Pokazywanie postów oznaczonych etykietą klasyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą klasyka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 27 września 2021

władysław reymont - chłopi

 

zabrałam się za chłopów po obejrzeniu trailera filmu częściowo animowanego, bardzo był fascynujący a ja ignorantka w tym temacie - jakieś fragmenty wciskane z niechęcią w liceum.  a jest to więcej niż klasyka, książka noblowska, a to nie byle co. trochę szkoda że jest lekturą (czy nadal jest? mam przeterminowane informacje) i przymus odziera ją z uroku. a wydaje mi się że jest ważna książka w kraju gdzie większość obywateli ma chłopskie korzenie, a przodków wyobraża sobie raczej jako wyższe warstwy społeczeństwa. to sienkiewicz jest narodowym pisarzem, każdy chętnie identyfikuje się z mieszkańcami dworków i pałaców, jednak prawda leży pod strzechami.

reymont opisuje polską wieś,  ciężko stwierdzić ile z tego to jego wyobrażenia i nakładki, bo przecież nie był chłopem. wizja wsi jest dość ponura, ludzie są biedni i walczą o przetrwanie. nic nie liczy się w obliczu wizji głodu przednówkowego, wysyła się starych członków rodziny zimą na żebry bo może braknąć dla nich jedzenia a nie są już niezbędni. rodzice ze swojej strony nie chcą przepisywać majątku na dzieci w obawie przed eksmisją. jednocześnie ludzie muszą żyć w gromadzie bo sami nie dadzą sobie rady w świecie bezlitosnym. nie jest to przyjemne miejsce do życia, każdy kto odstaje może zostać wygnany i musi radzić sobie sam. dość toksyczna sytuacja.

w tej dżungli walczących o przetrwanie dostajemy trójkąt, a w zasadzie czworokąt miłosny, jak w dobrej telenoweli. najpiękniejsza dziewczyna we wsi, zakochana z wzajemnością w chłopaku, który ma już żonę i dziecko, wydaje się, zachęcona przez matkę, za ojca swojego ukochanego. jest to najbogatszy we wsi gospodarz, wdowiec nie najmłodszy już ale najlepsza partia w okolicy. zakochał się na starość, zamiast dzieciom zostawić majątek, kupuje pierdoły swojej młodej narzeczonej. konflikt na każdym froncie.

jest też spór z dworem, bitw o las, kłótnie międzysąsiedzkie. ogólnie dużo się dzieje, można by z tego zrobić trzymający w napięciu serial.

całe to kłębowisko zanurzone jest w przyrodzie której opisy są malarskie i pełne rozmachu (przez reymonta zaczęłam się gapić w niebo). dzięki pięknu świata przyrody da się przetrwać w ludzkim bagnie. jeśli oczywiście ma się co jeść.

ogólnie polecam, prozę się nie bać lektury szkolnej, nie wszystkie są beznadziejne (teraz chyba coraz mniej sensownych).

niedziela, 14 kwietnia 2019

lew tołstoj - wojna i pokój

muszę przyznać że to było trudne nie ze względu na objętość chociaż cztery tomy to nie byle co, ale ze względu na skomplikowanie. tylu bohaterów nie widziałam dawno - ostatnio chyba w grze o tron (wiem również gdzie pan martin mógł podejrzeć zabieg pozbywania się znienacka postaci którą czytelnik uznał za jedną z głównych i nawet może trochę się z nią zżył). sprawę jeszcze dodatkowo zagmatwał mi fakt że bohaterowie mają imię nazwisko otczestwo tytuł (np. hrabia czy książę) a czasem i funkcję w wojsku czy urząd i te określenia stosowane są wymiennie. zanim ogarnęłam kto jest kim to doszłam do połowy drugiego tomu (nie mam mózgu do nazwisk).
w każdym razie udało się i nawet mi się podobało. to klasyka ale napiszę o co chodzi: rosyjskie wyższe sfery w obliczu wojen napoleońskich. tutaj pojawia się nowość dla mnie - napoleon tak wychwalany w polsce za postawienie się rosjanom i łaskawe zezwolenie na utworzenie księstwa warszawskiego jest tutaj przedstawiony z innej perspektywy - jako najeźdźca. z przykrością przyznaję że jetem ignorantką historyczną (zrzucę to na program nauczania w klasach o profilu ścisłym) ale była to dla mnie niespodzianka. poszerzająca horyzonty. w ogóle gdybym coś wiedziała więcej na temat tego okresu historycznego byłoby mi łatwiej. autor zakłada że czytelnik jest obeznany z wydarzeniami i omija wyjaśnienia. ale to nic, dałam radę dowiedziałam się wielu rzeczy.
ogólnie część obyczajowa jest interesująca, część wojenna trochę mniej. dużo jest szczegółowych opisów zapatrywań autora na historię jako (uwaga spoiler alert!) wynik raczej warunków zewnętrznych niż woli czy to pojedynczego człowieka będącego u władzy czy też woli narodu (cokolwiek to znaczy).
część pokojowa dzieje się na salonach moskwy i petersburga, wszyscy się znają i co chwilę spotykają na balach obiadach i przy innych okazjach. zajmują się głównie swataniem młodzieży która się trochę gubi w swoich uczuciach a trochę wojna im przeszkadza, ale to nic i tak wszyscy co chwilę na siebie wpadają, to mały kraj.
ogólnie polecam jak ktoś lubi grube realistyczne lektury trochę rozrywkowe (bo są i żarciki) trochę edukacyjne. a ja mogę obejrzeć serial i będę wiedziała o co chodzi :D

piątek, 29 marca 2019

aldous huxley - wyspa

świeże wrażenia z ostatniej powieści huxleya - prehipisowskiej utopii. to krok do przodu i po skosie w stosunku do nowego wspaniałego świata, opis szczęśliwego i ogarniętego społeczeństwa żyjącego na odciętej nieco od świata tropikalnej wyspie pali. zostawiono ją w spokoju ze względu na niekorzystne warunki brzegowe, niestety w czasach współczesnych łatwiej dostać się wszędzie, a że na pali jest ropa naftowa, zainteresowanie wyspą rośnie i na pewno nadchodzą zmiany. póki co palijczycy rozwinęli sobie społeczeństwo w oddaleniu od goniącej za postępem ekonomicznym i technologicznym reszty ludzkości. wszystko opiera się na buddyźmie z elementami hinduizmu i agnostycycmu (co komu pasuje), kompleksowej edukacji zawierającej również naukę kontaktu z własnymi emocjami i radzenia sobie z nimi oraz finansowanej przez państwo antykoncepcji i seksie tantrycznym. palijczycy zdecydowanie wolą być niż mieć co niektórym wyraźnie przeszkadza no bo ta ropa tam leży bezczynnie a przy okazji rynek taki niewykorzystany.
główny bohater przybywa na wyspę reprezentując siły chcące wprowadzić zmiany, jednak pod wpływem spotkań z mieszkańcami jego cynizm topnieje a w jego miejsce pojawiają się wątpliwości. palijczycy i och utopia jest taka wspaniała że łatwo im przeciągnąć kogoś na jasną stronę mocy, szczególnie że jednym z ich narzędzi jest moksza - halucynogenny narkotyk po którym człowiek odczuwa jedność ze wszechświatem.
łatwo zauważyć że huxley nie darzy współczesnego mu systemu szczególną sympatią i uprawia do czasu radosne marzycielstwo o wyspach szczęśliwych. muszę przyznać że przemawia to do mnie jako odwiecznej anarchistki teraz jeszcze bardziej sceptycznej w temacie hmmm rzeczywistości. nie przeszkadza mi nawet trochę dydaktyczna forma książki (bohaterowie dają mini wykłady o różnych aspektach życia na pali). huxley tłucze po głowie łopatą uważności wpisuje się w trendy odnowy duchowej i ekhem rozwoju osobistego lat 60 a dokładając seks tantryczny jako metodę na oświecenie i kwasopodobne jazdy staje się idolem hipisów.
utopia wiadomo pozostanie zawsze w sferze marzeń, hipisi wszystko zepsuli skupiając się na uciekaniu od rzeczywistości ale wyspę polecam bo zastanowić się zawsze można.
książka podobała się również mojemu psu który przeżuł jej brzegi (niechlujny czytelnik) i z tego powodu zostałam właścicielką egzemplarza wcześniej bibliotecznego. nie żałuję.

wtorek, 20 sierpnia 2013

kurt vonnegut - pianola

pierwsza powieść jednego z moich najulubieńszych pisarzy. szukałam czegoś do czytania i leżała pod ręką więc zabrałam się za nią kolejny raz. rzecz dzieje się w przyszłości, po trzeciej wojnie światowej, ameryka się pięknie ogarnęła przy pomocy komputerów. bardzo wydajnie sterują wytwarzaniem dóbr i oceniają ludzi pod względem przydatności dla systemu. doktorzy nauk różnych mają szansę na pracę, konkretne zarobki i wysoki status społeczny (dopóki ktoś nie wymyśli komputera wykonującego ich pracę lepiej) natomiast reszta może iść do wojska lub do brygad remontowych którym komputery przydzielają zadania (no chyba że jest się kobietą, wtedy zajmujemy się domem za pomocą supernowoczesnych sprzętów i oglądamy telewizje, chyba że uda nam się wmężyć do klasy wyższej), żeby ludzie nie nudzili się specjalnie, wybierają im meble i sprzęty agd potrącając oczywiście z pensji. inżynierowie i reszta doktorów natomiast są elita kraju i zabawiają się na obozach gdzie w zdrowej atmosferze rywalizacji przyczyniają się śpiewami i oglądaniem sztuk teatralnych do ciągłego rozwoju ludzkości ku chwale systemowi. nie wszystkim jednak się to podoba, główny bohater, dyrektor jednego z głównych zakładów przemysłowych w kraju, zaczyna zauważać brak sensu w systemie działającym tylko dla utrzymania samego siebie. dołącza wiec do podziemnego ruchu oporu dążącego do antymechanicznej rewolucji. wszystkiemu z boku przygląda się odwiedzający najwydajniejsze mocarstwo świata szach pewnego wschodniego kraju, komentujący wszystko złośliwie w swoim języku. bardzo to zabawne, trochę smutne i trochę prawdziwe, bo ludzie są w stanie zrobić bardzo dużo również głupich czy niewłaściwych rzeczy dla "narodowej [a właściwie nawet światowej] świętej trójcy - Wydajności, Oszczędności i Jakości".

niedziela, 17 lutego 2013

francis scott fitzgerald - piękni i przeklęci

a raczej piękni i nieogarnięci. dawno nie spotkałam takich męczących marudzących i beznadziejnych bohaterów literackich. książka owszem napisana jest bardzo ładnymi zdaniami ale interesujący język i forma to nie wszystko. a treść, no cóż - historia anthonego i glorii, pięknych ludzi z zamożnych domów którzy zakochują się w sobie pobierają a później przepuszczając radośnie wszystkie pieniądze staczają się na samo dno (w sam środek klasy średniej :P). co jakiś czas próbują się ogarnąć, anthony próbuje pracować, ale tak naprawdę to chciałby być pisarzem, ale to takie trudne, trzeba coś robić, a w ogóle czy to ma sens, bo kumpel mniej zdolny i inteligentny odniósł sukces literacki, co za świat okrutny. gloria jest skupiona na sobie i swojej urodzie, której nie pomaga ciągłym imprezowaniem, ale przecież dobrze się bawi, o i to futro jest fajne, nie bardzo nas na nie stać ale później będziemy się zastanawiać, nie będziemy przecież wegetować oszczędzając.
bardzo trudno mi się brnęło przez opisy głębokich przemian psychologicznych tych dwojga (od radosnych utracjuszy całym światem u stóp do zgorzkniałych trzydziestoletnich zubożałych alkoholików) przy braku jakiejkolwiek autorefleksji z ich strony. czekałam że może zapiją się na śmierć. niestety.

piątek, 2 grudnia 2011

philip roth - kompleks portnoya

zanim dopadłam portnoya, ciągle napotykałam się na niego w różnych miejscach, gdzie pisano że zabawny i obrazoburczy. jako że bardzo lubię takie połączenie, z radością zauważyłam że w bibliotece portnoya nikt nie chce i leży i czeka na mnie. teraz już wiem dlaczego leżał w kurzu, zawiodłam się straszliwie. nie żebym specjalnie szukała skandalu w moich lekturach, ale mam prawo mieć pewne oczekiwania jeśli książka posiada jednoznaczną opinię, która powstałą chyba zaraz po jej wydaniu (1969), a teraz oburzać się mogą jedynie pewne kręgi (silnie tradycyjne polskie, religijni fanatycy itp :P). opowieść głównego bohatera kręci się wokół seksu i masturbacji oraz związanych z nimi poczucia winy i poniżenia, ale takie rzeczy jakoś mnie specjalnie nie ruszają (wychowali mnie min henry miller i palachniuk :P więc coś musi być naprawdę mocne żebym poczuła się oburzona/poruszona/zniesmaczona). Najbardziej obrzydliwe wydało mi się ciągłe jęczenie głównego bohatera, bo książka to jego monolog u psychoterapeuty. Biedaczek nie może sobie poradzić ze swoim życiem z powodu silnie kastrującej matki i opresyjnie drobnomieszczańskiego domu rodzinnego, powodujących u niego ciągłe poczucie winy z powodu każdej życiowej przyjemności. rozumiem że ktoś może mieć problemy i niskie poczucie własnej wartości, ale bezproduktywne jęczenie o tym przez całą książkę to przesada.
zniosłabym to wszystko, gdyby tylko zabawność książki nie została tak bardzo przeceniona przez przedczytaczy. żarty o masturbacji i ojcowym zatwardzeniu po prostu do mnie nie trafiły (i nie chodzi tu o wyrafinowane poczucie humoru, bo na przykład chamskiego i bezsensownie wulgarnego wilqa uwielbiam). nie wiem czy to kwestia chwilowej ułomności poczucia humoru czy może fakt że opisywane środowisko jest zbyt odległe od mojego i brak podobnych do portnoyowych doświadczeń powoduje że nie reaguję na nie terapeutycznym śmiechem. Wszystko to wydało mi się bardzo smutne: problemy bohatera, ograniczenia jakie ma w głowie, jego chora rodzina i jego narzekania. A może to tylko listopad (tak tak spóźniona notka), słoneczny i ciepły ale jednak.
oddam tutaj :)

czwartek, 20 października 2011

vladimir nabokov - ada albo żar

wypożyczenie książki o 800 stronach w twardej okładce aby ją czytać w drodze do pracy było bardzo mądrym pomysłem i mój kręgosłup ciągle mi dziękuje. szczególnie że ada jest dość skomplikowana, ma długie zdania i bardzo dużo odwołań, aluzji i symboli i nie da się jej pochłonąć w jeden wieczór. historia jest dość prosta, młodzi kuzynowie, ada (12 lat) i van (14 lat) wdają się w romans pewnego lata w arkadyjskiej wiejskiej posiadłości jej rodziców. spotykają się potajemnie w zakamarkach wielkiego domu i rozległej posiadłości oddając się erotycznym zabawom. zapoczątkowana tak miłość rozwija się przez całe ich życie, i nie dość że niezbyt prosta i bez szans na akceptację z zewnątrz, komplikuje się dodatkowo gdy okazuje się że kuzynowie są naprawdę rodzeństwem, a do tego w vanie zaczyna kochać się ich wspólna młodsza przyrodnia siostra. temat skandalizujący, ale trochę umyka w zalewie skomplikowanych zdań pełnych erudycji i nawiązań do klasyki powieści. jako że jestem słaba w tym temacie i nie ogarnęłam większości, za to skupiłam się na zabawnej i (tu zaskoczenie) fantastycznej stronie ady. bo akcja dzieje się na planecie podobnej do ziemi, której historia potoczyła się jednak inaczej, inny jest podział geopolityczny i inne technologie są stosowane, na przykład nie używa się prądu elektrycznego a nawet jest on tabu i raczej się o nim nie rozmawia (co dziwne teraz czytam inną książkę i również występuje w niej niechęć do elektryki). narrator prowadzi także dywagacje na temat czasu i przestrzeni, tego jednak zupełnie nie pojęłam (powinnam się chyba przerzucić na jakieś mniej wymagające lektury, mózg w porannym, autobusie nie działa jak powinien).
w każdym razie jeśli ktoś lubi grube książki i długie zdania to polecam, ale mimo erotycznego wątku nie należy się specjalnie napalać na pikantne sceny no i dobrze znać francuski, bo bohaterowie jako osoby wykształcone często używają tego języka.

piątek, 14 października 2011

henry david thoreau - walden czyli życie w lesie

niby klasyka, a dotarłam nad walden od innej strony tzn przez pana kerouaca, mojego ulubionego ostatnio pisarza. fragmenty włóczęgów dharmy i big sur opisujące siedzenie w samotności na zadupiu są silnie inspirowane thoreau i nikt tego nie ukrywał (szczególnie pan autor). a po tym jak przypomniałam sobie że mam bibliotekę z możliwością zamawiania książek przez neta pod nosem, upolowałam tam waldena (a może złowiłam bardziej, bo to staw). no więc klasyka klasyką, ale może nie każdy wie o co chodzi, pan thoreau żył sobie w xix wieku, był poetą (nie tylko pisał wiersze ale przede wszystkim starał się żyć poezją), pisarzem i filozofem. pewnego razu wpadł na pomysł żeby zamieszkać sobie w lesie, nad stawem walden, we własnoręcznie wybudowanym domu, ograniczyć konieczną pracę do minimum i żyć sobie w prostocie i spokoju. jak pomyślał tak zrobił, dwa lata mieszkał w drewnianej chacie i doświadczenie swoje opisał w tej właśnie książce. zawarł w niej zarówno praktyczne porady dotyczące budowania domu czy też hodowania fasoli i dokładne wyliczenia ile kosztowała go ta zabawa, jak i filozoficzne rozmyślania na życiowe tematy, które mimo upływu ponad 150 lat dalej są aktualne. a może nawet jeszcze aktualniejsze. pan henryk porusza bowiem tematy konsumpcjonizmu, pędu do posiadania nie do końca potrzebnych przedmiotów, co prowadzi nie tylko do przywiązania do materialnych rzeczy ale wprost do podporządkowania się człowieka przedmiotom. i tak zamiast cieszyć się życiem trzeba pracować aby utrzymać dom, farmę czy status społeczny. nadmierna konsumpcja prowadzi do eksploatacji środowiska naturalnego ponad miarę, co chyba w tamtych czasach nie było aż takim problemem jak obecnie. pan thoreau był skrajnym i bardzo minimalistycznym przykładem, jednak może warto się zastanowić nad zasadnością potrzeb i ich źródłem. bo część z nich na pewno powstaje w głowach sprytnych marketingowców ;P.
życie w lesie jest bliskie natury, bardzo ładne (i wciągające! tak tak, chyba nadszedł czas na nad niemnem :P) są opisy stawu, otaczającego go lasu i zwierzątek co w nim mieszkają. siedzimy z panem autorem na progu domku, wokoło zmieniają się pory roku i zawsze dzieje się coś ciekawego :) (ehh to chyba już starość), a on snuje swoje opowieści stosując baaaaardzo długie zdania (uwielbiam) i dużo dygresji. więc jak ktoś lubi konkrety to ostrzegam, że może być ciężko, bo akcji to tu za wiele nie ma ;).
oczywiście nie byłabym sobą jeśli nie znalazłabym kilku rzeczy które mi nie pasują. bardzo wyłazi z pana autora jego purytańskie hmm wychowanie, czy może lepiej krąg kulturowy w którym się obracał, mimo odrzucania zinstytucjonalizowanej religijności. bo odrzucanie estetyki jako pustej i bezcelowej (w stylu po co budować domy o wymyślniejszej formie jeśli cztery proste ściany i dach również spełnią swoją rolę), czy też bardzo silne przeciwstawianie się "zmysłowym uciechom" (bo po imieniu również nie zostały nazwane, bo to przecież takie nieskromne) to według mnie bardzo duża przesada i ograniczanie siebie i swojego życia, które przecież według autora należy przeżywać w pełni. no ale nie można zbyt wiele od tresowanych w moralności amerykanów wymagać, na szczęście poczucia humoru w książce nie brakuje.
dobrze mi zrobiła ta lektura, cisza i spokój to coś czego mam ostatnio wielki deficyt, trudno rzucić wszystko i zamieszkać na odludziu, ale poczytać o tym można, a nawet śmiem stwierdzić że należy.

środa, 31 sierpnia 2011

henry miller - zwrotnik raka

lata 30, bohater (książka pisana jest w pierwszej osobie), amerykanin, włóczy się po paryżu zmarznięty i głodny. nie omija żadnej okazji darmowego jedzenia (ma tygodniowy grafik stołowania się u znajomych), darmowego nocowania i seksu (a czasem wszystkiego na raz a i tak na końcu zdolny jest okraść prostytutkę) a później wszystko zapisuje. no i właśnie przez ten seks zwrotnik traktowany jest często jako obrazoburcza, tania pornografia i może dla kogoś jest, jeśli jednak nie skupiać się jedynie na opisach (fakt, dość bezpośrednich) stosunków, znaleźć można nawet filozoficzne kawałki :P. poza tym język jakiego pan miller używa połyka czytelnika i długo nie chce puścić. jest bezkompromisowy zarówno w wulgarności jak i melancholii jak również w wyrażaniu poglądów antymieszczańskich i antycywilizacyjnych. technika pędzi do przodu a ludzie pozostali w jaskiniach, harując i konsumując bezmyślnie i bezrefleksyjnie (mimo że książka napisana w latach 30 zeszłego wieku to chyba niewiele się zmieniło). trudno się jednak z tego wyrwać, bo przecież jeść trzeba a i jakaś laska czasem by się przydała. tak więc nawet bohater znajduje pracę jako korektor i użera się z głupim szefem i współpracownikami - idiotami.
książka nie jest jednak tylko ponurym narzekaniem na społeczeństwo, jest też chwilami bardzo zabawna, czasem trochę obleśno-zabawna, więc jeśli ktoś ma słabe nerwy i duże wymagania estetyczne to raczej niech uważa :P.
a i jeszcze jedno ostrzeżenie. miłośnicy paryża jako pięknego miasta miłości powinni trzymać się z daleka. paryż jest brudny, śmierdzący, hotele są pełne robactwa a wiatr hula ulicami. seks jest wszechobecny, ale nie romantyczny na kwiatowym łożu, ale szybki z tanią dziwką (należy mieć nadzieję że niczego się nie złapie), i bardzo, bardzo fizyczny.
więc ostrzegam ale i zdecydowanie zachęcam :D.

wtorek, 23 sierpnia 2011

herbert george wells - ludzie jak bogowie

oldschoolowe ale cały czas aktualne science fiction. w 1921 roku grupka anglików zostaje nagle przeniesiona do świata równoległego, któy przechodził podobną drogę rozwoju jak i ziemia, ale aktualnie panuje tam pokój, dobrobyt i wegetarianizm (:P). ludzie żyją w harmonii ze sobą i światem, biegają nago, nie krępują się religiami czy pseudomoralnyumi zakazami (żyją ze sobą bez ślubu!). ta idylliczna anarchia działa ponieważ społeczeństwo to jest na dużo wyższym poziomie rozwoju i nie bawią ich zdobywanie władzy nad innymi czy posiadanie więcej od sąsiada. jednocześnie cały czas rozwijają się technologicznie, większość ludzi kształci się w wybranym przez siebie kierunku i w idealnych warunkach osiąga wyżyny swoich intelektualnych możliwości dla dobra całego świata. w tą idylliczną utopię wpadają ziemianie i po pierwszym zaskoczeniu postanawiają opanować nieambitnych w ich mniemaniu tubylców. nawet w innym wymiarze nie potrafią wyzbyć się swojego wąskiego myślenia, bardzo ładnie wyszydzonego przez pana wellsa w scenach świętego oburzenia duchownego nie potrafiącego przełknąć aseksualnej nagości czy opisującego śmieszne w tej sytuacji (i w sumie nie tylko w tej) przywiązanie narodowe, wieczne brytyjsko-francuskie animozje i zamartwianie się do którego państwa należeć będą zdobyte tereny. jeden tylko ziemianin widzi szaleństwo w głowach swoich towarzyszy, on jednak już w domu zdegustowany był światem i potrafi docenić krainę do której trafił a jednocześnie czuje swoją niższość intelektualną w porównaniu z utopianami wyprzedzającymi go o kilka tysiącleci.
książka opublikowana prawie 90 lat temu, ale nadal jest niestety aktualna. już nie chodzi o opisany system społeczno - ekonomiczny, lekko komunizujący i w sumie podporządkowujący jednostkę społeczeństwu ale w jakiś taki sympatyczny sposób no i przede wszystkim bez przymusu, a raczej opierający się na dojrzałości jednostek. zresztą chyba każdy system stawia ramy indywidualności, mniejsze lub większe i każe tych co chcą za nie wyleźć. książka daje do myślenia, bo mimo że trochę lat minęło, mamy kolejne stulecie i nawet tysiąclecie a niewiele zmądrzeliśmy. na księżyc się wybraliśmy a nierozwiązanych problemów na ziemi nie ubywa. i tak w porównaniu z większością ludzkości jestem na uprzywilejowanej pozycji, ale czasem jak trafię na wiadomości (rzadko oglądam żeby się nie denerwować burakami), to mam wrażenie że ogromne ilości energii i zaangażowania można by wykorzystać w sympatyczniejszy i zdecydowanie pożyteczniejszy sposób.
powieść kończy się powrotem głównego bohatera do domu (chciał zostać w utopii ale sam zrozumiał że nie był wystarczająco zaawansowany intelektualnie żeby żyć w tym świecie) i zmianą jego życia - rzuca bezsensowną pracę, wspiera synka w dążeniach do zdobycia wykształcenia na polibudzie. ma nadzieję że ludzkość ma przed sobą bardzo odległą ale i bardzo świetlaną przyszłość. ciekawe czy zmieniłby zdanie wiedząc czo czeka świat w xx wieku, który pokazał co ludzie potrafią zrobić w imię w sumie trudno powiedzieć czego. i wciąż refleksja i nauka na własnych błędach nie jest naszą dobrą stroną.

wtorek, 28 czerwca 2011

william faulkner - światłość w sierpniu

dawno już nie spotkałam w książce tylu świrów (a czytałam niedawno lot nad kukułczym gniazdem). amerykańskie południe, gorąco a ludzie, którym gotują się głowy, zagłębiają się w swoich obsesjach głównie religijnych i rasowych. bo mamy tu ciągle segregację rasową, zadawanie się z czarnymi może być niebezpieczne, a jeśli ktoś jest przypadkiem nieślubnym dzieckiem na dodatek jakiegoś mulata (i do tego jest się wychowywanym przez człowieka z religijną manią) to już w ogóle kończy się pożarem i morderstwem. męcząca ta książka, ludzie żyją w myśl sztywnych zasad, przekonani o swojej racji i nagrodzie w niebie, niszcząc życie swoje i tych mających pecha żyć obok (ojciec pozwalający wykrwawić się córce rodzącej nieślubne dziecko półmurzyna). wiem że kiedyś było inaczej i trudno dopasowywać opisywane sytuacje do dzisiejszej rzeczywistości, jednak nie byłą to najprzyjemniejsza lektura (ehh niedługo chyba skończę jako czytelniczka harlekinów i innej lekkiej literatury kobiecej z happy endem :P).
co mi się podobało to sposób prowadzenia narracji, raz z jednaj strony raz z drugiej, czasem z perspektywy główniejszych bohaterów, a czasem osób będących jedynie świadkami wydarzeń, które są wynikiem kilku splatających się luźniej lub mocniej historii. mamy tu kobietę w nieślubnej ciąży szukającą ojca dziecka i zakochanego w niej sumiennego pracownika tartaku, który zmusza nie do końca ogarniętego pastora do wysłuchiwania swoich moralnych wątpliwości. z drugiej strony jest człowiek szukający swojej tożsamości rasowej i społecznej przy okazji, bo choć nie wygląda, w jego żyłach płynie murzyńska krew, a to komplikuje sprawę na amerykańskim południu. wychowany został przez religijnego fanatyka, ma więc problemy z kobietami i agresją a sypia ze starą panną mieszkającą na uboczu, dla której jest atrakcyjny właśnie z powodu swojej czarności. wszystko to się miesza i przeplata i w pełnym słońcu zmierza powoli ale nieubłaganie prosto do katastrofy.

czwartek, 26 maja 2011

ken kesey - lot nad kukułczym gniazdem

o tej książce chyba każdy słyszał, przeczytał ją albo obejrzał film, tylko ja taka zapóźniona. myślałam, że czytałam ją w zamierzchłej przeszłości na fali zainteresowania świrami i psychiatrykami, a to przecież klasyka w tym temacie. film widziałam kiedyś dawno temu, a pierwowzór literacki przeczytałam właśnie pierwszy raz, jako ostatnią książkę pana keseya wydaną w naszym pięknym kraju.
sytuacja wygląda tak, na oddział psychiatryczny rządzony twardą ręką przez przerażającą oddziałową, na przymusowe leczenie trafia mcmurphy - cwaniak i oszust często wdający się w bójki, wolący szpital dla umysłowo chorych od farmy reedukacyjnej. jednak przestaje mu się to podobać kiedy widzi jak bardzo zastraszeni są pacjenci przebywający na oddziale, którzy trzymani są w ryzach przez personel umiejętnie wykorzystujący ich słabości, choroby i lęki (strach przed matką, podejrzenia o homoseksualizm itp). ludzie ci nie są w stanie żyć w społeczeństwie a pobyt w szpitalu tylko pogłębia ich stan i utwierdza w przekonaniu że nie poradzą sobie w zewnętrznym świcie wilków, bo są słabymi puszystymi królikami. oddziałowa zamiast ich leczyć, upaja się swoją władzą manipulując tu i tam, upokarzając pacjentów i umacniając swoją władzę. nowy pacjent próbuje rozruszać towarzystwo rozpoczynając wojnę z władczą pigułą. śmiech przeciwko bezsensownemu regulaminowi, głupie pytanie przeciwko władczym manipulacjom. pacjenci zaczynają się budzić z letargu, jednak wiadomo, nic nie jest proste, a szczególnie wyrwanie się na wolność spod władzy ludzi upajających się swoją wszechmocą.
narratorem książki jest indianin, od wielu lat w szpitalu, uważany za głuchego i wykorzystywany do sprzątana korytarzy, dzięki czemu słyszy i obserwuje rzeczy nieprzeznaczone dla pacjenckich uszu. na dodatek widzi również prawdziwe oblicze sytuacji, wielki kombinat próbujący naprawiać w szpitalu wybrakowanych ludzi, pod osłoną nocy wszczepiający im urządzenia, kółka zębate i inne mechaniczne elementy w celu umożliwienia im powrotu do społeczeństwa, czyli świata kontrolowanego przez kombinat. do szpitala trafiają ludzie którzy oparli się próbom poskramiania przez kombinat w szkołach i innych miejscach produkujących taśmowo takich samych ludzi. sam indianin nie został uformowany właśnie z powodu że był indianinem, stracił swoją ziemię pod budowę wielkiej tamy, jego ojciec, wcześniej wielki wódz, zmalał pod wpływem białej żony, rządu i wódki, on sam również zmalał, przestał byś zauważany i wpadł w mgłę w której bardzo łatwo się zgubić. w szpitalu nauczył się siedzieć w mgle bez ruchu, bo czasem wciągała go do gabinetu elektrowstrząsów. One i lobotomia to ostateczne narzędzia kombinatu do naprawiania zepsutych obywateli.
książka jest już klasyką, nie będę jej tu więc specjalnie analizować, bo wielu mądrzejszych ludzi zrobiło to przede mną. jest tu motyw ewangelicznego poświęcenia się w celu ocalenia innych, władza i manipulacja no i wiadomo pojawia się system pod postacią kombinatu, wprawdzie w wizjach szalonego indianina, więc można sobie nie zawracać głowy i dalej jeść pigułki jakie dadzą i stosować się do regulaminu a może uda się uniknąć elektrowstrząsów. swoją drogą kuracja ta okazała się skuteczna dla indianina w otrząśnięciu się z resztek mgły, rozwiewanej niego przez mcmurphego.
pomimo przygnębiającego tematu i świadomości, że opisane sposoby traktowania pacjentów nie wzięły się z sufitu, a pan autor czerpał ze swoich własnych doświadczeń jako sanitariusza w szpitalu dla umysłowo chorych książka bywa chwilami naprawdę zabawna, no ale taki styl pana keseya.

czwartek, 28 kwietnia 2011

simone de beauvoir - mandaryni

francja, wojna (druga, światowa) właśnie się skończyła, jednak rozterki francuskich intelektualistów dopiero się zaczynają. podczas okupacji wszystko było proste: kolaboranci są źli, ruch oporu dobry, teraz jednak wszystko się komplikuje. z jednej strony prawica, patriotyczna ale to dobra pożywka dla faszyzmu, z drugiej komuniści, pokonali hitlera i budują lepszy świat ale chodzą jakieś plotki o obozach pracy. żeby publikować, co każdy intelektualista potrafi najlepiej, trzeba się na coś zdecydować, bo samemu do szerokich mas się nie dotrze a przecież trzeba je kształtować i tworzyć opinie, a dzięki temu zmieniać świat. z drugiej strony świat jakoś nie chce się zmienić. czy jest sens pisać? czy można iść na kompromisy żeby tylko się wypowiedzieć (nie pisać o gułągach żeby komuniści się nie obrazili)? pojawiają się jeszcze problemy z przyjaciółmi z ruchu oporu, z których niektórzy działali na dwa fronty. wszystkie te intelektualne problemy wydają się nieco oderwane od rzeczywistości, nie mam nic przeciwko zmienianiu świata, ale trudno to robić wikłając się w politykę pełną brudnych powojennych interesów. i męczą się biedacy tak przez dwa tomy. to nie są błahe sprawy, jednak bohaterowie podchodzili do nich jakoś od dupy strony, zupełnie nie mogłam ich pojąć. na szczęście w powieści był również drugi, nieco ciekawszy wątek, pani psychoanalityk rozdarta między nudnym mężem przyjacielem, który jej nie potrzebuje, a ekscytującym amerykańskim pisarzem. tu jednak też za dużo analizowania (czego można się po psychoanalityku spodziewać, może nieco więcej życiowości) i nierzeczywistości. wszystkie postacie się miotają od jednej skrajnej opinii do drugiej, nie potrafią się zdecydować i strasznie to męczące przy czytaniu. na dodatek te francuskie nazwiska nie do ogarnięcia, czytałam książkę zaspana w autobusie do pracy i czasem nie wiedziałam kto jest kim (nie nie jestem z tego dumna). może po prostu jestem za głupia na tego typu utwory a przeintelektualizowane nigdzie nie prowadzące dyskusje nudzą mnie.

piątek, 15 kwietnia 2011

agatha christie - n czy m?

mistrzyni kryminału tym razem o aferze szpiegowskiej. nie ma tu typowego agathowego trupa (poza wspomnianym zlikwidowanym brytyjskim agentem), jest za to druga wojna światowa a senne nadmorskie angielskie miasteczko może okazać się główną siedzibą piątej kolumny przygotowującej inwazję na wyspy. główni bohaterowie - tuppence i tommy beresfordowie, para w średnim wieku, pojawiają się w nadmorskim pensjonacie w przebraniu i niezależnie od siebie próbują rozwikłać zagadkę i schwytać dwójkę niemieckich agentów, kobietę i mężczyznę, n i m. dodatkowo mamy, jak zwykle u pani aghaty, obyczajowe obrazki i nieco ironiczny opis ludzi chroniących się w pensjonacie na zadupiu przed bombardowaniami. przy okazji trochę dywagacji na tematy patriotyzmu, służenia ojczyźnie i różnicy pomiędzy niemieckim szpiegiem pochodzącym z niemiec a niemieckim szpiegiem pochodzenia angielskiego. no i oczywiście wątek miłości z przeszkodami. intryga jest zakręcona ale muszę się pochwalić że odgadłam tożsamość kobiety szpiega, za to faceta nie podejrzewałam, jest więc remis :P.

poniedziałek, 28 lutego 2011

william gibson - neuromancer

klasyka cyberpunkowa, wiadomo: rzeczywistość materialna (nie powiem realna bo trudno to zdefiniować) zglobalizowana, rządzona przez ogromne zmutanciałe korporacje, które wytworzyły jakby własną tożsamość niezależną od ludzi, którzy myślą że są zarządzającymi, zwykli obywatele mieszkających w dziwnych miejscach (szczególnie w azji), uzależnieni od narkotyków, dziwnego seksu i próbujący przeżyć w dżungli miejskiej wśród złodziei pieniędzy, elektroniki, oprogramowania i narządów. z drugiej strony rzeczywistość wirtualna (w sensie niematerialności nie rzeczywistości) w która można się podpiąć i robić różne interesujące rzeczy np włamywać się w rządowe serwery i kraść informacje lub w bankowe bazy danych i kraść pieniądze. tym właśnie zajmuje się główny bohater, tzn zajmował się ale komuś się to nie spodobało i ten ktoś zepsuł mu połączenia mózgowe (bo do surfowania po sieci używa się mózgu, co bywa niebezpieczne przy spotkaniach z programami chroniącymi zawartość serwerów). bohater jest więc narkomanem ze zmasakrowaną trzustką i niedziałającym dobrze mózgiem, z laską która umiera i z podejrzanymi interesami. w tym momencie ktoś go zatrudnia, daje mu nowe narządy i profesjonalnych współpracowników (w tym superseksowną wysportowaną dziewczynę biegle posługującą się bronią palną i pazurami wyskakującymi z dłoni). nie wiadomo o co chodzi, bohaterowie podróżują po świecie i poza nim próbując nie tylko wykonać postawione przed nimi zadanie włamania się w podejrzane miejsce, ale i odkryć kto stoi za zleceniodawcami, ostatecznie natrafiając na znudzoną życiem sztuczną inteligencję :P. fabuła może i oklepana, szczególnie teraz gdy żyjemy w przyszłości i wszystko już było (a książka jest z 1983 roku), ale najciekawsze jest przedstawienie obu światów reala i wirtuala. lubię cyberpunkowe miasta w japońskim stylu (taak byłam w japonii wielokrotnie :P) z maleńkimi mieszkaniami wypełnionymi kablami, szemranymi ulicami z burdelami i nielegalnymi knajpami i narkotykami na każdym rogu. z drugiej strony sieć, do której wchodzi się całą świadomością, która bywa niebezpieczna i nikt nie wykorzystuje jej do dzielenia się swoimi sweet fociami (trudno powiedzieć czy to lepsze czy gorsze od rzeczywistości :P). no i problem tożsamości, osobowości, samoświadomości i sztucznej inteligencji, może nie tak bardzo głęboko poruszony jak np w ghost in a shell, ale każe się zastanowić zanim nazwiesz swojego laptopa henio :P.

wtorek, 18 stycznia 2011

arthur conan doyle - głębina maracot

cztery opowiadania fantastyczne pana od sherlocka holmesa. pierwsze dwa odnoszą się do tytułowej głębiny maracot, czyli miejsca na oceanie atlantyckim, gdzieś niedaleko wysp kanaryjskich. profesor maracot wraz ze współpracownikami opuszcza się na dno otchłani aby sprawdzić swoją teorię o niewielkim ciśnieniu na dnie morza. teoria zaskakująco okazuje się prawdziwa a na dodatek w głębinach odnajdują zatopioną przed wiekami atlantydę. mieszkańcy mają bardzo praktyczną wiedzę o chemicznych reakcjach min produkowaniu tlenu z wody i składania jedzenia z atomów. jednak dno oceanu jest niebezpieczne, nie tylko z powodu potworów morskich i trujących ryb, ale również diabelskich mocy mieszkających w zatopionej świątyni. zabawne wydało mi się wmieszanie w całą historię reinkarnacji, ale takiej dosłownej, trochę jak w draculi, że ta sama laska rodzi się drugi raz dla pana wampira (tzn tak było w filmie, do książki jeszcze nie doszłam).
dwa pozostałe opowiadania to przygody profesora challengera, bardzo inteligentnego typka, interesującego się wieloma aspektami świata (a w zasadzie wszystkimi), będącego świadomym swojej wiedzy i intelektualnej wyższości nad resztą ludzkości (ostatnio oglądam big bang theory i z czymś mi się taka postawa kojarzy:P). w pierwszym opowiadaniu profesor trafia na wynalazcę chwilowego dezintegratora, próbującego sprzedać swoja konstrukcję mocarstwu, które zapłaci najwięcej. w drugim natomiast profesor kopie w ziemi studnię o głębokości chyba 8 mil, w celu dowiedzenia swojej teorii, że planeta nasza jest w rzeczywistości żywym organizmem, a my tylko pasożytami na jej powierzchni.
lubię oldschoolowe science fiction, profesor challenger jest ujmującym bohaterem, a książce smaczku dodaje fakt, że jest chyba przedrukiem z przedwojennego wydania, więc zawiera zabawną ortografję i stylistykę :D

poniedziałek, 8 listopada 2010

mary shelley - frankenstein

czyli "twoja ambicja zabija ciebie" i nie tylko.
klasyka powieści gotyckiej, bardziej smutna niż straszna. historię zna chyba każdy - młody geniusz tworzy człowieka z niczego, niestety jest mało odporny psychicznie i prowadzi to do jego załamania nerwowego, a stworzenie ucieka z laboratorium i błąka się po świecie. no i właśnie. więcej tu opisów świata oczami potwora niż przerażających scen z laboratorium, morderstwa (bo te też się zdarzają) też nie zajmują dużo miejsca. stworzenie powoli uczy się świata dookoła siebie, obserwuje ludzi i dzięki temu ogarnia stosunki społeczne, uczucia a nawet uczy się języka (zdolna bestia ;p). czuje się samotnie, próbuje więc zaprzyjaźnić się z ludźmi, ci niestety traktują go jak potwora, bo jest brzydki, mimo że ma dobre zamiary i wysławia się inteligentnie. jest też wrażliwy, chce dobrze a dostaje kamienie i widły, więc obwinia swojego stwórcę za bezsensowne stworzenie, stresuje się, czego skutkiem jest zabójstwo małego brata Frankensteina a później kolejne zbrodnie. mimo to bardziej współczuję biednemu stworzeniu, niż głupiemu geniuszowi, który nie bierze odpowiedzialności za swoje dzieło, nie chce nawet z nim rozmawiać i uważa go za diabła. zrobił go brzydkim i obwinia go za ohydę. noo bez przesady. na dodatek nie myśli, doprowadzając do śmierci swojej ukochanej (fakt, potwór ją zabija, ale można było temu zapobiec), a wcześniej do skazania niewinnej dziewczyny na śmierć, w obawie przed oskarżeniem o śmieszność i niesprawność umysłową. to egoista zapatrzony w siebie, rozpaczający nad swoim grzechem, ale nie robiący nic żeby się poprawić czy nawet zapobiec katastrofie, która nadchodzi machając.
ehh smutne to bardzo, ale czytałam po angielsku, nie zrozumiałam wszystkich zastosowanych przymiotników, ale poznałam kilka nowych słów, które autorka powtarzała maniakalnie, np alas! bardzo praktyczny wykrzyknik w horrorze :P.

wtorek, 26 października 2010

gabinet figur woskowych


opowieści niesamowite. niemieckie, przedwojenne (przeddrugowojenne). zabrałam się za nie, żeby przed halloween wrzucić na podaj coś o przerażającej tematyce, jednak z każdym opowiadaniem przekonywałam się że książka zostanie na półce. wiadomo jak to z opowiadaniami jest, jedne lepsze, inne gorsze, niektóre przerażające, niektóre ohydne (jak to o koniach co się żywcem obierały ze skóry) a kilka było nawet zabawnych. najbardziej spodobało mi się to pana gustava meyrinka: mózg, który wyparował o hodowcy sztucznych mózgów, który jednak nie ma nic ze swojego geniuszu i hoduje mózgi dla rzeźnika. kilka opowiadań tego pana jest w gabinecie, ale mi i tak go mało ;P. jest też pan kafka, i pierwszy raz przeczytałam słynne opowiadanie o przemianie w robaka, było zaskakująco zabawne, przynajmniej do czasu.
książka idealna na mglisty październik, a przypomniała mi inną tez z niemieckimi przerażających historiach, nazywała się chyba czarny pająk i czytałam ją na kursie bhp jak poszłam na studia. muszę jej poszukać.

czwartek, 14 października 2010

sinclair lewis - elmer gantry

bardzo gruba książka i dość długo ją czytałam (i targałam w torbie tam i z powrotem). na początku jest zabawnie, przełom XIX i XX wieku, tytułowy elmer gantry z paryża (w stanie kansas) uczy się w szkole dla baptystycznych duchownych, jednak sami nie wie do końca czy chce zostać kaznodzieją, czy może handlowcem albo prawnikiem, bo w tych zawodach nikt nie oburza się jeśli człowiek trochę pije czy podrywa laski, a to elmer bardzo lubił. jednak odkrywa w sobie charyzmę i zdolność porywania tłumów, a na dodatek doznaje pewnego rodzaju nawrócenia no i uświadamia sobie że pastorowanie jest dość opłacalne, więc mimo tego że widzi pewnego rodzaju obłudę i brak zaangażowania w niektórych swoich nauczycielach, zostaje księdzem. mówimy tu o protestanckich duchownych, którzy mogą się żenić i są bardziej jak zwykli ludzie w porównaniu do księży katolickich, powinni jednak zachowywać się przyzwoicie (nie pić, nie palić, nie bałamucić kobiet zbyt otwarcie i nie głosić wywrotowych liberalnych haseł). elmer zaczyna w bardzo małej wiosce na totalnym zadupiu, ale ma ambitne plany. jednak już na samym początku ma problemy z kobietą, bo chciał się trochę zabawić, a ona nie chciała się odczepić. na szczęście udało się zażegnać kryzys i drzwi do kariery duchownego otworzyły się. elmer ma wielkie ambicje, interesuje go wysokie stanowisko w rodzaju biskupa, musi się więc napracować. jest pastorem w kościołach, wędrownym, prawie cyrkowym kaznodzieją a w końcu zostaje metodystą, bo u nich drabina kariery wydaje się łatwiejsza. po drodze niszczy ludzi, którzy stają mu na drodze, nie widząc w tym nic złego, i popada w coraz większą obłudę, aż ostatecznie dochodzi do momentu, w którym ma szansę na całkowita odnowę ameryki (moralną oczywiście) poprzez tępienie alkoholizmu, nieobyczajnego zachowania i ubierania się oraz bezsensownego i bluźnierczego przede wszystkim otwierania kin w niedzielę i jeżdżenia w ten dzień automobilami. przy okazji dostajemy opis duchownego środowiska, gdzie można spotkać obłudników, głupców oraz uczciwych ludzi pełnych wątpliwości, czy służenie ludziom w tej niezbyt świętej organizacji ma sens. do tego wszystkiego książka jest zabawna, oprócz kilku momentów kiedy jest przerażająca lub obrzydliwa (bo elmer to straszny dupek i cham).
pan lewis podobno w podobnym tonie opisywał również inne środowiska stanów zjednoczonych (jeszcze nie czytałam, ale mam zamiar) i dostał za to nobla, mimo że w domu był krytykowany za przedstawianie amerykańskiego społeczeństwa w niekorzystnym świetle :P.
oddam tutaj :)

wtorek, 21 września 2010

flannery o'connor - poczciwi wiejscy ludzie

ludzie są okropni czy wiejscy czy też miastowi, wszystko jedno. trzy opowiadanka z podłymi typami: cwaniaczkowaty sprzedawca biblii uwodzący niepełnosprawne wiejskie dziewczęta, uparty stary dziadek niecierpiący zięcia i reszty rodziny poza jedną ulubioną wnuczką upartą jak i on i seryjny morderca, który byłby sympatyczny gdyby nie to że w piękny słoneczny dzień zabija całą rodzinę spotkaną przypadkiem na polnej drodze. opowiadania są smutne, bo ludzie są podli albo nie potrafią się opanować ale jednak chwilami zabawne w dość dziwny sposób.
książka czyta się błyskawicznie (droga do pracy i z powrotem nie cała) no i ten południowo stanowy klimat, tylko mało pozytywna w przekazie.