioletni bertie, zdolny chłopiec, maltretowany przez matkę zajęciami jogi, psychoterapią i innymi rozwijającymi aktywnościami. poza nim pełnoprawnymi bohaterami są jego sąsiedzi i ich znajomi, całe stado ludzi, prawdę mówiąc trudno było mi się skupić na nich wszystkich, szczególnie że niektóre wątki zaczynały się i jakby umykały panu autorowi. tak czy inaczej bertie ma problemy z matką, jego sąsiadka z góry z sąsiadką z naprzeciwka, która zwinęła jej filiżankę i wdała się w romans z polskim budowlańcem, który po angielsku zna jedno słowo - brick. ich znajomy malarz próbuje wyciągnąć z aresztu (? nie jestem pewna o jaki system przetrzymywania chodzi, czytałam po angielsku) swojego psa niesłusznie oskarżonego o pogryzienie. bezbarwny właściciel galerii w sztruksach koloru truskawki nie jest pewien sensowności swojego związku, spotyka miłość swojego życia, a facet jego byłej dziewczyny z przerośniętym ego zostaje wpakowany w małżeństwo (za porszaka). wszystko się przeplata, bo edynburg to małe miasto, a jakie ładne :). ostatecznie problemy się rozwiązują albo i nie i trzeba to zaakceptować i być miłym dla swoich sąsiadów.
całkiem przyjemna książka, denerwowały mnie tylko próby opisania świata oczami bertiego, który mimo że jest bardzo inteligentny to jednak pozostaje sześciolatkiem i jest nieco ograniczony. miało to być zabawne, mnie to nie bawi :P. wolę serię o pani detektyw z zimbabwe.

środa, 23 marca 2011

orhan pamuk - snow

nie było to proste ale w końcu przeczytałam do końca powieść noblową pana pamuka. trwało to baaardzo długo jak na mnie, szczególnie że książka towarzyszyła mi na wycieczce do warszawy (4,5 godziny w busie plus 6 godzin w pociągu) i krakowa (w sumie 6 godzin pociągowych) i muszę przyznać ze dawno nie spałam tak dobrze w komunikacji publicznej. brnęłam coraz dalej w zaśnieżone strony (około 500, chociaż objętość książek jest dla mnie raczej powodem do radości niż przerażenia) z nadzieją że może jednak, może już za chwilę, coś się w końcu wydarzy. nie wiem skąd to wrażenie nudy bo w książce wiele się dzieje - zasypane miasteczko na tureckim zadupiu, przejęte w drodze przewrotu wojskowego przez podstarzałego aktora z wygórowanymi ambicjami. poza rewolucją mamy samobójcze nastolatki w chustach, islamskich fanatyków i historię miłosną. tylko dlaczego to jest tak okroooopnieeee nuuuuuuudneeeeeee. może to przez sposób opisywania chwila po chwili wszystkiego co główny bohater (turecki poeta mieszkający w niemczech) robił przez cały czas, z kim rozmawiał i co sobie myślał. możliwe że skojarzyło mi się to z traumatycznymi przeżyciami podczas czytania ulissesa, którego przeczytałam, jestem z tego dumna ale nie chcę więcej tej książki an oczy oglądać. i nie wiem co bardziej mnie zmęczyło: nuda czy też bezsensowne (z mojego cynicznego punktu widzenia człowieka zachodu bez zasad) dywagacje drugoplanowych bohaterów. o tym że nie chcą być zachodni, że europa jest strasznie opresyjna kulturowo i że są dumnie ze swojej narodowości i tradycji (a zachód poza tym że wysyła w świat swoją telewizję internet i gazety pełne wszelkiego zła to ma to wszystko gdzieś) i te gadki o honorze narodu i jego bezczeszczeniu przez niemoralne nienoszenie chusty na włosach. strasznie to skrajne dla mnie i nie wiem czy do końca wschodnie, bo u nas również mamy stado obrońców moralności i prawdziwej polskości próbujących przyciąć wszystkich do własnej miary (niewielkiej :P).
główny bohater miota się między prozachodnimi wojskowymi rewolucjonistami pragnącymi uszczęśliwić i unowocześnić całe miasto siłą, a islamskimi tradycjonalistami, którzy również chcą to zrobić, czekają tylko na okazję. sam nie ma konkretnego zdania, jest wstrętnym europejskim relatywistą, zależy mu tylko na wyniesieniu własnego tyłka cało i na zdobyciu ukochanej, którą sobie wmówił. dookoła rewolucja, ludzie znikają, są torturowani w aresztach a on myśli tylko o tym jak pozbyć się ojca laski z domu, bo tylko pod takim warunkiem zgodziła się iść z nim do łóżka. no ręce opadają. ostatecznie wyjeżdża pierwszy pociągiem, bez laski, główny rewolucjonista i główny islamista umierają, a zasady i honor są naginane w służbie miłości. nie wiem o co panu autorowi chodziło ale tyle wyniosłam z tej cegły. może ktoś chce kupić, po angielsku, tanio sprzedam :P

poniedziałek, 6 grudnia 2010

chuck palahniuk - pygmy

uwielbiam mój szmateks, bo właśnie tam dopadłam ta książkę za całe 4 złote :D.
książka opowiada o trzynastoletnim uczniu z dziwnego komunistyczno-totalitarnego kraju, przybywającym wraz z grupą innych mu podobnych, na wymianę do stanów. są oni jednocześnie agentami przygotowującymi operację havoc, mającą na celu zniszczenie zgniłej zachodniej cywilizacji. bohater z racji swojego niewielkiego wzrostu otrzymuje ksywkę pygmy. książka napisana jest w postaci raportów pygmiego z operacyjnych czynności, mających przybliżyć go do zakończenia z sukcesem swojej misji, zawierających bardzo zabawne i w niektórych momentach obrzydliwe opisy amerykańskiej rzeczywistości, widzianej pod dziwnym kątem przez chłopca, który od czwartego roku życia miał mózg prany w szkole dla agentów. jest gruby ojciec rodziny pracujący w jakimś tajnym naukowym laboratorium, ptakopodobna matka uzależniona od swego wibratora i urządzająca sympatyczne sesje z nim i swymi przyjaciółkami, ich napakowany bezmyślny synek oraz tajemnicza siostra. to właśnie ona jest zagrożeniem dla pygmowej misji, ponieważ coraz bardziej go do niej ciągnie. druga część raportów opisuje treningi i szkolenie odbywane przez pygmego w "domu", gdzie został wybrany na specjalnego agenta dzięki niezwykłej inteligencji, przez co wmówiono mu że jego rodzice zginęli w ataku terrorystycznym przygotowanym przez amerykanów i wszechstronnie przeszkolono, a przy okazji wyprano głowę. podczas przygotowań do operacji havoc, pygmy próbuje dostać się na wycieczkę do waszyngtonu, poprzez wygranie konkursu na uczniowski projekt naukowy. w międzyczasie uczestniczy w rytuale godowym przy muzyce zachęcającej do przedwczesnego losowego rozmnażania płciowego (szkolnej zabawie :P), wraz z towarzyszami agentami dystansują wszystkich w konkursie literowania oraz zostaje bohaterem podczas masakry urządzonej w szkole przez jednego z uczniów. pygmy używa trudnego dla mnie angielskiego, nie do końca radzi sobie z gramatyką i stosuje dziwne opisy zwykłych dla mnie, człowieka już trochę zachodnio nadpleśniałego, a zaskakujących dla niego sytuacji. mimo to złapałam nieco żartów, chociaż zapewne nie wszystkie.
żarty żartami, ale książka porusza dość poważne tematy przerośniętego konsumpcjonizmu, braku komunikacji i innych problemów zaganianej i bezrefleksyjnej zachodniej kultury (o ile mogę użyć tego słowa) dającej człowiekowi wolność wyboru, ale on gubi się łatwo w tych wszystkich możliwościach. z drugiej strony opisuje państwo totalitarne, które chroni swoich obywateli przed rozterkami decyzyjnymi, wybierając dla nich najlepszą drogę stosując wszechstronne testy dla dzieci w wieku czterech lat, i nie pozwala mu z niej zejść. oczywiście wszystko to przerysowane, groteskowe i śmieszne, jednak każe myśleć. myśleć myśleć :)
a z nieco innej beczki miałam bardzo miłą niespodziankę mikołajkową, ponieważ Sheila wylosowała mnie w swoim konkursie i otrzymałam już od niej opowiadania pana lovecrafta zew cthulu :D, za którą jeszcze raz dziękuję. już niedługo notka o mackach :)

poniedziałek, 8 listopada 2010

mary shelley - frankenstein

czyli "twoja ambicja zabija ciebie" i nie tylko.
klasyka powieści gotyckiej, bardziej smutna niż straszna. historię zna chyba każdy - młody geniusz tworzy człowieka z niczego, niestety jest mało odporny psychicznie i prowadzi to do jego załamania nerwowego, a stworzenie ucieka z laboratorium i błąka się po świecie. no i właśnie. więcej tu opisów świata oczami potwora niż przerażających scen z laboratorium, morderstwa (bo te też się zdarzają) też nie zajmują dużo miejsca. stworzenie powoli uczy się świata dookoła siebie, obserwuje ludzi i dzięki temu ogarnia stosunki społeczne, uczucia a nawet uczy się języka (zdolna bestia ;p). czuje się samotnie, próbuje więc zaprzyjaźnić się z ludźmi, ci niestety traktują go jak potwora, bo jest brzydki, mimo że ma dobre zamiary i wysławia się inteligentnie. jest też wrażliwy, chce dobrze a dostaje kamienie i widły, więc obwinia swojego stwórcę za bezsensowne stworzenie, stresuje się, czego skutkiem jest zabójstwo małego brata Frankensteina a później kolejne zbrodnie. mimo to bardziej współczuję biednemu stworzeniu, niż głupiemu geniuszowi, który nie bierze odpowiedzialności za swoje dzieło, nie chce nawet z nim rozmawiać i uważa go za diabła. zrobił go brzydkim i obwinia go za ohydę. noo bez przesady. na dodatek nie myśli, doprowadzając do śmierci swojej ukochanej (fakt, potwór ją zabija, ale można było temu zapobiec), a wcześniej do skazania niewinnej dziewczyny na śmierć, w obawie przed oskarżeniem o śmieszność i niesprawność umysłową. to egoista zapatrzony w siebie, rozpaczający nad swoim grzechem, ale nie robiący nic żeby się poprawić czy nawet zapobiec katastrofie, która nadchodzi machając.
ehh smutne to bardzo, ale czytałam po angielsku, nie zrozumiałam wszystkich zastosowanych przymiotników, ale poznałam kilka nowych słów, które autorka powtarzała maniakalnie, np alas! bardzo praktyczny wykrzyknik w horrorze :P.

czwartek, 16 września 2010

mark haddon - a spot of bother

na okładce piszą ze zabawne i poruszające jednocześnie. może i tak, jeśli kogoś bawi np. bójka na weselu wywołana przez ojca panny młodej na valium i szampanie, albo upierdliwe dziecko ze swoimi komentarzami w skomplikowanych rodzinnych sytuacjach. może i poruszające, ale mnie jakoś nie rusza męcząca rodzina angoli z problemami w większości wymyślonymi: ojciec hipochondryk, któremu wydaje się że ma raka i świra jednocześnie, uświadamia sobie własną śmiertelność (jeszcze jego mogę zrozumieć - sama miewam paranoje) i matka romansująca z kumplem swojego męża nie może się zdecydować. córka ma wychodzić za mąż. albo nie. albo tak. hmm rodzina myśli że to nieodpowiedni kandydat. w sumie mało mamy wspólnego. ale chyba go kocham. albo nie. albo tak. poza tym ma dom kasę i super dogaduje się z moim dzieckiem. no i jeszcze synek gej który nie chce się statkować. ale może jednak chce. sam nie wie, niby kocha swojego faceta ale ciężkie to wszystko.
rozumiem że związki są skomplikowane a rodzina to ludzie którzy muszą ze sobą jakoś żyć mimo wszystkiego co sobie powiedzieli i co sobie zrobili i książka bardzo ładnie pokazuje jak można się dogadać (aż za ładnie bo od happy endu niedobrze mi się zrobiło). ale bohaterowie mnie zmęczyli, byli płascy i nieogarnięci. na dodatek styl pana haddona mi nie bardzo podszedł. krótkie zdania i mnóstwo szczegółowych opisów kto co zrobił w stylu: wzięła kubek ze zmywarki, przetarła go i nalała sobie kawy. może ma to na celu hmmm uplastycznić sytuację (?) ale kogo to tak naprawdę obchodzi. tzn mnie na pewno nie :P.
pan haddon pisze głównie książki dla dzieci (chyba 5 latków :P) i nie przestawił się na pisanie dla dorosłych. a przynajmniej nie dla mnie (nie żebym nie lubiła książek dla dzieci, wprost przeciwnie, ale lubię też długie zdania). no i ci bohaterowie idioci. ehh książka zdecydowanie nie dla mnie, może na podaju komuś podejdzie.

wtorek, 31 sierpnia 2010

john pearson - the life of ian fleming

biografia twórcy jamesa bonda :D. znalazłam ją w szmateksie - to ostatnio moje ulubione źródło książek. na początku wydawała mi się nieco nudna (trzeba wziąć pod uwagę że jest po angielsku, z roku 1966 i napisana poważniej niż inne rzeczy które w tym języku czytałam - te przymiotniki :P), szczególnie gdy autor wgłębiał się w problemy młodego iana i wchodził trochę w psychoanalizę. ale przebrnęłam przez tą część jak i bohater przebrnął przez trudne i niezdecydowane dorastanie, problemy w szkole, rezygnacja ze szkoły wojskowej (tragedia dla kogoś z dobrego szlacheckiego domu, kto ma ojca martwego bohatera I wojny światowej i prawie genialnego starszego brata) i wyszedł w końcu na ludzi. najpierw pracował w city zajmując się kluczowymi klientami towarzystwa inwestycyjnego, tzn zabierał ich na obiad i robił dobre wrażenie. jednocześnie prowadził miłe życie pełne dobrego żarcia i licznych lasek. miał też epizod dziennikarski w rosji (a raczej zsrr), a później przed II wojną światową, również tam, taki jakby trochę szpiegowski, ale bardzo delikatny. żadnego strzelania czy niebezpieczeństw, bardziej rola obserwacyjna. później, tuż przed wybuchem wojny, wkręcił się do wywiadu marynarki wojennej i zarządzał agentami oraz wymyślał niekonwencjonalne rozwiązania problemów, bo zawsze miał skłonności do fantazji. brał udział w nieudanym przekonywaniu szefa marynarki francuskiej do oddania okrętów pod angielskie dowództwo, żeby nie wpadły w niemieckie ręce (wczoraj się dowiedziałam, że skutkiem był atak anglików na francuskie jednostki), udanej ewakuacji anglików z francuskiego wybrzeża i pomagał w stworzeniu amerykańskiej agencji wywiadowczej, bo stany przed wojną nie miały jednej tylko całe stado małych, które raczej konkurowały ze sobą niż współpracowały. zorganizował też szpiegowskie komando, którego zadaniem było poruszać się z frontem i przejmować wszystkie tajne papiery opuszczone i niezniszczone przez wroga. po wojnie życie mu się wyluzowało, bo został dziennikarzem odpowiedzialnym za korespondentów zagranicznych, ale wojenne doświadczenia pomogły mu bardzo w stworzeniu jamesa bonda, o którym zaczął pisać (casino royale) w latach 50 niedługo przed swoim ślubem. był już dobrze po czterdziestce i używał życia a jego przyszła żona Anna była zamężna po raz drugi z jakimś arystokratą. na początku spotykali się co jakiś czas to w anglii to w jamajskiej posiadłości fleminga - goldeneye (brzmi znajomo?) aż w końcu udało jej się uzyskać rozwód (skandal!) i wzięli ślub. przedmałżeńskie lęki iana skanalizowane zostały w bondzie - luzaku, który robi co chce (oczywiście w ramach służby krajowi i królowej) i traktuje laski jak zabawki (całkiem dobre wykorzystanie ich). później co roku pisze jedną książkę o bondzie. zajmuje mu to dwa miesiące wakacji spędzanych na jamajce. w resztę roku musi pracować, bo bond stał się bestsellerowy dopiero po pojawieniu się flemingowego nazwiska w gazetach w związku z wynajęciem goldeneye brytyjskiemu premierowi. dzięki temu bond staje się sławny, książki się sprzedają, filmy się robią, niestety fleming umiera w 64 roku ze zużycia.
jak na razie bond ma się dobrze (no może nie licząc kilku filmów ze starym rogerem moorem i starym żółwiem brosnanem :P) mimo że odsuwają premierę kolejnego.

wtorek, 11 maja 2010

ernesto che guevara - the motorcycle diares

czytałam po angielsku i było ciężko nie powiem. che miał skłonność do zdań wielokrotnie złożonych (hmm muszę przyznać że mam podobnie) i stosowania dziwnych przymiotników więc zdarzyły mi się fragmenty nie do końca zrozumiałe. tzn. sens wszystkiego pojęłam, problem ze słówkami. ale mimo wszystko bardzo mi się podobało, książka jest ciekawa, bo ernesto z kumplem postanowili pojechać z argentyńskiej cordoby do caracas w wenezueli. motocyklem przez chile, peru, zahaczając o brazylię i kolumbię. motocykl zepsuł im się gdzieś w chilijskich andach resztę drogi przebyli więc trochę piechota trochę stopem a pod koniec tratwą oraz samolotami. nie mieli za dużo kasy więc sępili jedzenie i spanie od napotkanych ludzi, wciskali się do szpitali (jako studenci medycyny) i na posterunki policji. zwiedzali muzea i kolonie dla trędowatych a także kopalnię miedzi gdzieś na pustyni w chile. wszystko to che opisuje dość ironicznym językiem jednocześnie zwracając uwagę na problemy społeczne spotykane w poszczególnych krajach, temat ten jednak nie dominuje w książce, bo ernesto nie był jeszcze wtedy komunistycznym rewolucjonistą tylko studenciakiem chcącym za niewielką kasę zobaczyć trochę świata i przeżyć kawałek przygody :). pisał głównie o próbach łapania stopa i zdobywania jedzenia, opisywał miasta przez które przejeżdżali, napotkane zabytki i zwiedzane szpitale. przy okazji pisał też o marnej sytuację górników chilijskich pracujących za śmieszne pieniądze w beznadziejnych warunkach i o praktycznie nie istniejącej służbie zdrowia w peru, ale są to wątki poboczne. wydaje mi się jednak że podróż ta miała duży wpływ na niego bo później zamiast zostać lekarzem pojechał z fidelem na kubę.
było już przez afrykę, che pisał o ameryce południowej, brakuje mi tylko azji (w wysokich obcasach był artykuł o pani halinie bujakowskiej która w latach 30 jechała z mężem motocyklem z polski do szanghaju, pisała dzienniki, niestety nie wydane) i ameryki północnej. szukam :)

niedziela, 7 marca 2010

alexander mccall smith - morality for beautiful girls, tears of the giraffe

trzecia i druga część serii o kobiecej agencji detektywistycznej nr. 1 prowadzonej przez Mmę Ramotswe czyli panią dobrze po trzydziestce mieszkającą w stolicy Botswany. książkę czytałam już kiedyś ale tym razem dopadłam na szmatach egzemplarze po angielsku (2 zł każdy :D) i nie mogłam ich tam zostawić.
w morality for beautiful girls agencja detektywistyczna zajmuje się dwiema sprawami: podejrzeniem trucia w rodzinie wysoko postawionego człowieka z rządu (mma ramotswe jedzie w teren) oraz wybór odpowiedniej dziewczyny która powinna otrzymać tytuł Miss Beauty and Integrity, i w przyszłości może reprezentować kraj jako dobra obywatelka Botswany. dodatkowo pojawia się problem depresji narzeczonego głównej bohaterki, prowadzącego warsztat samochodowy. panie detektywki (?) zajmują się wszystkim, reorganizując warsztat i rozwiązując problemy. dużo rozmyślają na temat moralności, głównie tytułowych pięknych dziewcząt, które zwykle chciałyby się w życiu tylko bawić, często nawet nieświadomie robiąc krzywdę innym ludziom. z drugiej strony jest o facetach leniwych, egoistycznych i ogólnie beznadziejnych, których jednak nikt nie potępia. wiadomo jak to działa niestety.
łzy żyrafy to część druga cyklu (oczywiście przeczytałam w złej kolejności). główna bohaterka rozwiązuje sprawę zaginionego przed dziesięciu laty amerykańskiego chłopca a jej narzeczony adoptuje dwójkę dzieci z sierocińca nic jej o tym nie wspominając. mma Makutsi zostaje asystentką detektywa i dostaje własną sprawę niewiernej żony właściciela rzeźni.
są to bardzo pozytywne książki (nawet ich okładki przyczyniają się do tego), w sam raz na późnozimową depresję. wciągają do świata sympatycznych (w większości) ludzi w miłym kraju pod gorącym afrykańskim słońcem. i nie są przesłodzonymi czytadłami a mimo to po ich przeczytaniu nawet ja (cynicznie i nihilistycznie nastawiona do świata, szczególnie teraz gdy beznadziejnie czekam na wiosnę) mam ochotę uśmiechać się do obcych ludzi (oczywiście szybko mi przechodzi :P). cykl o kobiecej agencji detektywistycznej ma na razie 11 części i na pewno będę na nie polować :D.