Pokazywanie postów oznaczonych etykietą niewesołe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą niewesołe. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 27 września 2021

władysław reymont - chłopi

 

zabrałam się za chłopów po obejrzeniu trailera filmu częściowo animowanego, bardzo był fascynujący a ja ignorantka w tym temacie - jakieś fragmenty wciskane z niechęcią w liceum.  a jest to więcej niż klasyka, książka noblowska, a to nie byle co. trochę szkoda że jest lekturą (czy nadal jest? mam przeterminowane informacje) i przymus odziera ją z uroku. a wydaje mi się że jest ważna książka w kraju gdzie większość obywateli ma chłopskie korzenie, a przodków wyobraża sobie raczej jako wyższe warstwy społeczeństwa. to sienkiewicz jest narodowym pisarzem, każdy chętnie identyfikuje się z mieszkańcami dworków i pałaców, jednak prawda leży pod strzechami.

reymont opisuje polską wieś,  ciężko stwierdzić ile z tego to jego wyobrażenia i nakładki, bo przecież nie był chłopem. wizja wsi jest dość ponura, ludzie są biedni i walczą o przetrwanie. nic nie liczy się w obliczu wizji głodu przednówkowego, wysyła się starych członków rodziny zimą na żebry bo może braknąć dla nich jedzenia a nie są już niezbędni. rodzice ze swojej strony nie chcą przepisywać majątku na dzieci w obawie przed eksmisją. jednocześnie ludzie muszą żyć w gromadzie bo sami nie dadzą sobie rady w świecie bezlitosnym. nie jest to przyjemne miejsce do życia, każdy kto odstaje może zostać wygnany i musi radzić sobie sam. dość toksyczna sytuacja.

w tej dżungli walczących o przetrwanie dostajemy trójkąt, a w zasadzie czworokąt miłosny, jak w dobrej telenoweli. najpiękniejsza dziewczyna we wsi, zakochana z wzajemnością w chłopaku, który ma już żonę i dziecko, wydaje się, zachęcona przez matkę, za ojca swojego ukochanego. jest to najbogatszy we wsi gospodarz, wdowiec nie najmłodszy już ale najlepsza partia w okolicy. zakochał się na starość, zamiast dzieciom zostawić majątek, kupuje pierdoły swojej młodej narzeczonej. konflikt na każdym froncie.

jest też spór z dworem, bitw o las, kłótnie międzysąsiedzkie. ogólnie dużo się dzieje, można by z tego zrobić trzymający w napięciu serial.

całe to kłębowisko zanurzone jest w przyrodzie której opisy są malarskie i pełne rozmachu (przez reymonta zaczęłam się gapić w niebo). dzięki pięknu świata przyrody da się przetrwać w ludzkim bagnie. jeśli oczywiście ma się co jeść.

ogólnie polecam, prozę się nie bać lektury szkolnej, nie wszystkie są beznadziejne (teraz chyba coraz mniej sensownych).

wtorek, 20 sierpnia 2013

stanisław lem - powrót z gwiazd

historia jest prosta - główny bohater wraca z kosmicznej wyprawy trwającej dla niego 10 lat a tym czasem na ziemi minęło ich ze 120. świat zmienił się całkowicie, technologia poszła do przodu a ludzie są mili sympatyczni i nieagresywni dzięki przechodzonemu w dzieciństwie zabiegowi niszczącemu wszelkie mordercze instynkty. bohater jest całkiem zagubiony, nie może się przyzwyczaić do nowego stylu życia (całkiem fajowo opisane przedmioty, budynki, książki itp) ale i do społeczeństwa, które uważa za nieco ułomne, bo za jego czasów... ludzie już nie interesują się podbojem kosmosu (brakuje im "jaj" obciętych betryzacją), bohater ma więc problem ze swoim poczuciem wartości, leciał w kosmos jako bohater a wrócił i nikt nie wiwatuje. nawet w mordę nie umieją dać. eh ta dzisiejsza młodzież. na szczęście znajduje się laska oczarowana dzikością przeszościowca i wskakuje mu do łóżka. romans jest opisany jakby przez 15 latka a bohaterowie nie potrafią się wysłowić. strasznie to denerwujące. to i marudzenie jak to brak agresji jest dehumanizujący i całkowicie zatrzymuje postęp bo ryzyko jest takie ludzkie i pcha świat do przodu. taki trochę maczo pogląd wyłazi z lema i nie do końca mnie to przekonuje. a można było zająć się np. maszynami które w nowym świecie są oddzielone od ludzi, tzn ich obiegiem (produkcja serwis i złomowanie) zajmują się inne maszyny, a to co bohater słyszy w magazynie złomowiska może wskazywać na jakąś sztuczną inteligencję, duch w maszynie te sprawy, ale zamiast tego mamy młodego staruszka tęskniącego za "swoimi" czasami.

niedziela, 17 marca 2013

margaret atwood - rok potopu

postapokaliptyczne klimaty to jedne z moich ulubionych. na dodatek pani atwood daje radę jeśli chodzi o tworzenie wizji  niepokojącej przyszłości. w tym przypadku tytułowym potopem jest tajemnicza zaraza dziesiątkująca ludzkość nie biorąc pod uwagę czy mieszkają w korporacyjnych kompleksach czy w brudnych plebsopoliach. wysoko rozwinięta biotechnologia i genetyka nie potrafi jej pokonać  (a może właśnie ona je stworzyła?). przetrwają jedynie ludzie całkowicie odizolowani i dziwnym trafem wszyscy oni przed potopem należeli do zwariowanego ekologicznego kultu ogrodników. to sekta zapowiadająca standardowy koniec świata i skrupulatnie się do niego przygotowująca poprzez próby zyskania niezależności energetycznej, żywnościowej itp.
książka ma kilku narratorów widać więc świat z różnych kątów w tym także z perspektywy nie do końca ogarniającego go dziecka. niezbyt to miłe miejsce. w korporacyjnych kompleksach jest raczej bezpiecznie ale płaci się za to pełną kontrolą wszystkiego. na zewnątrz bywa różnie, można skończyć jako źródło ropy albo w sekretburgerze. jako sekretny składnik :P. taki stan rzeczy wg bożych ogrodników to oczywiście kara za grzechy człowieka jak rasy a najważniejszym z nich jest pycha i uważanie się za gatunek najwyższy. człowiek to tylko jeden z mieszkańców planety nie potrafiący żyć z nią w zgodzie rozpychający się na wszystkie strony i uważający że wszystko mu się należy. ale nie ma problemu, nadejdzie potop i wszystko ładnie wyczyści.
mimo apokaliptycznych wizji przyszłości (jak się zastanowić głębiej to nie takich zupełnie fantastycznych) rok potopu bywa momentami całkiem zabawny. każdy fanatyzm z boku wygląda dość niepoważnie, czy jest to niezachwiana wiara w technologię czy ekologiczne proroctwa, mimo że ostatecznie się sprawdzają.

niedziela, 17 lutego 2013

francis scott fitzgerald - piękni i przeklęci

a raczej piękni i nieogarnięci. dawno nie spotkałam takich męczących marudzących i beznadziejnych bohaterów literackich. książka owszem napisana jest bardzo ładnymi zdaniami ale interesujący język i forma to nie wszystko. a treść, no cóż - historia anthonego i glorii, pięknych ludzi z zamożnych domów którzy zakochują się w sobie pobierają a później przepuszczając radośnie wszystkie pieniądze staczają się na samo dno (w sam środek klasy średniej :P). co jakiś czas próbują się ogarnąć, anthony próbuje pracować, ale tak naprawdę to chciałby być pisarzem, ale to takie trudne, trzeba coś robić, a w ogóle czy to ma sens, bo kumpel mniej zdolny i inteligentny odniósł sukces literacki, co za świat okrutny. gloria jest skupiona na sobie i swojej urodzie, której nie pomaga ciągłym imprezowaniem, ale przecież dobrze się bawi, o i to futro jest fajne, nie bardzo nas na nie stać ale później będziemy się zastanawiać, nie będziemy przecież wegetować oszczędzając.
bardzo trudno mi się brnęło przez opisy głębokich przemian psychologicznych tych dwojga (od radosnych utracjuszy całym światem u stóp do zgorzkniałych trzydziestoletnich zubożałych alkoholików) przy braku jakiejkolwiek autorefleksji z ich strony. czekałam że może zapiją się na śmierć. niestety.

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

wiktor pielewin - kryształowy świat

nie będę się powtarzać, tym razem znów opowiadania tym razem 19, nie będę ich tu streszczać za dużo tego. niektóre bardziej do mnie przemówiły, inne mniej, raczej wolę dłuższe formy żeby się bardziej wkręcić w opisywaną rzeczywistość. w każdym razie standardowe motywy: niepewność rzeczywistości, skrajny subiektywizm, transcendentalne jazdy i radzieckie wynalazki :D niektóre opowiadania nie były ani trochę zabawne tylko smutne bardzo i może dlatego książka mniej mi przypadła do gustu niż poprzednio opisywany omon ra (bo ja wolę pozytywne złudzenia a nie krzywe jazdy :P). mimo to dalej jestem na tak.

stieg larsson - millenium. mężczyźni którzy nienawidzą kobiet

na swoje usprawiedliwienie powiem że leżało najbliżej podczas mojej chwili słabości. zaczęłam czytać i muszę przyznać że wciągnęło mnie jednak moja nieufność do bestsellerów pozostaje. bo oczywiście dobrze się to czytało i bywa chwilami zgrabnie napisane (niektóre momenty aż zgrzytały nie wiem czy to martwy pan autor czy może tłumacz poszalał - podstarzali mężczyźni w wieku 80 lat??) ale ogólnoświatowa podnieta jest już dla mnie czymś niezrozumiałym.
no i to całe społeczne tło, przemoc wobec kobiet (i to w szwecji tym raju na ziemi) temat bardzo na czasie, ale wydał mi się nieco naciągany i użyty w celach bardziej sensacyjnych niż jakichkolwiek innych. tak wiem to kryminał a nie rozprawa o chorym społeczeństwie ale 20 zamordowanych i torturowanych lasek dość dobrze wygląda ze względu na akcję. poza tym czy są seryjni mordercy zajmujący się facetami? (pewnie wyżywają się na wojnach). bo że szwecja to nie kraj idealny to wiadomo już od dawna i czytać można o tym w lepszych książkach (np. u pani axelsson) a millenium to zwykły thriller/kryminał aspirujący do czegoś czym nie jest. ale przyznaję że dobrze wchodzi i jak mnie najdzie ochota na jakieś czytadełko to może nawet pokontynuuję serię :P
i jeszcze jedna rzecz do czepienia się - chamski applowy product placement - skoro najlepsza hakerka świata (??) stosuje maki i ipady to o czymś świadczy nieprawdaż? :P

wtorek, 13 marca 2012

mitch cullin - kraina traw

zwykle jestem twarda i niewiele rzeczy mnie rusza ale tą książkę mogę określić jednym słowem - hardkor. historia jelizy-rose której rodzice to heroinowe ćpuny. matka umiera a ojciec zabiera małą na teksaski koniec świata na zapuszczoną farmę po jego matce. tam umiera w fotelu i całą książkę powolutku podgniwa a dziewczynka zupełnie nieświadoma bawi się w brudnym domu i dziwnej okolicy za towarzyszki mając tylko zdekompletowane lalki barbie do czasu kiedy spotyka sympatycznych sąsiadów - przerażająco ześwirowaną dell preparatorkę zwierząt oraz jej niedorozwiniętego brata dickensa. bardzo sugestywnie opisane są surrealistyczne wydarzenia dodatkowo przetworzone przez wyobraźnię osamotnionego dziecka a wszystko to w namacalnym kurzu i brudzie który cały czas czułam czytając. najbardziej przerażające była dla mnie kompletna nieświadomość jelizy-rose tego co się z nią dzieje (wiem wiem to ucieczka przed chorą rzeczywistością) no i te okropne lalki (ale zawsze się bałam lalek a najbardziej tych pseudobobasów co każdej dziewczynce były wciskane). za bardzo mi ta książka weszła w wyobraźnię i nie było to miłe, ale podejrzewam że znaczy to że jest dobra. w każdym razie nigdy więcej.

poniedziałek, 19 grudnia 2011

nick cave - śmierć bunnego munro

i znów miało być zabawnie a było obrzydliwie. dałam się zwieść okładkowej pochwale napisanej przez pana od trainspottingu i porno i tylko się zestresowałam. główny bohater to cham i prostak uważający się za najwspanialszego człowieka na świecie, na dodatek uzależniony od seksu, każdą napotkaną kobietę ocenia pod kątem nadawania się do przelecenia. jego żona popełnia samobójstwo, on zupełnie nie rozumie dlaczego, stresuje się tym że musi zająć się synem (a zupełnie nie potrafi) i tym że ma wizje żony podczas uprawiania seksu z innymi kobietami. śmierć bunnego jest zapowiedziana w tytule, bardzo na nią czekałam, doczekałam się ale się nie usatysfakcjonowałam. nie podobało mi się i tyle, nie chcę więcej myśleć o tej książce.

piątek, 2 grudnia 2011

philip roth - kompleks portnoya

zanim dopadłam portnoya, ciągle napotykałam się na niego w różnych miejscach, gdzie pisano że zabawny i obrazoburczy. jako że bardzo lubię takie połączenie, z radością zauważyłam że w bibliotece portnoya nikt nie chce i leży i czeka na mnie. teraz już wiem dlaczego leżał w kurzu, zawiodłam się straszliwie. nie żebym specjalnie szukała skandalu w moich lekturach, ale mam prawo mieć pewne oczekiwania jeśli książka posiada jednoznaczną opinię, która powstałą chyba zaraz po jej wydaniu (1969), a teraz oburzać się mogą jedynie pewne kręgi (silnie tradycyjne polskie, religijni fanatycy itp :P). opowieść głównego bohatera kręci się wokół seksu i masturbacji oraz związanych z nimi poczucia winy i poniżenia, ale takie rzeczy jakoś mnie specjalnie nie ruszają (wychowali mnie min henry miller i palachniuk :P więc coś musi być naprawdę mocne żebym poczuła się oburzona/poruszona/zniesmaczona). Najbardziej obrzydliwe wydało mi się ciągłe jęczenie głównego bohatera, bo książka to jego monolog u psychoterapeuty. Biedaczek nie może sobie poradzić ze swoim życiem z powodu silnie kastrującej matki i opresyjnie drobnomieszczańskiego domu rodzinnego, powodujących u niego ciągłe poczucie winy z powodu każdej życiowej przyjemności. rozumiem że ktoś może mieć problemy i niskie poczucie własnej wartości, ale bezproduktywne jęczenie o tym przez całą książkę to przesada.
zniosłabym to wszystko, gdyby tylko zabawność książki nie została tak bardzo przeceniona przez przedczytaczy. żarty o masturbacji i ojcowym zatwardzeniu po prostu do mnie nie trafiły (i nie chodzi tu o wyrafinowane poczucie humoru, bo na przykład chamskiego i bezsensownie wulgarnego wilqa uwielbiam). nie wiem czy to kwestia chwilowej ułomności poczucia humoru czy może fakt że opisywane środowisko jest zbyt odległe od mojego i brak podobnych do portnoyowych doświadczeń powoduje że nie reaguję na nie terapeutycznym śmiechem. Wszystko to wydało mi się bardzo smutne: problemy bohatera, ograniczenia jakie ma w głowie, jego chora rodzina i jego narzekania. A może to tylko listopad (tak tak spóźniona notka), słoneczny i ciepły ale jednak.
oddam tutaj :)

poniedziałek, 21 listopada 2011

charles yu - jak przeżyć w fantastycznonaukowym wszechświecie

tytuł i okładka sugerują powieść science fiction o szalonych przygodach związanych z podróżami w czasie. jest to faktycznie scifi i o wehikułach czasowych opowiada, ale opisane przygody to zdecydowanie nie ucieczki przed dinozaurami. główny bohater konserwuje wehikuły czasu i pomaga zagubionym podróżnikom, sam żyjąc w zawieszonym w bezczasie pojeździe z nieistniejącym psem i systemem operacyjnym. jego ojciec zniknął w zaprojektowanym przez siebie wehikule a matka żyje w komercyjnej godzinnej pętli czasowej. bohater rusza przez swoje wspomnienia próbując zrozumieć co się stało i gdzie zniknął ojciec i w końcu obudzić się ze swojej bierności, bo mimo bezczasu na zewnątrz, to dla niego czas cały czas upływa. nieubłaganie. akcja nie jest zbyt spektakularna, przeważają dygresje na temat samego czasu, tożsamości, pamięci, równoległych wszechświatów i możliwości, głównie niewykorzystanych. smutna to książka, ale interesująca, chociaż chwilami bardzo zakręcona.

poniedziałek, 14 listopada 2011

aglaja veteranyi - regał ostatnich tchnień

trudno mi cokolwiek napisać sensownego o tej książce, to krótki ale intensywny strumień świadomości narratorki w obliczu umierania ciotki. opisy szpitala, choroby i pośmiertnych rytuałów, ale też pełno dygresji, wspomnień i obrazów przeszłości (cyrkowa rodzina, imigranci z rumunii w sztywnej szwajcarii, krewni żywi i martwi kręcą się po stronach). w zasadzie żadnej akcji ale dużo emocji. czyta się szybko, choć wcale nie łatwo, a jak ktoś jest zwolennikiem konkretów literackich, to raczej regał do niego nie przemówi.
oddam tutaj :)

wtorek, 8 listopada 2011

krzysztof varga - aleja niepodległości

główny bohater, krystian apostata, to zbliżający się do 40 sfrustrowany, w młodości dobrze zapowiadający się artysta plastyk. niestety na zapowiedziach się skończyło i teraz wypełnia swój czas piciem i internetową pornografią. poznajemy go na chwilę przed śmiercią w katastrofie samolotu (moja fobia nieźle się najadła przy tej książce), gdy pijany (oczywiście) wpatruje się w zdjęcie w tabloidzie przedstawiające jego byłego kumpla z podstawówki i liceum, jakuba fidelisa, i wspominając użala się nad sobą. kumpel bowiem jest jego przeciwieństwem, robi oszałamiającą karierę tańcząc w telewizji, prowadzi programy o gotowaniu i podróżach i jest idolem całego kraju. przychodzi mu to jakby bez wysiłku, co pogrąża krystiana jeszcze bardziej w nieudacznictwie i frustracji. na dodatek jakub ukradł mu kiedyś dziewczynę i się z nią ożenił (chociaż krystianowi pewnie i tak nic by z tego nie wyszło). całą książka to opis beznadziejnego krystianowego życia, którego najbardziej spektakularnym momentem jest właśnie śmierć w wybuchającym samolocie (żaden spoiler, dowiadujemy się tego już na początku). z kolei jakubowe sukcesy również mu nie pomagają specjalnie, bo wiadomo marność nad marnościami i wszystko marność i większego sensu w tym nie ma. smutne to bardzo mimo że niektóre opisy są całkiem zabawne (do chwili uświadomienia sobie ich prawdziwości).

piątek, 28 października 2011

kingsley amis - alteracja

zabrałam się za tą książkę (książeczkę w porównaniu z poprzednimi) bo przeczytałam gdzieś że to klasyka steampunka. no i hmm niby technologia alternatywna do naszej opartej na prądzie ale punka to tam nie widzę. lata 70 alternatywnego XX wieku, drugie średniowiecze, europą rządzi papież, jego wysłannicy są wszędzie, wyższe sfery mówią po łacinie a kobiety nie mają nic do gadania. głównym bohaterem jest hubert, mały chłopiec uczący się w katolickiej szkole z internatem, bardzo zdolny muzycznie. pięknie śpiewa i na dodatek komponuje (zapisuje muzykę co ją w głowie słyszy). jego talent zwraca uwagę wielu ludzi, w tym papieża, który lubi mieć u siebie w watykanie wszystko co najlepsze, postanawia więc że chłopiec ma zostać alterowany (wykastrowany) i otrzymać miejsce w prestiżowym rzymskim chórze. dużo tu rozterek moralnych, nie tylko huberta ale również jego pobożnego ojca, zmartwionej matki, nauczyciela kompozycji czy dyrektora szkoły. szczęście osobiste (a przynajmniej coś co się nim wydaje) kontra obowiązek wobec boga, a przynajmniej kościoła, a do tego dochodzi jeszcze przeznaczenie (przez które może bóg wyraża swe życzenia). opresyjne społeczeństwo i ogólnie niezbyt przyjemna atmosfera dogmatycznej europy trochę mnie zmęczyła. sądzę też że można by bardziej wykorzystać wątek sposobów zarządzania europejskimi zasobami ludzkimi przez papieża, w stylu: hmm grozi nam przeludnienie, jak się okazało kontrolowane zarazy są zbyt skomplikowane, trzeba wrócić do starych sprawdzonych sposobów świętej wojny z niewiernymi.

poniedziałek, 3 października 2011

nancy milford - zelda

obejrzałam nowy film woody'ego allena i przypomniałam sobie że na półce stoi książka o zeldzie fitzgerald, która taka była w filmie zabawna i sympatyczna. no właśnie film to nie rzeczywistość, a poza tym przypomniałam sobie że biografie nie są moją ulubioną lekturą. za dużo faktów, szczególnie że autorka skupia się głównie na późniejszych latach zeldy, chorej na schizofrenię i co chwilę lądującej w szpitalach psychiatrycznych, zamiast na wesołych latach 20 i nowojorskich oraz paryskich imprezach. poza tym duża część książki opowiada o scottcie, który wyłazi z zeldy jako męczący, myślący tylko o kasie, egocentryczny żul. pewnie był wielkim pisarzem (nie powinnam przyznawać się może do ignorancji, ale jeszcze nic jego nie czytałam, obiecuję nadrobić), ale jego małostkowość i jęczenie mnie odrzucało od czytania. obrażał się gdy zelda napisała powieść opisującą ich wspólne życie, a sam wykorzystywał w swoich utworach fragmenty jej listów, marudził że musi zarabiać na jej utrzymanie a ona niewdzięczna choruje. fakt, zelda bez winy nie była, rozdarta pomiędzy chęcią zrealizowania siebie a niemożliwością dorównania swojemu mężowi, zazdrosnemu geniuszowi. no i ten chory, toksyczny związek. strasznie mnie ta książka zmęczyła.

poniedziałek, 12 września 2011

jack kerouac - big sur

rodzina mi się wycwaniła, zamiast kupować mi prezent zabierają mnie do księgarni i mogę sobie coś wybrać. przerzucają na mnie problem wyboru. tym razem złapałam big sur i bardzo się z tego cieszę. upewniam się w przekonaniu że pan kerouac jest moim ulubionym pisarzem (no może razem z panem vonnegutem tylko ten jest bardziej ironiczny).
w big sur mamy tego samego bohatera co w w drodze i włóczęgach dharmy jednak jack jest już stary, zmęczony życiem i za dużo pije. wybiera się więc do domku kumpla znajdującego się (domku nie kumpla) w kalifornijskich górach w kanionie na brzegu oceanu. proste życie wypełnione gotowaniem, jedzeniem, wycieczkami i zapisywaniem morskich dźwięków ma być ukojeniem po imprezowym i pijanym okresie życia. na początku wszystko idzie dobrze, jack czuje się na swoim miejscu w sercu dzikiej przyrody, rozmawia tylko z ptakami i mułem (takim zwierzątkiem nie osadem rzecznym :P) i pisze co ocean mu powie. jednak po jakimś czasie poczucie bezsensu ogrania go znowu, wszędzie widzi śmierć i bezsens istnienia, drzewa i huczące fale przerażają a martwa wydra przypomina o marności świata. ucieczka do miasta nic nie daje, to nie kończące się imprezy i wieczne pijaństwo, coraz gorsze poranki, stany deliryczne a w końcu paranoja i podejrzliwość w stosunku do współimprezowiczów. końcówka książki nie jest zbyt sympatyczna, głosy w głowie, źli ludzie dookoła, okropny świat, bardzo plastycznie i sugestywnie opisane. w ogóle opisy pana kerouaca są boskie, jest otwarty na świat i ludzi i przyjmuje wszystko, czy to jest szum wiatru, sympatyczna mgła, złowrogi księżyc czy męczący znajomi. bardzo to wszystko buddyjskie, chociaż paranoja raczej nie jest zen, ale każdemu może się zdarzyć, szczególnie jeśli pije słodkie trunki :P.

środa, 31 sierpnia 2011

henry miller - zwrotnik raka

lata 30, bohater (książka pisana jest w pierwszej osobie), amerykanin, włóczy się po paryżu zmarznięty i głodny. nie omija żadnej okazji darmowego jedzenia (ma tygodniowy grafik stołowania się u znajomych), darmowego nocowania i seksu (a czasem wszystkiego na raz a i tak na końcu zdolny jest okraść prostytutkę) a później wszystko zapisuje. no i właśnie przez ten seks zwrotnik traktowany jest często jako obrazoburcza, tania pornografia i może dla kogoś jest, jeśli jednak nie skupiać się jedynie na opisach (fakt, dość bezpośrednich) stosunków, znaleźć można nawet filozoficzne kawałki :P. poza tym język jakiego pan miller używa połyka czytelnika i długo nie chce puścić. jest bezkompromisowy zarówno w wulgarności jak i melancholii jak również w wyrażaniu poglądów antymieszczańskich i antycywilizacyjnych. technika pędzi do przodu a ludzie pozostali w jaskiniach, harując i konsumując bezmyślnie i bezrefleksyjnie (mimo że książka napisana w latach 30 zeszłego wieku to chyba niewiele się zmieniło). trudno się jednak z tego wyrwać, bo przecież jeść trzeba a i jakaś laska czasem by się przydała. tak więc nawet bohater znajduje pracę jako korektor i użera się z głupim szefem i współpracownikami - idiotami.
książka nie jest jednak tylko ponurym narzekaniem na społeczeństwo, jest też chwilami bardzo zabawna, czasem trochę obleśno-zabawna, więc jeśli ktoś ma słabe nerwy i duże wymagania estetyczne to raczej niech uważa :P.
a i jeszcze jedno ostrzeżenie. miłośnicy paryża jako pięknego miasta miłości powinni trzymać się z daleka. paryż jest brudny, śmierdzący, hotele są pełne robactwa a wiatr hula ulicami. seks jest wszechobecny, ale nie romantyczny na kwiatowym łożu, ale szybki z tanią dziwką (należy mieć nadzieję że niczego się nie złapie), i bardzo, bardzo fizyczny.
więc ostrzegam ale i zdecydowanie zachęcam :D.

wtorek, 28 czerwca 2011

william faulkner - światłość w sierpniu

dawno już nie spotkałam w książce tylu świrów (a czytałam niedawno lot nad kukułczym gniazdem). amerykańskie południe, gorąco a ludzie, którym gotują się głowy, zagłębiają się w swoich obsesjach głównie religijnych i rasowych. bo mamy tu ciągle segregację rasową, zadawanie się z czarnymi może być niebezpieczne, a jeśli ktoś jest przypadkiem nieślubnym dzieckiem na dodatek jakiegoś mulata (i do tego jest się wychowywanym przez człowieka z religijną manią) to już w ogóle kończy się pożarem i morderstwem. męcząca ta książka, ludzie żyją w myśl sztywnych zasad, przekonani o swojej racji i nagrodzie w niebie, niszcząc życie swoje i tych mających pecha żyć obok (ojciec pozwalający wykrwawić się córce rodzącej nieślubne dziecko półmurzyna). wiem że kiedyś było inaczej i trudno dopasowywać opisywane sytuacje do dzisiejszej rzeczywistości, jednak nie byłą to najprzyjemniejsza lektura (ehh niedługo chyba skończę jako czytelniczka harlekinów i innej lekkiej literatury kobiecej z happy endem :P).
co mi się podobało to sposób prowadzenia narracji, raz z jednaj strony raz z drugiej, czasem z perspektywy główniejszych bohaterów, a czasem osób będących jedynie świadkami wydarzeń, które są wynikiem kilku splatających się luźniej lub mocniej historii. mamy tu kobietę w nieślubnej ciąży szukającą ojca dziecka i zakochanego w niej sumiennego pracownika tartaku, który zmusza nie do końca ogarniętego pastora do wysłuchiwania swoich moralnych wątpliwości. z drugiej strony jest człowiek szukający swojej tożsamości rasowej i społecznej przy okazji, bo choć nie wygląda, w jego żyłach płynie murzyńska krew, a to komplikuje sprawę na amerykańskim południu. wychowany został przez religijnego fanatyka, ma więc problemy z kobietami i agresją a sypia ze starą panną mieszkającą na uboczu, dla której jest atrakcyjny właśnie z powodu swojej czarności. wszystko to się miesza i przeplata i w pełnym słońcu zmierza powoli ale nieubłaganie prosto do katastrofy.

czwartek, 26 maja 2011

ken kesey - lot nad kukułczym gniazdem

o tej książce chyba każdy słyszał, przeczytał ją albo obejrzał film, tylko ja taka zapóźniona. myślałam, że czytałam ją w zamierzchłej przeszłości na fali zainteresowania świrami i psychiatrykami, a to przecież klasyka w tym temacie. film widziałam kiedyś dawno temu, a pierwowzór literacki przeczytałam właśnie pierwszy raz, jako ostatnią książkę pana keseya wydaną w naszym pięknym kraju.
sytuacja wygląda tak, na oddział psychiatryczny rządzony twardą ręką przez przerażającą oddziałową, na przymusowe leczenie trafia mcmurphy - cwaniak i oszust często wdający się w bójki, wolący szpital dla umysłowo chorych od farmy reedukacyjnej. jednak przestaje mu się to podobać kiedy widzi jak bardzo zastraszeni są pacjenci przebywający na oddziale, którzy trzymani są w ryzach przez personel umiejętnie wykorzystujący ich słabości, choroby i lęki (strach przed matką, podejrzenia o homoseksualizm itp). ludzie ci nie są w stanie żyć w społeczeństwie a pobyt w szpitalu tylko pogłębia ich stan i utwierdza w przekonaniu że nie poradzą sobie w zewnętrznym świcie wilków, bo są słabymi puszystymi królikami. oddziałowa zamiast ich leczyć, upaja się swoją władzą manipulując tu i tam, upokarzając pacjentów i umacniając swoją władzę. nowy pacjent próbuje rozruszać towarzystwo rozpoczynając wojnę z władczą pigułą. śmiech przeciwko bezsensownemu regulaminowi, głupie pytanie przeciwko władczym manipulacjom. pacjenci zaczynają się budzić z letargu, jednak wiadomo, nic nie jest proste, a szczególnie wyrwanie się na wolność spod władzy ludzi upajających się swoją wszechmocą.
narratorem książki jest indianin, od wielu lat w szpitalu, uważany za głuchego i wykorzystywany do sprzątana korytarzy, dzięki czemu słyszy i obserwuje rzeczy nieprzeznaczone dla pacjenckich uszu. na dodatek widzi również prawdziwe oblicze sytuacji, wielki kombinat próbujący naprawiać w szpitalu wybrakowanych ludzi, pod osłoną nocy wszczepiający im urządzenia, kółka zębate i inne mechaniczne elementy w celu umożliwienia im powrotu do społeczeństwa, czyli świata kontrolowanego przez kombinat. do szpitala trafiają ludzie którzy oparli się próbom poskramiania przez kombinat w szkołach i innych miejscach produkujących taśmowo takich samych ludzi. sam indianin nie został uformowany właśnie z powodu że był indianinem, stracił swoją ziemię pod budowę wielkiej tamy, jego ojciec, wcześniej wielki wódz, zmalał pod wpływem białej żony, rządu i wódki, on sam również zmalał, przestał byś zauważany i wpadł w mgłę w której bardzo łatwo się zgubić. w szpitalu nauczył się siedzieć w mgle bez ruchu, bo czasem wciągała go do gabinetu elektrowstrząsów. One i lobotomia to ostateczne narzędzia kombinatu do naprawiania zepsutych obywateli.
książka jest już klasyką, nie będę jej tu więc specjalnie analizować, bo wielu mądrzejszych ludzi zrobiło to przede mną. jest tu motyw ewangelicznego poświęcenia się w celu ocalenia innych, władza i manipulacja no i wiadomo pojawia się system pod postacią kombinatu, wprawdzie w wizjach szalonego indianina, więc można sobie nie zawracać głowy i dalej jeść pigułki jakie dadzą i stosować się do regulaminu a może uda się uniknąć elektrowstrząsów. swoją drogą kuracja ta okazała się skuteczna dla indianina w otrząśnięciu się z resztek mgły, rozwiewanej niego przez mcmurphego.
pomimo przygnębiającego tematu i świadomości, że opisane sposoby traktowania pacjentów nie wzięły się z sufitu, a pan autor czerpał ze swoich własnych doświadczeń jako sanitariusza w szpitalu dla umysłowo chorych książka bywa chwilami naprawdę zabawna, no ale taki styl pana keseya.

czwartek, 28 kwietnia 2011

simone de beauvoir - mandaryni

francja, wojna (druga, światowa) właśnie się skończyła, jednak rozterki francuskich intelektualistów dopiero się zaczynają. podczas okupacji wszystko było proste: kolaboranci są źli, ruch oporu dobry, teraz jednak wszystko się komplikuje. z jednej strony prawica, patriotyczna ale to dobra pożywka dla faszyzmu, z drugiej komuniści, pokonali hitlera i budują lepszy świat ale chodzą jakieś plotki o obozach pracy. żeby publikować, co każdy intelektualista potrafi najlepiej, trzeba się na coś zdecydować, bo samemu do szerokich mas się nie dotrze a przecież trzeba je kształtować i tworzyć opinie, a dzięki temu zmieniać świat. z drugiej strony świat jakoś nie chce się zmienić. czy jest sens pisać? czy można iść na kompromisy żeby tylko się wypowiedzieć (nie pisać o gułągach żeby komuniści się nie obrazili)? pojawiają się jeszcze problemy z przyjaciółmi z ruchu oporu, z których niektórzy działali na dwa fronty. wszystkie te intelektualne problemy wydają się nieco oderwane od rzeczywistości, nie mam nic przeciwko zmienianiu świata, ale trudno to robić wikłając się w politykę pełną brudnych powojennych interesów. i męczą się biedacy tak przez dwa tomy. to nie są błahe sprawy, jednak bohaterowie podchodzili do nich jakoś od dupy strony, zupełnie nie mogłam ich pojąć. na szczęście w powieści był również drugi, nieco ciekawszy wątek, pani psychoanalityk rozdarta między nudnym mężem przyjacielem, który jej nie potrzebuje, a ekscytującym amerykańskim pisarzem. tu jednak też za dużo analizowania (czego można się po psychoanalityku spodziewać, może nieco więcej życiowości) i nierzeczywistości. wszystkie postacie się miotają od jednej skrajnej opinii do drugiej, nie potrafią się zdecydować i strasznie to męczące przy czytaniu. na dodatek te francuskie nazwiska nie do ogarnięcia, czytałam książkę zaspana w autobusie do pracy i czasem nie wiedziałam kto jest kim (nie nie jestem z tego dumna). może po prostu jestem za głupia na tego typu utwory a przeintelektualizowane nigdzie nie prowadzące dyskusje nudzą mnie.

środa, 30 marca 2011

peter george - dr strangelove

albo jak nauczyłem się nie bać i pokochałem bombę. zimna wojna trwa. usa i związek radziecki prześcigają się w zbrojeniach nuklearnych, ciągle w gotowości trzymają się wzajemnie w szachu. systemy błyskawicznego reagowania na jakiekolwiek zagrożenie ze strony przeciwnika wydają się być pewne i dopracowane, niestety zawsze znajdzie się czynnik który wymknie się spod kontroli. człowiek oczywiście. dowódca jednej z amerykańskich baz lotniczych z samolotami uzbrojonymi w pociski atomowe postanawia wziąć sprawę w swoje ręce, ponieważ komuniści wprowadzają do wody fluor zanieczyszczający amerykańskie płyny ustrojowe. wysyła bombowce w kierunku celów strategicznych, odcina bazę od świata i jest z siebie bardzo zadowolony. tymczasem w tajnym podziemnym centrum dowodzenia wojskowi dowódcy oraz prezydent i jego doradcy kłócą się między sobą i z radzieckim ambasadorem. próbują dogadać się z pijanym radzieckim przywódcą i rozwiązać jakoś sytuację, która wydaje się bez wyjścia, ponieważ ruscy skonstruowali automatyczną machinę zagłady atomowej, włączającą się samoczynnie po zaistnieniu pewnych warunków np wybuchu pocisku nuklearnego. gdy wydaje się że los świata jest przesądzony, dr strangelove, pochodzący z niemiec i mający pewne hmm przyzwyczajenia, ogłasza swój genialny plan uratowania ludzkości. no, amerykańskiej części ludzkości. w zasadzie to najlepszego fragmentu amerykańskiego społeczeństwa (w tym głównodowodzących i atrakcyjne kobiety mające odbudować ludzką rasę w nieco lepszej wersji).
satyra na zimną wojnę, wydaje się nieco archaiczna w tych czasach, gdy zagrożenie jest mniej sprecyzowane i nie tak jednoznaczne, porusza jednak kilka uniwersalnych tematów. chora ambicję przywódców zarówno cywilnych jak i wojskowych, ich poczucie nieomylności i masowe wysychanie mózgów na pewnych szczeblach władzy. wątpię żeby akurat te cechy wyparowały razem z upadkiem muru berlińskiego, są tylko lepiej (jak w cywilizowanych krajach) lub gorzej (jak u nas na wschodzie, tylko u nas panowie i panie u władzy mają na szczęście mniejsze możliwości) ukrywane. no ale wiadomo najlepszy rząd to żaden rząd, tylko ludzie niemądrzy.