Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nobel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nobel. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 27 września 2021

władysław reymont - chłopi

 

zabrałam się za chłopów po obejrzeniu trailera filmu częściowo animowanego, bardzo był fascynujący a ja ignorantka w tym temacie - jakieś fragmenty wciskane z niechęcią w liceum.  a jest to więcej niż klasyka, książka noblowska, a to nie byle co. trochę szkoda że jest lekturą (czy nadal jest? mam przeterminowane informacje) i przymus odziera ją z uroku. a wydaje mi się że jest ważna książka w kraju gdzie większość obywateli ma chłopskie korzenie, a przodków wyobraża sobie raczej jako wyższe warstwy społeczeństwa. to sienkiewicz jest narodowym pisarzem, każdy chętnie identyfikuje się z mieszkańcami dworków i pałaców, jednak prawda leży pod strzechami.

reymont opisuje polską wieś,  ciężko stwierdzić ile z tego to jego wyobrażenia i nakładki, bo przecież nie był chłopem. wizja wsi jest dość ponura, ludzie są biedni i walczą o przetrwanie. nic nie liczy się w obliczu wizji głodu przednówkowego, wysyła się starych członków rodziny zimą na żebry bo może braknąć dla nich jedzenia a nie są już niezbędni. rodzice ze swojej strony nie chcą przepisywać majątku na dzieci w obawie przed eksmisją. jednocześnie ludzie muszą żyć w gromadzie bo sami nie dadzą sobie rady w świecie bezlitosnym. nie jest to przyjemne miejsce do życia, każdy kto odstaje może zostać wygnany i musi radzić sobie sam. dość toksyczna sytuacja.

w tej dżungli walczących o przetrwanie dostajemy trójkąt, a w zasadzie czworokąt miłosny, jak w dobrej telenoweli. najpiękniejsza dziewczyna we wsi, zakochana z wzajemnością w chłopaku, który ma już żonę i dziecko, wydaje się, zachęcona przez matkę, za ojca swojego ukochanego. jest to najbogatszy we wsi gospodarz, wdowiec nie najmłodszy już ale najlepsza partia w okolicy. zakochał się na starość, zamiast dzieciom zostawić majątek, kupuje pierdoły swojej młodej narzeczonej. konflikt na każdym froncie.

jest też spór z dworem, bitw o las, kłótnie międzysąsiedzkie. ogólnie dużo się dzieje, można by z tego zrobić trzymający w napięciu serial.

całe to kłębowisko zanurzone jest w przyrodzie której opisy są malarskie i pełne rozmachu (przez reymonta zaczęłam się gapić w niebo). dzięki pięknu świata przyrody da się przetrwać w ludzkim bagnie. jeśli oczywiście ma się co jeść.

ogólnie polecam, prozę się nie bać lektury szkolnej, nie wszystkie są beznadziejne (teraz chyba coraz mniej sensownych).

środa, 23 marca 2011

orhan pamuk - snow

nie było to proste ale w końcu przeczytałam do końca powieść noblową pana pamuka. trwało to baaardzo długo jak na mnie, szczególnie że książka towarzyszyła mi na wycieczce do warszawy (4,5 godziny w busie plus 6 godzin w pociągu) i krakowa (w sumie 6 godzin pociągowych) i muszę przyznać ze dawno nie spałam tak dobrze w komunikacji publicznej. brnęłam coraz dalej w zaśnieżone strony (około 500, chociaż objętość książek jest dla mnie raczej powodem do radości niż przerażenia) z nadzieją że może jednak, może już za chwilę, coś się w końcu wydarzy. nie wiem skąd to wrażenie nudy bo w książce wiele się dzieje - zasypane miasteczko na tureckim zadupiu, przejęte w drodze przewrotu wojskowego przez podstarzałego aktora z wygórowanymi ambicjami. poza rewolucją mamy samobójcze nastolatki w chustach, islamskich fanatyków i historię miłosną. tylko dlaczego to jest tak okroooopnieeee nuuuuuuudneeeeeee. może to przez sposób opisywania chwila po chwili wszystkiego co główny bohater (turecki poeta mieszkający w niemczech) robił przez cały czas, z kim rozmawiał i co sobie myślał. możliwe że skojarzyło mi się to z traumatycznymi przeżyciami podczas czytania ulissesa, którego przeczytałam, jestem z tego dumna ale nie chcę więcej tej książki an oczy oglądać. i nie wiem co bardziej mnie zmęczyło: nuda czy też bezsensowne (z mojego cynicznego punktu widzenia człowieka zachodu bez zasad) dywagacje drugoplanowych bohaterów. o tym że nie chcą być zachodni, że europa jest strasznie opresyjna kulturowo i że są dumnie ze swojej narodowości i tradycji (a zachód poza tym że wysyła w świat swoją telewizję internet i gazety pełne wszelkiego zła to ma to wszystko gdzieś) i te gadki o honorze narodu i jego bezczeszczeniu przez niemoralne nienoszenie chusty na włosach. strasznie to skrajne dla mnie i nie wiem czy do końca wschodnie, bo u nas również mamy stado obrońców moralności i prawdziwej polskości próbujących przyciąć wszystkich do własnej miary (niewielkiej :P).
główny bohater miota się między prozachodnimi wojskowymi rewolucjonistami pragnącymi uszczęśliwić i unowocześnić całe miasto siłą, a islamskimi tradycjonalistami, którzy również chcą to zrobić, czekają tylko na okazję. sam nie ma konkretnego zdania, jest wstrętnym europejskim relatywistą, zależy mu tylko na wyniesieniu własnego tyłka cało i na zdobyciu ukochanej, którą sobie wmówił. dookoła rewolucja, ludzie znikają, są torturowani w aresztach a on myśli tylko o tym jak pozbyć się ojca laski z domu, bo tylko pod takim warunkiem zgodziła się iść z nim do łóżka. no ręce opadają. ostatecznie wyjeżdża pierwszy pociągiem, bez laski, główny rewolucjonista i główny islamista umierają, a zasady i honor są naginane w służbie miłości. nie wiem o co panu autorowi chodziło ale tyle wyniosłam z tej cegły. może ktoś chce kupić, po angielsku, tanio sprzedam :P

czwartek, 14 października 2010

sinclair lewis - elmer gantry

bardzo gruba książka i dość długo ją czytałam (i targałam w torbie tam i z powrotem). na początku jest zabawnie, przełom XIX i XX wieku, tytułowy elmer gantry z paryża (w stanie kansas) uczy się w szkole dla baptystycznych duchownych, jednak sami nie wie do końca czy chce zostać kaznodzieją, czy może handlowcem albo prawnikiem, bo w tych zawodach nikt nie oburza się jeśli człowiek trochę pije czy podrywa laski, a to elmer bardzo lubił. jednak odkrywa w sobie charyzmę i zdolność porywania tłumów, a na dodatek doznaje pewnego rodzaju nawrócenia no i uświadamia sobie że pastorowanie jest dość opłacalne, więc mimo tego że widzi pewnego rodzaju obłudę i brak zaangażowania w niektórych swoich nauczycielach, zostaje księdzem. mówimy tu o protestanckich duchownych, którzy mogą się żenić i są bardziej jak zwykli ludzie w porównaniu do księży katolickich, powinni jednak zachowywać się przyzwoicie (nie pić, nie palić, nie bałamucić kobiet zbyt otwarcie i nie głosić wywrotowych liberalnych haseł). elmer zaczyna w bardzo małej wiosce na totalnym zadupiu, ale ma ambitne plany. jednak już na samym początku ma problemy z kobietą, bo chciał się trochę zabawić, a ona nie chciała się odczepić. na szczęście udało się zażegnać kryzys i drzwi do kariery duchownego otworzyły się. elmer ma wielkie ambicje, interesuje go wysokie stanowisko w rodzaju biskupa, musi się więc napracować. jest pastorem w kościołach, wędrownym, prawie cyrkowym kaznodzieją a w końcu zostaje metodystą, bo u nich drabina kariery wydaje się łatwiejsza. po drodze niszczy ludzi, którzy stają mu na drodze, nie widząc w tym nic złego, i popada w coraz większą obłudę, aż ostatecznie dochodzi do momentu, w którym ma szansę na całkowita odnowę ameryki (moralną oczywiście) poprzez tępienie alkoholizmu, nieobyczajnego zachowania i ubierania się oraz bezsensownego i bluźnierczego przede wszystkim otwierania kin w niedzielę i jeżdżenia w ten dzień automobilami. przy okazji dostajemy opis duchownego środowiska, gdzie można spotkać obłudników, głupców oraz uczciwych ludzi pełnych wątpliwości, czy służenie ludziom w tej niezbyt świętej organizacji ma sens. do tego wszystkiego książka jest zabawna, oprócz kilku momentów kiedy jest przerażająca lub obrzydliwa (bo elmer to straszny dupek i cham).
pan lewis podobno w podobnym tonie opisywał również inne środowiska stanów zjednoczonych (jeszcze nie czytałam, ale mam zamiar) i dostał za to nobla, mimo że w domu był krytykowany za przedstawianie amerykańskiego społeczeństwa w niekorzystnym świetle :P.
oddam tutaj :)

wtorek, 25 maja 2010

john steinbeck - pastwiska niebieskie

zbiór opowiadań o mieszkańcach pewnego kalifornijskiego miasteczka a raczej wioski - pastwisk niebieskich właśnie - położonych w pięknej dolinie. każde opowiadanie mówi o kimś innym ale w tle pojawiają się bohaterowie innych fragmentów (podobnie jak w opowiadaniach pani montgomery o avonlea). mimo że historie są raczej mało wesołe (panu który marzy o założeniu dynastii płonie dom, dwie siostry prowadzące restaurację i z wdzięczności oddające się klientom - broń boże nie za pieniądze - zmuszone są wyjechać do miasta i zostać kobietami zepsutymi, młodej nauczycielce nie udaje się uciec przed smutną przeszłością itp) to książka nastawiła mnie pozytywnie do świata. muszę dodać że jest jednocześnie dosyć zabawna. no i tak to po prostu w życiu bywa że zawsze coś się schrzani należy się więc wyluzować. bez napinki :P.