świeże wrażenia z ostatniej powieści huxleya - prehipisowskiej utopii. to krok do przodu i po skosie w stosunku do nowego wspaniałego świata, opis szczęśliwego i ogarniętego społeczeństwa żyjącego na odciętej nieco od świata tropikalnej wyspie pali. zostawiono ją w spokoju ze względu na niekorzystne warunki brzegowe, niestety w czasach współczesnych łatwiej dostać się wszędzie, a że na pali jest ropa naftowa, zainteresowanie wyspą rośnie i na pewno nadchodzą zmiany. póki co palijczycy rozwinęli sobie społeczeństwo w oddaleniu od goniącej za postępem ekonomicznym i technologicznym reszty ludzkości. wszystko opiera się na buddyźmie z elementami hinduizmu i agnostycycmu (co komu pasuje), kompleksowej edukacji zawierającej również naukę kontaktu z własnymi emocjami i radzenia sobie z nimi oraz finansowanej przez państwo antykoncepcji i seksie tantrycznym. palijczycy zdecydowanie wolą być niż mieć co niektórym wyraźnie przeszkadza no bo ta ropa tam leży bezczynnie a przy okazji rynek taki niewykorzystany.
główny bohater przybywa na wyspę reprezentując siły chcące wprowadzić zmiany, jednak pod wpływem spotkań z mieszkańcami jego cynizm topnieje a w jego miejsce pojawiają się wątpliwości. palijczycy i och utopia jest taka wspaniała że łatwo im przeciągnąć kogoś na jasną stronę mocy, szczególnie że jednym z ich narzędzi jest moksza - halucynogenny narkotyk po którym człowiek odczuwa jedność ze wszechświatem.
łatwo zauważyć że huxley nie darzy współczesnego mu systemu szczególną sympatią i uprawia do czasu radosne marzycielstwo o wyspach szczęśliwych. muszę przyznać że przemawia to do mnie jako odwiecznej anarchistki teraz jeszcze bardziej sceptycznej w temacie hmmm rzeczywistości. nie przeszkadza mi nawet trochę dydaktyczna forma książki (bohaterowie dają mini wykłady o różnych aspektach życia na pali). huxley tłucze po głowie łopatą uważności wpisuje się w trendy odnowy duchowej i ekhem rozwoju osobistego lat 60 a dokładając seks tantryczny jako metodę na oświecenie i kwasopodobne jazdy staje się idolem hipisów.
utopia wiadomo pozostanie zawsze w sferze marzeń, hipisi wszystko zepsuli skupiając się na uciekaniu od rzeczywistości ale wyspę polecam bo zastanowić się zawsze można.
książka podobała się również mojemu psu który przeżuł jej brzegi (niechlujny czytelnik) i z tego powodu zostałam właścicielką egzemplarza wcześniej bibliotecznego. nie żałuję.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantastyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantastyka. Pokaż wszystkie posty
piątek, 29 marca 2019
aldous huxley - wyspa
Etykiety:
buddyzm,
chwila refleksji,
fantastyka,
hipisi,
klasyka,
kwas,
lewe,
święty spokój,
utopia,
wykład,
zabawne,
życiowe
wtorek, 20 sierpnia 2013
kurt vonnegut - pianola
pierwsza powieść jednego z moich najulubieńszych pisarzy. szukałam czegoś do czytania i leżała pod ręką więc zabrałam się za nią kolejny raz. rzecz dzieje się w przyszłości, po trzeciej wojnie światowej, ameryka się pięknie ogarnęła przy pomocy komputerów. bardzo wydajnie sterują wytwarzaniem dóbr i oceniają ludzi pod względem przydatności dla systemu. doktorzy nauk różnych mają szansę na pracę, konkretne zarobki i wysoki status społeczny (dopóki ktoś nie wymyśli komputera wykonującego ich pracę lepiej) natomiast reszta może iść do wojska lub do brygad remontowych którym komputery przydzielają zadania (no chyba że jest się kobietą, wtedy zajmujemy się domem za pomocą
supernowoczesnych sprzętów i oglądamy telewizje, chyba że uda nam się
wmężyć do klasy wyższej), żeby ludzie nie nudzili się specjalnie, wybierają im meble i sprzęty agd potrącając oczywiście z pensji. inżynierowie i reszta doktorów natomiast są elita kraju i zabawiają się na obozach gdzie w zdrowej atmosferze rywalizacji przyczyniają się śpiewami i oglądaniem sztuk teatralnych do ciągłego rozwoju ludzkości ku chwale systemowi. nie wszystkim jednak się to podoba, główny bohater, dyrektor jednego z głównych zakładów przemysłowych w kraju, zaczyna zauważać brak sensu w systemie działającym tylko dla utrzymania samego siebie. dołącza wiec do podziemnego ruchu oporu dążącego do antymechanicznej rewolucji. wszystkiemu z boku przygląda się odwiedzający najwydajniejsze mocarstwo świata szach pewnego wschodniego kraju, komentujący wszystko złośliwie w swoim języku. bardzo to zabawne, trochę smutne i trochę prawdziwe, bo ludzie są w stanie zrobić bardzo dużo również głupich czy niewłaściwych rzeczy dla "narodowej [a właściwie nawet światowej] świętej trójcy - Wydajności, Oszczędności i Jakości".
Etykiety:
antyglobalizm,
dziki zachód,
fantastyka,
hardkorowe,
klasyka,
lewe,
poważne,
stany,
zabawne,
życiowe
stanisław lem - powrót z gwiazd
historia jest prosta - główny bohater wraca z kosmicznej wyprawy trwającej dla niego 10 lat a tym czasem na ziemi minęło ich ze 120. świat zmienił się całkowicie, technologia poszła do przodu a ludzie są mili sympatyczni i nieagresywni dzięki przechodzonemu w dzieciństwie zabiegowi niszczącemu wszelkie mordercze instynkty. bohater jest całkiem zagubiony, nie może się przyzwyczaić do nowego stylu życia (całkiem fajowo opisane przedmioty, budynki, książki itp) ale i do społeczeństwa, które uważa za nieco ułomne, bo za jego czasów... ludzie już nie interesują się podbojem kosmosu (brakuje im "jaj" obciętych betryzacją), bohater ma więc problem ze swoim poczuciem wartości, leciał w kosmos jako bohater a wrócił i nikt nie wiwatuje. nawet w mordę nie umieją dać. eh ta dzisiejsza młodzież. na szczęście znajduje się laska oczarowana dzikością przeszościowca i wskakuje mu do łóżka. romans jest opisany jakby przez 15 latka a bohaterowie nie potrafią się wysłowić. strasznie to denerwujące. to i marudzenie jak to brak agresji jest dehumanizujący i całkowicie zatrzymuje postęp bo ryzyko jest takie ludzkie i pcha świat do przodu. taki trochę maczo pogląd wyłazi z lema i nie do końca mnie to przekonuje. a można było zająć się np. maszynami które w nowym świecie są oddzielone od ludzi, tzn ich obiegiem (produkcja serwis i złomowanie) zajmują się inne maszyny, a to co bohater słyszy w magazynie złomowiska może wskazywać na jakąś sztuczną inteligencję, duch w maszynie te sprawy, ale zamiast tego mamy młodego staruszka tęskniącego za "swoimi" czasami.
Etykiety:
fantastyka,
kosmos,
niewesołe,
polskie,
rozczarowanie,
scifi
niedziela, 17 marca 2013
margaret atwood - rok potopu
postapokaliptyczne klimaty to jedne z moich ulubionych. na dodatek pani atwood daje radę jeśli chodzi o tworzenie wizji niepokojącej przyszłości. w tym przypadku tytułowym potopem jest tajemnicza zaraza dziesiątkująca ludzkość nie biorąc pod uwagę czy mieszkają w korporacyjnych kompleksach czy w brudnych plebsopoliach. wysoko rozwinięta biotechnologia i genetyka nie potrafi jej pokonać (a może właśnie ona je stworzyła?). przetrwają jedynie ludzie całkowicie odizolowani i dziwnym trafem wszyscy oni przed potopem należeli do zwariowanego ekologicznego kultu ogrodników. to sekta zapowiadająca standardowy koniec świata i skrupulatnie się do niego przygotowująca poprzez próby zyskania niezależności energetycznej, żywnościowej itp.
książka ma kilku narratorów widać więc świat z różnych kątów w tym także z perspektywy nie do końca ogarniającego go dziecka. niezbyt to miłe miejsce. w korporacyjnych kompleksach jest raczej bezpiecznie ale płaci się za to pełną kontrolą wszystkiego. na zewnątrz bywa różnie, można skończyć jako źródło ropy albo w sekretburgerze. jako sekretny składnik :P. taki stan rzeczy wg bożych ogrodników to oczywiście kara za grzechy człowieka jak rasy a najważniejszym z nich jest pycha i uważanie się za gatunek najwyższy. człowiek to tylko jeden z mieszkańców planety nie potrafiący żyć z nią w zgodzie rozpychający się na wszystkie strony i uważający że wszystko mu się należy. ale nie ma problemu, nadejdzie potop i wszystko ładnie wyczyści.
mimo apokaliptycznych wizji przyszłości (jak się zastanowić głębiej to nie takich zupełnie fantastycznych) rok potopu bywa momentami całkiem zabawny. każdy fanatyzm z boku wygląda dość niepoważnie, czy jest to niezachwiana wiara w technologię czy ekologiczne proroctwa, mimo że ostatecznie się sprawdzają.
książka ma kilku narratorów widać więc świat z różnych kątów w tym także z perspektywy nie do końca ogarniającego go dziecka. niezbyt to miłe miejsce. w korporacyjnych kompleksach jest raczej bezpiecznie ale płaci się za to pełną kontrolą wszystkiego. na zewnątrz bywa różnie, można skończyć jako źródło ropy albo w sekretburgerze. jako sekretny składnik :P. taki stan rzeczy wg bożych ogrodników to oczywiście kara za grzechy człowieka jak rasy a najważniejszym z nich jest pycha i uważanie się za gatunek najwyższy. człowiek to tylko jeden z mieszkańców planety nie potrafiący żyć z nią w zgodzie rozpychający się na wszystkie strony i uważający że wszystko mu się należy. ale nie ma problemu, nadejdzie potop i wszystko ładnie wyczyści.
mimo apokaliptycznych wizji przyszłości (jak się zastanowić głębiej to nie takich zupełnie fantastycznych) rok potopu bywa momentami całkiem zabawny. każdy fanatyzm z boku wygląda dość niepoważnie, czy jest to niezachwiana wiara w technologię czy ekologiczne proroctwa, mimo że ostatecznie się sprawdzają.
Etykiety:
dziki zachód,
fantastyka,
niewesołe,
poważne,
stany,
zabawne,
życiowe
poniedziałek, 13 sierpnia 2012
wiktor pielewin - kryształowy świat
nie będę się powtarzać, tym razem znów opowiadania tym razem 19, nie będę ich tu streszczać za dużo tego. niektóre bardziej do mnie przemówiły, inne mniej, raczej wolę dłuższe formy żeby się bardziej wkręcić w opisywaną rzeczywistość. w każdym razie standardowe motywy: niepewność rzeczywistości, skrajny subiektywizm, transcendentalne jazdy i radzieckie wynalazki :D niektóre opowiadania nie były ani trochę zabawne tylko smutne bardzo i może dlatego książka mniej mi przypadła do gustu niż poprzednio opisywany omon ra (bo ja wolę pozytywne złudzenia a nie krzywe jazdy :P). mimo to dalej jestem na tak.
Etykiety:
dziki wschód,
fantastyka,
niewesołe,
opowiadania,
poważne,
zabawne,
życiowe
czwartek, 19 lipca 2012
terry pratchett - the last continent
pratchett po angielsku to zawsze lekki hardkor dla mnie ale masochistycznie brnę w kolejne części. standardowo trudno mi było ogarnąć wszystkie zabawne sytuacje szczególnie że bohaterami są magowie nie dość że normalnie żyjący w swoim własnym świecie, to dodatkowo uwięzieni na wyspie w czasach prehistorycznych z eksperymentującym z ewolucją bogiem. tymczasem (a jednocześnie 10 tysięcy lat później) rincewind próbuje uciec przed ratowaniem ostatniego w kolejności stwarzania kontynentu (dziwnie przypominającego australię). niestety uratowanie zostało przepowiedziane małe więc ma szanse biedaczek choć w uciekaniu jest mistrzem. zabawni są sami pracownicy (?) niewidocznego uniwersytetu, a jeszcze zmuszeni do obcowania z przedstawicielką płci przeciwnej powalają na kolana. przyprawione to wszystko australijskimi żarcikami (dziwny akcent idiomy z kosmosu mętne piwo i kangury) z których połowy prawdopodobnie nie pojęłam. mimo to bawiłam się wybornie.
a gdyby komuś baaardzo zależało na dogłębnym zrozumieniu i przeanalizowaniu książki (i nie tylko tej) to patrzcie co znalazłam :)
a gdyby komuś baaardzo zależało na dogłębnym zrozumieniu i przeanalizowaniu książki (i nie tylko tej) to patrzcie co znalazłam :)
Etykiety:
fantastyka,
po angielsku,
pratchett,
zabawne,
życiowe
wtorek, 3 kwietnia 2012
stanisław lem - bajki robotów
jestem pod wrażeniem i naprawdę nie wiem dlaczego wcześniej nie czytałam robotowych bajek. toż to powinno być w lekturach zamiast tego nudnego pirxa (ok nie wiem jak teraz wygląda lekturowa sytuacja w podstawówce, pamiętam tylko że system edukacyjny bardzo mnie zraził do lema opowiadaniem test i porażkowym filmem na podstawie innego opowiadania. roboty by mi się bardzo spodobały). mimo że jestem duża to nieograniczone przestrzenie kosmiczne i zamieszkujące je maszyny przemówiły mi do wyobraźni chociaż zwykle bajek nie lubię bo mnie konwencja męczy. tu jednak jest odświeżająca i zaskakująca a i historie są bardzo lemowe zwykle z drugim a może i trzecim dnem (niby tylko roboty tłuką się gdzieś w odległych przestrzeniach a człowiek się zastanawia :P).
Etykiety:
fantastyka,
kosmos,
opowiadania,
polskie,
poważne,
zabawne
piątek, 16 marca 2012
terry pratchett - w północ się odzieję
czego chcieć więcej - pratchett i to o wiedźmach (moje ulubione mieszkanki świata dysku) tzn o jednej wiedźmie a raczej młodej czarownicy tiffany obolałej. biedna dziewczyna całymi dniami biega po wiosce opatrując rany pomagając starszym mieszkańcom, robiąc rzeczy na zrobienie których nikt inny nie ma ochoty i ogólnie ogarniając rzeczywistość. ma wprawdzie do pomocy nac mac feeglów ale trudno nimi kierować i często więcej z nimi problemów niż pożytku z nich chociaż faktycznie czasem się bardzo przydają. jednak prawdziwe kłopoty zapowiadają ludzie zaczynający zastanawiać się dlaczego czarownica tak się rządzi i przecież może być niebezpieczna, mleko skwasić może, krowę przestraszyć a ich umysły (ludzi nie czarownic czy krów) zaczynają cuchnąć. na dodatek stary baron umiera a nowy nie dość że się żeni (a z wiedźmą łączy go pewna przeszłość) to jeszcze zdaje się brać plotki i pomówienia poważnie.
jak to zwykle u pratchetta dużo zabawnych momentów (nac mac feeglowie to niewyczerpane źródło radości) ale też poważniejsze tematy. wydaje mi się że nawet więcej tych poważniejszych fragmentów niż we wcześniejszych częściach dyskowych. tym razem o niepewnych ludziach dających sobą manipulować plotką, strachu przed obcym bardzo praktycznym bo łatwym do oskarżenia o cokolwiek ale też o odpowiedzialności, wrażliwości no i zwyczajnym byciu człowiekiem a nie wilkiem (ani zombie :P). i smutno też chwilami bywa mimo że wszystko dobrze się kończy.
jak to zwykle u pratchetta dużo zabawnych momentów (nac mac feeglowie to niewyczerpane źródło radości) ale też poważniejsze tematy. wydaje mi się że nawet więcej tych poważniejszych fragmentów niż we wcześniejszych częściach dyskowych. tym razem o niepewnych ludziach dających sobą manipulować plotką, strachu przed obcym bardzo praktycznym bo łatwym do oskarżenia o cokolwiek ale też o odpowiedzialności, wrażliwości no i zwyczajnym byciu człowiekiem a nie wilkiem (ani zombie :P). i smutno też chwilami bywa mimo że wszystko dobrze się kończy.
wtorek, 13 marca 2012
the year's best science fiction no 8
oto powód mojego ponad miesięcznego milczenia (razem z choroba która bardziej sprzyjała wgapianiu się w monitor niż składaniu literek). 25 opowiadań scifi po angielsku. niektóre króciutkie inne to takie jakby minipowieści w każdym razie ponad 600 stron w obcym języku. jak to z antologiami nie wszystko mi się podobało ale niektóre opowiadania uważam za godne uwagi. między innymi to o niedźwiedziach które odkryły ogień terrego bissona - dość niestandardowe jak na tą tematykę, czy o budowie wieży babel dosłownie sięgającej nieba (autor ted chiang), interesujące podejście do kosmitów kokainiarzy pana kessela i opowiadanie o wirusie likwidującym agresję u ludzi pani kress. zabawne też jest czytać o czasach współczesnych widzianych z perspektywy początku lat 90 (tak tak to przerażające ale to już 20 lat minęło). a gdyby ktoś chciał się przekonać to oddaję książkę tu
Etykiety:
antologia,
fantastyka,
obcy,
opowiadania,
po angielsku,
scifi
wtorek, 24 stycznia 2012
literatura na świecie nr 10-207
numer o cybernetyce i sztucznej inteligencji. zaraz na samym początku powalający fragment gödel, escher, bach: an eternal golden braid pana douglasa hofstadtera, o mrówkach, fudze bacha i mózgach. erudycja tego fragmentu mnie trochę mnie przygniotła, zostałam też zmuszona do myślenia, spojrzenia na świat od innej strony, ale i rozbawiona (ehh najlepszy kumpel pana mrówkojada - kolonia mrówek imieniem stryjko lonia). zdecydowanie będę próbować brnąć przez (niestety) anglojęzyczne wydanie całości, mam nadzieję że pojmę co i jak.
oprócz tego jest tu krótkie opowiadanko susan sontag o praktyczności robotów wykorzystywanych jako zastępstwo w niezbyt ekscytujących czynnościach w życiu (praca, zajmowanie się żoną i dziećmi, człowiek może zostać bezdomnym i mieć święty spokój).
trzecim tekstem który zwrócił moją uwagę był fragment powieści roderyk czyli edukacja młodej maszyny autorstwa pana johna sladka. bardzo zabawna historia rozwoju sztucznej inteligencji na uniwersytecie na amerykańskim zadupiu. połączenie powieści akademickiej (przepychanki wykładowców o granty) , scifi, kryminału (seryjny morderca studentek) i thillera (ktoś na górze nie chce dopuścić do powstania sztucznej inteligencji). i duży plus za bezpośrednie nawiązanie do vonneguta którego uwielbiam. ciekawe czy to po polsku wydali.
oprócz tego jest tu krótkie opowiadanko susan sontag o praktyczności robotów wykorzystywanych jako zastępstwo w niezbyt ekscytujących czynnościach w życiu (praca, zajmowanie się żoną i dziećmi, człowiek może zostać bezdomnym i mieć święty spokój).
trzecim tekstem który zwrócił moją uwagę był fragment powieści roderyk czyli edukacja młodej maszyny autorstwa pana johna sladka. bardzo zabawna historia rozwoju sztucznej inteligencji na uniwersytecie na amerykańskim zadupiu. połączenie powieści akademickiej (przepychanki wykładowców o granty) , scifi, kryminału (seryjny morderca studentek) i thillera (ktoś na górze nie chce dopuścić do powstania sztucznej inteligencji). i duży plus za bezpośrednie nawiązanie do vonneguta którego uwielbiam. ciekawe czy to po polsku wydali.
poniedziałek, 2 stycznia 2012
tom holt - przenośne drzwi
gdyby nie osobista rekomendacja kumpla nie sięgnęłabym po tą książkę, bo jej ciągłe porównywanie do pratchettów odrzuca mnie z wielką siłą. fakt mają cechy wspólne - angielskość, fantastyczność i humor, ale to tyle. historia osadzona jest w naszej rzeczywistość (jeśli w ogóle można używać tego słowa ;)) tylko świat ma drugie dno. nie będę tu opisywać fabuły, bo ma być zaskakująca, powiem tylko że w na pozór zwyczajnej firmie pojawia się magia i złośliwe fantastyczne stwory. pan autor stosuje dużo niespodziewanych zwrotów akcji związanych z ujawnianiem kolejnych tajemnic drugiego świata, niektóre są zabawne, niektóre nieco przerażające, ale zwykle zaskakujące. przenośne drzwi to pierwsza część trylogii i podobno najmniej dziwna, będę więc polować na kolejne tomy (a miałam już nie pakować się w serie ehhh, na razie dzielnie opieram się nowemu martinowi :P).
wtorek, 15 listopada 2011
jeanette winterson - płeć wiśni
to dopiero dziwna rzecz. kilku narratorów powiązanych ze sobą (niektórzy to nawet jakby ta sama osoba ale w innym czasie): ogromna hodowczyni psów z cromwellowskiego londynu, jej znaleziony w rzecze przybrany syn jordan, współczesny młody kadet marynarki oraz ekolożka badająca ilość rtęci w rzekach. ich losy się przeplatają, podróże to nie tylko przestrzeń ale i czas i wyobraźnia (bo wiadomo można podróżować na zewnątrz i do środka, tu wszystko się miesza). nie do końca wiadomo co co chodzi, bo akcja zdecydowanie nie jest linearna, ale jest zabawnie, ciekawie a chwilami również zastanawiająco (w sensie fragmenty kazały mi myśleć).
oddam tutaj :)
oddam tutaj :)
piątek, 28 października 2011
kingsley amis - alteracja
zabrałam się za tą książkę (książeczkę w porównaniu z poprzednimi) bo przeczytałam gdzieś że to klasyka steampunka. no i hmm niby technologia alternatywna do naszej opartej na prądzie ale punka to tam nie widzę. lata 70 alternatywnego XX wieku, drugie średniowiecze, europą rządzi papież, jego wysłannicy są wszędzie, wyższe sfery mówią po łacinie a kobiety nie mają nic do gadania. głównym bohaterem jest hubert, mały chłopiec uczący się w katolickiej szkole z internatem, bardzo zdolny muzycznie. pięknie śpiewa i na dodatek komponuje (zapisuje muzykę co ją w głowie słyszy). jego talent zwraca uwagę wielu ludzi, w tym papieża, który lubi mieć u siebie w watykanie wszystko co najlepsze, postanawia więc że chłopiec ma zostać alterowany (wykastrowany) i otrzymać miejsce w prestiżowym rzymskim chórze. dużo tu rozterek moralnych, nie tylko huberta ale również jego pobożnego ojca, zmartwionej matki, nauczyciela kompozycji czy dyrektora szkoły. szczęście osobiste (a przynajmniej coś co się nim wydaje) kontra obowiązek wobec boga, a przynajmniej kościoła, a do tego dochodzi jeszcze przeznaczenie (przez które może bóg wyraża swe życzenia). opresyjne społeczeństwo i ogólnie niezbyt przyjemna atmosfera dogmatycznej europy trochę mnie zmęczyła. sądzę też że można by bardziej wykorzystać wątek sposobów zarządzania europejskimi zasobami ludzkimi przez papieża, w stylu: hmm grozi nam przeludnienie, jak się okazało kontrolowane zarazy są zbyt skomplikowane, trzeba wrócić do starych sprawdzonych sposobów świętej wojny z niewiernymi.
Etykiety:
fantastyka,
nic nowego,
niewesołe,
przereklamowane,
takie sobie
czwartek, 20 października 2011
vladimir nabokov - ada albo żar
wypożyczenie książki o 800 stronach w twardej okładce aby ją czytać w drodze do pracy było bardzo mądrym pomysłem i mój kręgosłup ciągle mi dziękuje. szczególnie że ada jest dość skomplikowana, ma długie zdania i bardzo dużo odwołań, aluzji i symboli i nie da się jej pochłonąć w jeden wieczór. historia jest dość prosta, młodzi kuzynowie, ada (12 lat) i van (14 lat) wdają się w romans pewnego lata w arkadyjskiej wiejskiej posiadłości jej rodziców. spotykają się potajemnie w zakamarkach wielkiego domu i rozległej posiadłości oddając się erotycznym zabawom. zapoczątkowana tak miłość rozwija się przez całe ich życie, i nie dość że niezbyt prosta i bez szans na akceptację z zewnątrz, komplikuje się dodatkowo gdy okazuje się że kuzynowie są naprawdę rodzeństwem, a do tego w vanie zaczyna kochać się ich wspólna młodsza przyrodnia siostra. temat skandalizujący, ale trochę umyka w zalewie skomplikowanych zdań pełnych erudycji i nawiązań do klasyki powieści. jako że jestem słaba w tym temacie i nie ogarnęłam większości, za to skupiłam się na zabawnej i (tu zaskoczenie) fantastycznej stronie ady. bo akcja dzieje się na planecie podobnej do ziemi, której historia potoczyła się jednak inaczej, inny jest podział geopolityczny i inne technologie są stosowane, na przykład nie używa się prądu elektrycznego a nawet jest on tabu i raczej się o nim nie rozmawia (co dziwne teraz czytam inną książkę i również występuje w niej niechęć do elektryki). narrator prowadzi także dywagacje na temat czasu i przestrzeni, tego jednak zupełnie nie pojęłam (powinnam się chyba przerzucić na jakieś mniej wymagające lektury, mózg w porannym, autobusie nie działa jak powinien).
w każdym razie jeśli ktoś lubi grube książki i długie zdania to polecam, ale mimo erotycznego wątku nie należy się specjalnie napalać na pikantne sceny no i dobrze znać francuski, bo bohaterowie jako osoby wykształcone często używają tego języka.
w każdym razie jeśli ktoś lubi grube książki i długie zdania to polecam, ale mimo erotycznego wątku nie należy się specjalnie napalać na pikantne sceny no i dobrze znać francuski, bo bohaterowie jako osoby wykształcone często używają tego języka.
wtorek, 23 sierpnia 2011
herbert george wells - ludzie jak bogowie
oldschoolowe ale cały czas aktualne science fiction. w 1921 roku grupka anglików zostaje nagle przeniesiona do świata równoległego, któy przechodził podobną drogę rozwoju jak i ziemia, ale aktualnie panuje tam pokój, dobrobyt i wegetarianizm (:P). ludzie żyją w harmonii ze sobą i światem, biegają nago, nie krępują się religiami czy pseudomoralnyumi zakazami (żyją ze sobą bez ślubu!). ta idylliczna anarchia działa ponieważ społeczeństwo to jest na dużo wyższym poziomie rozwoju i nie bawią ich zdobywanie władzy nad innymi czy posiadanie więcej od sąsiada. jednocześnie cały czas rozwijają się technologicznie, większość ludzi kształci się w wybranym przez siebie kierunku i w idealnych warunkach osiąga wyżyny swoich intelektualnych możliwości dla dobra całego świata. w tą idylliczną utopię wpadają ziemianie i po pierwszym zaskoczeniu postanawiają opanować nieambitnych w ich mniemaniu tubylców. nawet w innym wymiarze nie potrafią wyzbyć się swojego wąskiego myślenia, bardzo ładnie wyszydzonego przez pana wellsa w scenach świętego oburzenia duchownego nie potrafiącego przełknąć aseksualnej nagości czy opisującego śmieszne w tej sytuacji (i w sumie nie tylko w tej) przywiązanie narodowe, wieczne brytyjsko-francuskie animozje i zamartwianie się do którego państwa należeć będą zdobyte tereny. jeden tylko ziemianin widzi szaleństwo w głowach swoich towarzyszy, on jednak już w domu zdegustowany był światem i potrafi docenić krainę do której trafił a jednocześnie czuje swoją niższość intelektualną w porównaniu z utopianami wyprzedzającymi go o kilka tysiącleci.
książka opublikowana prawie 90 lat temu, ale nadal jest niestety aktualna. już nie chodzi o opisany system społeczno - ekonomiczny, lekko komunizujący i w sumie podporządkowujący jednostkę społeczeństwu ale w jakiś taki sympatyczny sposób no i przede wszystkim bez przymusu, a raczej opierający się na dojrzałości jednostek. zresztą chyba każdy system stawia ramy indywidualności, mniejsze lub większe i każe tych co chcą za nie wyleźć. książka daje do myślenia, bo mimo że trochę lat minęło, mamy kolejne stulecie i nawet tysiąclecie a niewiele zmądrzeliśmy. na księżyc się wybraliśmy a nierozwiązanych problemów na ziemi nie ubywa. i tak w porównaniu z większością ludzkości jestem na uprzywilejowanej pozycji, ale czasem jak trafię na wiadomości (rzadko oglądam żeby się nie denerwować burakami), to mam wrażenie że ogromne ilości energii i zaangażowania można by wykorzystać w sympatyczniejszy i zdecydowanie pożyteczniejszy sposób.
powieść kończy się powrotem głównego bohatera do domu (chciał zostać w utopii ale sam zrozumiał że nie był wystarczająco zaawansowany intelektualnie żeby żyć w tym świecie) i zmianą jego życia - rzuca bezsensowną pracę, wspiera synka w dążeniach do zdobycia wykształcenia na polibudzie. ma nadzieję że ludzkość ma przed sobą bardzo odległą ale i bardzo świetlaną przyszłość. ciekawe czy zmieniłby zdanie wiedząc czo czeka świat w xx wieku, który pokazał co ludzie potrafią zrobić w imię w sumie trudno powiedzieć czego. i wciąż refleksja i nauka na własnych błędach nie jest naszą dobrą stroną.
książka opublikowana prawie 90 lat temu, ale nadal jest niestety aktualna. już nie chodzi o opisany system społeczno - ekonomiczny, lekko komunizujący i w sumie podporządkowujący jednostkę społeczeństwu ale w jakiś taki sympatyczny sposób no i przede wszystkim bez przymusu, a raczej opierający się na dojrzałości jednostek. zresztą chyba każdy system stawia ramy indywidualności, mniejsze lub większe i każe tych co chcą za nie wyleźć. książka daje do myślenia, bo mimo że trochę lat minęło, mamy kolejne stulecie i nawet tysiąclecie a niewiele zmądrzeliśmy. na księżyc się wybraliśmy a nierozwiązanych problemów na ziemi nie ubywa. i tak w porównaniu z większością ludzkości jestem na uprzywilejowanej pozycji, ale czasem jak trafię na wiadomości (rzadko oglądam żeby się nie denerwować burakami), to mam wrażenie że ogromne ilości energii i zaangażowania można by wykorzystać w sympatyczniejszy i zdecydowanie pożyteczniejszy sposób.
powieść kończy się powrotem głównego bohatera do domu (chciał zostać w utopii ale sam zrozumiał że nie był wystarczająco zaawansowany intelektualnie żeby żyć w tym świecie) i zmianą jego życia - rzuca bezsensowną pracę, wspiera synka w dążeniach do zdobycia wykształcenia na polibudzie. ma nadzieję że ludzkość ma przed sobą bardzo odległą ale i bardzo świetlaną przyszłość. ciekawe czy zmieniłby zdanie wiedząc czo czeka świat w xx wieku, który pokazał co ludzie potrafią zrobić w imię w sumie trudno powiedzieć czego. i wciąż refleksja i nauka na własnych błędach nie jest naszą dobrą stroną.
Etykiety:
antyglobalizm,
fantastyka,
klasyka,
poważne,
scifi,
zabawne
piątek, 12 sierpnia 2011
dmitry glukhovsky - metro 2034
znów jesteśmy w moskiewskim metrze, jak widać przetrwało ono kolejny rok. jednak nie można osiąść na laurach niebezpieczeństwo jest ciągłe, zmienia tylko swoją postać. tym razem startujemy również na stacji peryferyjnej, znów atakują mutanty z powierzchni, tym razem jednak można sobie z nimi poradzić jeśli ma się wystarczająco dużo amunicji. no i właśnie tu pojawia się problem, bo dostawy z hanzy nagle się urywają. po drodze tylko kilka dobrze znanych stacji, ale w tym podziemnym świecie sytuacja może zmienić się gwałtownie (potwory, promieniowanie, wewnętrzne międzystacyjne wojenki, bandyci itp.) wysłany więc zostaje ciężkozbrojny patrol. a za nim następny i następny. nikt nie wraca, telefony nie działają, mutanty napierają. i znów ktoś powinien wyruszyć na wyprawę w ciemność tuneli, problem w tym że nie bardzo można sobie pozwolić na stratę kolejnych obrońców stacji. nikt jednak nie sprzeciwia się tajemniczemu brygadierowi po przejściach, który zabiera jeszcze jednego żołnierza oraz, jakby dla kaprysu, homera - starszego człowieka zajmującego się zbieraniem i snuciem metrowych opowieści. to właśnie homer jest głównym bohaterem książki, stoi on na skraju życia i chce desperacko coś po sobie pozostawić, nawet jeśli będzie to tylko dziewięćdziesięciokartkowy zapisany zeszyt. potrzebuje bohaterów, zdecydowany brygadier idealnie się na takiego nadaje, przydałaby się jeszcze jakaś laska, na szczęście spotykają jedną po drodze, kroi się nawet pokrzywiona historia hmm miłosna (nie wiem czy to słowo jest właściwe w tym przypadku, ale niech będzie). może dlatego że bohater to nie gówniarz w okolicach dwudziestki, tylko człowiek z doświadczeniem i to niezbyt sympatycznym (całkiem świadomie przeżył zagładę swojego powierzchniowego świata), druga część metra jest jakby bardziej refleksyjna (gdzieś między pościgami na drezynach i gotowymi do strzału miotaczami ognia), sens życia indywidualnego człowieka wcale się nie krystalizuje z wiekiem, a nawet wprost przeciwnie, a do tego dochodzi świadomość upadku cywilizacji, której resztki tlą się jeszcze pod ziemią, nie wiadomo jak długo i tak naprawdę po co. wszystko to jest w porządku, marudzenie starego homera można znieść, postnuklearny klimat jest super, ale mam też pewne zastrzeżenia. dotyczą one pozostałych postaci, których psychologia jest roztrząsana na wszystkie strony, jednak nie ma ona do końca sensu. coś mi w tym okropnie zgrzytało i brzmiało bardzo nieprawdopodobnie i jakby trochę od czapy. bohaterowie robią różne dziwne rzeczy, które pan autor próbuje wytłumaczyć zaplątując się nieco, a jego kukiełki i tak wyglądają na miotane jakimś bezsensem. można to trochę wytłumaczyć niecodziennymi warunkami w jakich żyją ale bez przesady (wiem wiem czepiam się wiarygodności psychologicznej w fantastyce o mrocznych tunelach i zmutowanych potworach :P). nie zmienia to faktu że prawie 500 stron połknęłam chętnie i błyskawicznie.
Etykiety:
dziki wschód,
fantastyka,
podróż,
scifi,
tajemnica,
zabawne
wtorek, 9 sierpnia 2011
dmitry glukhovsky - metro 2033
uwaga na początku - pisanie nazwisk autorów rosyjskich na angielską modłę uważam za nieco pretensjonalne i wychodzi później taki chekhov czy tchaikovsky i człowiek się zastanawia wtf. no ale do rzeczy.
metro 2033 czyli moskiewskie metro w roku 2033 (kto by pomyślał) po wojnie nuklearnej która zniszczyła ziemię, a raczej ludzką cywilizację na powierzchni i uniemożliwiła normalne życie pośród promieniowania, zdziczałych mutantów i psów. przeżyli tylko ci którzy w odpowiednim czasie znaleźli się w odpowiednim miejscu, czyli właśnie w metrze. rozległe, zakopane głęboko pod ziemią, wzbogacone w wybudowane podczas zimnej wojny schrony przeciwatomowe dla sowieckich dygnitarzy i odpowiednio wyposażone w składy żywności, wentylację i filtry wodne, stało się doskonałym miejscem do postapokaliptycznej wegetacji ludzkości. zostało w miarę możliwości odcięte od świata zewnętrznego w obawie przed mutantami i innymi dziwnymi rzeczami mogącymi się zwlec na dół, pozostawiono tylko kilka dobrze strzeżonych wyjść dla stalkerów przeszukujących ruiny wielkiego miasta w poszukiwaniu zdatnych do użytku przedmiotów, paliwa czy książek. bardzo sympatyczne miejsce do odbudowywania ludzkiego gatunku, może nieco bledszego i z bardziej wyczulonym wzrokiem, jednak ludzie nawet w obliczu zagłady się nie zmieniają. stacje zostały zamienione w mikro miasta-państwa, następowały zrzeszenia i wojny, aż w końcu sytuacja się w miarę ustabilizowała. swoje miejsce mają kapitaliści kontrolujący dużą część metra, komuniści i faszyści. stacje oddalone od centrum zwykle rządzą się same, bo nie wiadomo jak długo utrzymają się w ciągłym zagrożeniu mutantami z powierzchni i niewiadomoczym wyłażącym z każdej dziury. na takiej właśnie stacji poza światem mieszka główny bohater, który musi wyruszyć w pełną niebezpieczeństw podróż po podziemnych tunelach aby uratować swoją stację i może całe metro. z jednej strony to typowa powieść drogi - Artem idzie do celu powoli, co krok natyka się a to na szaleństwo sączące się z uszkodzonych rur, ześwirowanych sekciarzy, wielbicieli hitlera czy wyznawców wielkiego czerwia próbujących żyć w odosobnieniu z dala od śmiercionośnej techniki, uzupełniających zapas białka dzięki swym wrogom. są też postacie pozytywne (w tym moi ulubieni międzystacyjni rewolucjoniści), najczęściej marnie kończące, pomagające wygrzebać się wędrowcowi z tarapatów aby mógł wypełnić swoją misję. i właśnie tu pojawiają się (lekkie bo lekkie ale są) filozoficzne dywagacje na temat przeznaczenia w tym konkretnym przypadku oraz w szerszym kontekście całego życia i jego sensu. nie przesłaniają one rozrywkowości książki, bo żaden z niej głęboki traktat filozoficzny, ale można się zastanowić nad tym i owym wraz z bohaterem, który czasem ma wątpliwości co do realności otaczającej go rzeczywistości (niektóre tunele bywają halucynogenne) i wolnej woli w podejmowaniu decyzji.
jednak intelektualne dywagacje można odstawić na bok, bo najlepszy w tej książce jest jej klimat, mroczny i wilgotny, zza węgłów wyłaniają się potwory a uciec nie ma gdzie bo na powierzchni radioaktywność i zmutowane szczury oraz przerażające stwory pilnujące ciszy w bibliotece miejskiej. czytając myślałam że to idealny materiał na grę komputerową i nie myliłam się, ktoś o tym pomyślał wcześniej, ale pewnie przy moim słabym kompie (i braku czasu) i tak nie mam co marzyć. ale drugą część czytam :).
metro 2033 czyli moskiewskie metro w roku 2033 (kto by pomyślał) po wojnie nuklearnej która zniszczyła ziemię, a raczej ludzką cywilizację na powierzchni i uniemożliwiła normalne życie pośród promieniowania, zdziczałych mutantów i psów. przeżyli tylko ci którzy w odpowiednim czasie znaleźli się w odpowiednim miejscu, czyli właśnie w metrze. rozległe, zakopane głęboko pod ziemią, wzbogacone w wybudowane podczas zimnej wojny schrony przeciwatomowe dla sowieckich dygnitarzy i odpowiednio wyposażone w składy żywności, wentylację i filtry wodne, stało się doskonałym miejscem do postapokaliptycznej wegetacji ludzkości. zostało w miarę możliwości odcięte od świata zewnętrznego w obawie przed mutantami i innymi dziwnymi rzeczami mogącymi się zwlec na dół, pozostawiono tylko kilka dobrze strzeżonych wyjść dla stalkerów przeszukujących ruiny wielkiego miasta w poszukiwaniu zdatnych do użytku przedmiotów, paliwa czy książek. bardzo sympatyczne miejsce do odbudowywania ludzkiego gatunku, może nieco bledszego i z bardziej wyczulonym wzrokiem, jednak ludzie nawet w obliczu zagłady się nie zmieniają. stacje zostały zamienione w mikro miasta-państwa, następowały zrzeszenia i wojny, aż w końcu sytuacja się w miarę ustabilizowała. swoje miejsce mają kapitaliści kontrolujący dużą część metra, komuniści i faszyści. stacje oddalone od centrum zwykle rządzą się same, bo nie wiadomo jak długo utrzymają się w ciągłym zagrożeniu mutantami z powierzchni i niewiadomoczym wyłażącym z każdej dziury. na takiej właśnie stacji poza światem mieszka główny bohater, który musi wyruszyć w pełną niebezpieczeństw podróż po podziemnych tunelach aby uratować swoją stację i może całe metro. z jednej strony to typowa powieść drogi - Artem idzie do celu powoli, co krok natyka się a to na szaleństwo sączące się z uszkodzonych rur, ześwirowanych sekciarzy, wielbicieli hitlera czy wyznawców wielkiego czerwia próbujących żyć w odosobnieniu z dala od śmiercionośnej techniki, uzupełniających zapas białka dzięki swym wrogom. są też postacie pozytywne (w tym moi ulubieni międzystacyjni rewolucjoniści), najczęściej marnie kończące, pomagające wygrzebać się wędrowcowi z tarapatów aby mógł wypełnić swoją misję. i właśnie tu pojawiają się (lekkie bo lekkie ale są) filozoficzne dywagacje na temat przeznaczenia w tym konkretnym przypadku oraz w szerszym kontekście całego życia i jego sensu. nie przesłaniają one rozrywkowości książki, bo żaden z niej głęboki traktat filozoficzny, ale można się zastanowić nad tym i owym wraz z bohaterem, który czasem ma wątpliwości co do realności otaczającej go rzeczywistości (niektóre tunele bywają halucynogenne) i wolnej woli w podejmowaniu decyzji.
jednak intelektualne dywagacje można odstawić na bok, bo najlepszy w tej książce jest jej klimat, mroczny i wilgotny, zza węgłów wyłaniają się potwory a uciec nie ma gdzie bo na powierzchni radioaktywność i zmutowane szczury oraz przerażające stwory pilnujące ciszy w bibliotece miejskiej. czytając myślałam że to idealny materiał na grę komputerową i nie myliłam się, ktoś o tym pomyślał wcześniej, ale pewnie przy moim słabym kompie (i braku czasu) i tak nie mam co marzyć. ale drugą część czytam :).
Etykiety:
dziki wschód,
fantastyka,
horror,
podróż,
scifi,
tajemnica,
zabawne
czwartek, 26 maja 2011
robert m. wegner - opowieści z meekhańskiego pogranicza. wschód-zachód
na początku chciałam bardzo podziękować wszystkim pożyczającym mi książki, nawet tym przez których targam dodatkowe kilogramy przez 160 km, jednak bardzo proszę o nie podrzucanie (niczego nie spodziewającej się) mi części jakichś cyklów. to bardzo stresujące jak akcja się urywa nagle i niespodziewanie i możliwe że kiedyś w dalekiej przyszłości będzie można poznać ciąg dalszy, ale nie wiadomo, bo autor może nie napisać (gra o tron?) lub wydawnictwu może się nie chcieć/nie opłacać wpuszczać tego na polski rynek. zresztą cyklom staram się mówić nie po przygodzie z wspomnianą grą o tron, gdy po przeczytaniu kilku tysięcy podejrzewam stron (nie żebym się skarżyła) dowiedziałam się że autor się zagubił w świecie który stworzył i historia może zostać niedokończona. ok kończę dywagacje i przechodzę do meritum.
nie przepadam za fantastyką, uważam że za dużo się tego produkuje i trudno coś oryginalnego stworzyć w tym temacie (tak zresztą jest ze wszystkim), dlatego zwykle szkoda mi czasu na czytanie o kolejnych wyprawach, smokach, magach i co najgorsze elfach :P. no ale książka została mi wciśnięta podstępem (byłam zaspana) z kilkoma innymi więc przecież jej nie oddam nieprzeczytanej. pierwsza zaleta: nie ma elfów - alleluja, smoków również, chociaż pojawiają się demony i ich wytwory ale to bardziej w wizjach i wspomnieniach, jest również magia. druga zaleta to szerokość opisu świata przedstawionego (hehe), mimo że książka ma głównych bohaterów, to dokładnie zaprezentowany jest ich rzeczywistość, sytuacja polityczna i tego typu bardziej ogólne problemy (już w tym momencie powinnam się była zorientować że na jednej książce się nie skończy, bo dużo tam miejsca na kolejne i kolejne i kolejne tomy), co sprawia że opowieści to bardziej strategia niż przygodówka :P. akcja toczy się wartko, w miarę to wszystko jest napisane, wciąga człowieka nawet niespecjalnie zainteresowanego wojnami dzikich plemion na pograniczu czy ciężkimi przeżyciami złodzieja opętanego przed demona/boga/niewiadomoco z przeszłości. chwilami nawet bywa zabawnie, jeśli kogoś bawi pierwsze spotkanie z głównym bohaterem na zarzyganym przez niego pomoście i jego skacowane przygody (mnie czasem bawi :P).
dwie części - pierwsza: wschód, o wojowniczce (żołnierce?) walczącej o spokój na dzikich rubieżach imperium, w oddziale pełnym osobników o magicznych zdolnościach (łapanie dusz, zmiana w zwierzątka, przewidywanie przyszłości itp), druga - zachód, o wspomnianym wyżej skacowanym złodzieju, trochę gówniarskim cwaniaczku, trochę honorowym i zdolnym przedstawicielu swego fachu, zaplątanym z jednej strony w brudne miejskie intrygi polityczne, z drugiej nękany przez dziwne moce które złapał bawiąc się boskim mieczem. obie części niedokończone (wrrrrrr) ale ciekawe, mimo że w niektórych momentach książka wydała mi się nieco tendencyjna.
jednak ostrzegam osoby o zbyt plastycznej wyobraźni, nie należy tej książki czytać przy jedzeniu. akcja się toczy spokojnie, dialogi i miłe opisy okolicy aż tu nagle bebechy, krew, ręka noga mózg na ścianie. to również główne zastrzeżenie z mojej strony, krwawe bitwy nie są moim ulubionym tematem literackim, jak czytam o mieczach zagłębiających się z mlaskiem w żywe mięso to mnie wzdryga.
a tak jak już jesteśmy przy grze o tron, czy serial jest wporzo? nie wiem czy pakować się w to po raz kolejny.
nie przepadam za fantastyką, uważam że za dużo się tego produkuje i trudno coś oryginalnego stworzyć w tym temacie (tak zresztą jest ze wszystkim), dlatego zwykle szkoda mi czasu na czytanie o kolejnych wyprawach, smokach, magach i co najgorsze elfach :P. no ale książka została mi wciśnięta podstępem (byłam zaspana) z kilkoma innymi więc przecież jej nie oddam nieprzeczytanej. pierwsza zaleta: nie ma elfów - alleluja, smoków również, chociaż pojawiają się demony i ich wytwory ale to bardziej w wizjach i wspomnieniach, jest również magia. druga zaleta to szerokość opisu świata przedstawionego (hehe), mimo że książka ma głównych bohaterów, to dokładnie zaprezentowany jest ich rzeczywistość, sytuacja polityczna i tego typu bardziej ogólne problemy (już w tym momencie powinnam się była zorientować że na jednej książce się nie skończy, bo dużo tam miejsca na kolejne i kolejne i kolejne tomy), co sprawia że opowieści to bardziej strategia niż przygodówka :P. akcja toczy się wartko, w miarę to wszystko jest napisane, wciąga człowieka nawet niespecjalnie zainteresowanego wojnami dzikich plemion na pograniczu czy ciężkimi przeżyciami złodzieja opętanego przed demona/boga/niewiadomoco z przeszłości. chwilami nawet bywa zabawnie, jeśli kogoś bawi pierwsze spotkanie z głównym bohaterem na zarzyganym przez niego pomoście i jego skacowane przygody (mnie czasem bawi :P).
dwie części - pierwsza: wschód, o wojowniczce (żołnierce?) walczącej o spokój na dzikich rubieżach imperium, w oddziale pełnym osobników o magicznych zdolnościach (łapanie dusz, zmiana w zwierzątka, przewidywanie przyszłości itp), druga - zachód, o wspomnianym wyżej skacowanym złodzieju, trochę gówniarskim cwaniaczku, trochę honorowym i zdolnym przedstawicielu swego fachu, zaplątanym z jednej strony w brudne miejskie intrygi polityczne, z drugiej nękany przez dziwne moce które złapał bawiąc się boskim mieczem. obie części niedokończone (wrrrrrr) ale ciekawe, mimo że w niektórych momentach książka wydała mi się nieco tendencyjna.
jednak ostrzegam osoby o zbyt plastycznej wyobraźni, nie należy tej książki czytać przy jedzeniu. akcja się toczy spokojnie, dialogi i miłe opisy okolicy aż tu nagle bebechy, krew, ręka noga mózg na ścianie. to również główne zastrzeżenie z mojej strony, krwawe bitwy nie są moim ulubionym tematem literackim, jak czytam o mieczach zagłębiających się z mlaskiem w żywe mięso to mnie wzdryga.
a tak jak już jesteśmy przy grze o tron, czy serial jest wporzo? nie wiem czy pakować się w to po raz kolejny.
środa, 30 marca 2011
terry pratchett - łups!
kolejny tom ze świata dysku, tym razem o straży, wiadomo o co chodzi, a jak ktoś nie wie to powinien nadrabiać zaległości jak najszybciej ;). sam vimes ma jak zwykle górę problemów, począwszy od wampirzych środowisk wciskających mu do straży jednego (jedną) ze swoich, przez zbliżającą się rocznicę historycznej bitwy między trollami i krasnoludami w dolinie koom, powodującą gwałtowny wzrost dumy rasowej u jednych i drugich, do milszych (czytanie synkowi bajeczki) i mniej przyjemnych (pozowanie do portretu, przecież wszyscy nasi przodkowie to robili) obowiązków rodzinnych. w sosie nieco mniej zabawnym niż w przypadku innych cykli, pan autor porusza poważne tematy: współistnienia różnych kultur (ras w tym przypadku), konfliktu tradycji narodowych (rasowych) z nową rzeczywistością wymagającą pohamowania niektórych tradycyjnych zachować (np chęci rzucenia się na pierwszego krasnoluda/trolla w zasięgu wzroku) oraz problemów z tożsamością narodową. czy któryś krasnolud może być bardziej krasnoludowy od innych krasnoludów? czy któryś krasnolud może określać co jest prawdziwie krasnoludzie i jak należy jako krasnolud się zachowywać? jeśli weźmiemy pod uwagę jeszcze motyw naginania historii do własnych celów to pojawia się obraz niepokojąco aktualny i smutny, bo ostatecznie w książce zdrowy rozsądek wygrywa a w rzeczywistości na to się nie zanosi. hasła w stylu "na pewno oszukują, nie ufam im bo 2000 lat temu wciągnęli mojego praprzodka i jego kumpli w zasadzkę, a jak ktoś myśli inaczej to nie jest prawdziwym krasnoludem/trollem i zdradza swój naród/rasę" coś mi przypominają. i nie jest to sympatyczne skojarzenie.
nie żeby książka była aż tak strasznie poważna, tam gdzie pojawia się nobby nobbs człowiek może czuć się niepewnie ale na pewno nie smutno, szczególnie że kapral spotyka się z dziewczyną z nocnego klubu. nie zawodzi też patrycjusz, bawi do łez swoim ciętym językiem (prawdopodobnie dlatego że jest postacią wymyśloną i nie mówi do mnie :P).
lubię poważniejsze pratchettowe książki, ale o wiedźmach mógłby jeszcze coś napisać :D
nie żeby książka była aż tak strasznie poważna, tam gdzie pojawia się nobby nobbs człowiek może czuć się niepewnie ale na pewno nie smutno, szczególnie że kapral spotyka się z dziewczyną z nocnego klubu. nie zawodzi też patrycjusz, bawi do łez swoim ciętym językiem (prawdopodobnie dlatego że jest postacią wymyśloną i nie mówi do mnie :P).
lubię poważniejsze pratchettowe książki, ale o wiedźmach mógłby jeszcze coś napisać :D
środa, 23 lutego 2011
to, co najlepsze w sf tom 2
antologia opowiadań science fiction z lat 90. jak w każdym zbiorze są rzeczy lepsze i gorsze, a raczej bardziej mi podchodzące i raczej niestrawne. co tu dużo pisać, lubię cyberpunka, więc podszedł mi naprawiacz rowerów pana sterlinga, pozytywna historia o sztucznej inteligencji rządzącej światem i luzackim podejściu do życia. zabawna historyjka o obcych przybierających postać małych dziecinnych stworków również mi się podobała - morał: wszystkie dzieci są jak obcy :P. poza tymi jeszcze dwa przemówiły do mnie: pierwszy wtorek roberta reed o wizycie hologramu prezydenta usa jednocześnie w każdym domu wyposażonym w odpowiedni emiter oraz oblubienica elvisapani goonan o martwym elvisie jako królu obcych i jego żywej świcie wegetującej na ziemi po awarii pojazdu kosmicznego, w oczekiwaniu na statek z macierzystej planety. reszta opowiadań to poważne scifi albo (nie jestem dobra w gatunkach) fantastyko scifi i kilka historii z obszaru humanistycznego scifi (które przyswajam jedynie w wykonaniu pani le guin a i nie wszystko), napisane bez poczucia humoru. to bardzo ważny czynnik dla mnie, nie tylko w fantastyce, a nie wszystko co zabawne jest głupie czego przykładem mogą być książki mistrza lema.w każdym razie, interesujące nazwiska zapisane, reszta wyrzucona z pamięci a książka wyląduje zapewne na podaju.
Etykiety:
antologia,
fantastyka,
kosmos,
obcy,
opowiadania,
scifi
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)


















