Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pratchett. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pratchett. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 19 lipca 2012

terry pratchett - the last continent

pratchett po angielsku to zawsze lekki hardkor dla mnie ale masochistycznie brnę w kolejne części. standardowo trudno mi było ogarnąć wszystkie zabawne sytuacje szczególnie że bohaterami są magowie nie dość że normalnie żyjący w swoim własnym świecie, to dodatkowo uwięzieni na wyspie w czasach prehistorycznych z eksperymentującym z ewolucją bogiem. tymczasem (a jednocześnie 10 tysięcy lat później) rincewind próbuje uciec przed ratowaniem ostatniego w kolejności stwarzania kontynentu (dziwnie przypominającego australię). niestety uratowanie zostało przepowiedziane małe więc ma szanse biedaczek choć w uciekaniu jest mistrzem. zabawni są sami pracownicy (?) niewidocznego uniwersytetu, a jeszcze zmuszeni do obcowania z przedstawicielką płci przeciwnej powalają na kolana. przyprawione to wszystko australijskimi żarcikami (dziwny akcent idiomy z kosmosu mętne piwo i kangury) z których połowy prawdopodobnie nie pojęłam. mimo to bawiłam się wybornie.
a gdyby komuś baaardzo zależało na dogłębnym zrozumieniu i przeanalizowaniu książki (i nie tylko tej) to patrzcie co znalazłam :)

piątek, 16 marca 2012

terry pratchett - w północ się odzieję

czego chcieć więcej - pratchett i to o wiedźmach (moje ulubione mieszkanki świata dysku) tzn o jednej wiedźmie a raczej młodej czarownicy tiffany obolałej. biedna dziewczyna całymi dniami biega po wiosce opatrując rany pomagając starszym mieszkańcom, robiąc rzeczy na zrobienie których nikt inny nie ma ochoty i ogólnie ogarniając rzeczywistość. ma wprawdzie do pomocy nac mac feeglów ale trudno nimi kierować i często więcej z nimi problemów niż pożytku z nich chociaż faktycznie czasem się bardzo przydają. jednak prawdziwe kłopoty zapowiadają ludzie zaczynający zastanawiać się dlaczego czarownica tak się rządzi i przecież może być niebezpieczna, mleko skwasić może, krowę przestraszyć a ich umysły (ludzi nie czarownic czy krów) zaczynają cuchnąć. na dodatek stary baron umiera a nowy nie dość że się żeni (a z wiedźmą łączy go pewna przeszłość) to jeszcze zdaje się brać plotki i pomówienia poważnie.
jak to zwykle u pratchetta dużo zabawnych momentów (nac mac feeglowie to niewyczerpane źródło radości) ale też poważniejsze tematy. wydaje mi się że nawet więcej tych poważniejszych fragmentów niż we wcześniejszych częściach dyskowych. tym razem o niepewnych ludziach dających sobą manipulować plotką, strachu przed obcym bardzo praktycznym bo łatwym do oskarżenia o cokolwiek ale też o odpowiedzialności, wrażliwości no i zwyczajnym byciu człowiekiem a nie wilkiem (ani zombie :P). i smutno też chwilami bywa mimo że wszystko dobrze się kończy.

środa, 30 marca 2011

terry pratchett - łups!

kolejny tom ze świata dysku, tym razem o straży, wiadomo o co chodzi, a jak ktoś nie wie to powinien nadrabiać zaległości jak najszybciej ;). sam vimes ma jak zwykle górę problemów, począwszy od wampirzych środowisk wciskających mu do straży jednego (jedną) ze swoich, przez zbliżającą się rocznicę historycznej bitwy między trollami i krasnoludami w dolinie koom, powodującą gwałtowny wzrost dumy rasowej u jednych i drugich, do milszych (czytanie synkowi bajeczki) i mniej przyjemnych (pozowanie do portretu, przecież wszyscy nasi przodkowie to robili) obowiązków rodzinnych. w sosie nieco mniej zabawnym niż w przypadku innych cykli, pan autor porusza poważne tematy: współistnienia różnych kultur (ras w tym przypadku), konfliktu tradycji narodowych (rasowych) z nową rzeczywistością wymagającą pohamowania niektórych tradycyjnych zachować (np chęci rzucenia się na pierwszego krasnoluda/trolla w zasięgu wzroku) oraz problemów z tożsamością narodową. czy któryś krasnolud może być bardziej krasnoludowy od innych krasnoludów? czy któryś krasnolud może określać co jest prawdziwie krasnoludzie i jak należy jako krasnolud się zachowywać? jeśli weźmiemy pod uwagę jeszcze motyw naginania historii do własnych celów to pojawia się obraz niepokojąco aktualny i smutny, bo ostatecznie w książce zdrowy rozsądek wygrywa a w rzeczywistości na to się nie zanosi. hasła w stylu "na pewno oszukują, nie ufam im bo 2000 lat temu wciągnęli mojego praprzodka i jego kumpli w zasadzkę, a jak ktoś myśli inaczej to nie jest prawdziwym krasnoludem/trollem i zdradza swój naród/rasę" coś mi przypominają. i nie jest to sympatyczne skojarzenie.
nie żeby książka była aż tak strasznie poważna, tam gdzie pojawia się nobby nobbs człowiek może czuć się niepewnie ale na pewno nie smutno, szczególnie że kapral spotyka się z dziewczyną z nocnego klubu. nie zawodzi też patrycjusz, bawi do łez swoim ciętym językiem (prawdopodobnie dlatego że jest postacią wymyśloną i nie mówi do mnie :P).
lubię poważniejsze pratchettowe książki, ale o wiedźmach mógłby jeszcze coś napisać :D

poniedziałek, 8 listopada 2010

terry pratchett - niewidoczni akademicy

magowie mają problem. okazuje się że żeby uniwersytet utrzymał bogate biesiadne tradycje, musi wystawić drużynę piłkarską. dla magów to oczywiście przerażające, ponieważ trzeba robić coś innego niż jedzenie, picie lub palenie, ale w obronie deski serów są w stanie się poświęcić. niestety piłka to niebezpieczny sport, należy więc usystematyzować zasady (przede wszystkim utrzymać kibiców poza boiskiem), co nie podoba się samym kibicom, wystawiają więc przeciwko niewidocznym niepokojącą drużynę złożoną z sympatycznych kiboli. magowie natomiast nie mogą używać magii, a na wszystko z góry patrzy patrycjusz, a z dołu oszalała, nie wiadomo dlaczego, na punkcie piłki ankhmorporska tłuszcza, hmm przepraszam, społeczeństwo :P.
oczywiście są i inne wątki. sprzedawanie marzeń na przykładzie mody dla krasnoludów (moim zdaniem to w ogóle wątek na całą powieść) i poważniejsza sprawa: jestem jaki jestem, to nie moja wina że moi przodkowie urywali ludziom głowy na wojnie, szczególnie że zostali przez nich stworzeni jako broń (biologiczna), ale mogę starać się nie pozbawiać ludzi części ciała, a siłę wykorzystać w inny sposób, na przykładzie goblina, który tak naprawdę jest orkiem (uberwaldzka złowroga technologia). robi się poważnie, szczególnie, że lord ventiari się upija. na szczęście na miejscu są magowie.
lubię pratchetta i podobało mi się mimo braku wiedźm, które są moimi ulubionymi bohaterkami dyskowymi, ale w zamian dostałam coś równie dobrego - doktora hixa, kierownika katedry komunikacji post mortem (łagodniejsze określenie n*e*k*r*o*m*a*n*c*j*i), "zawsze przydatny w trudnych sytuacjach, ponieważ (zgodnie ze statutem uczelni) był oficjalnie złym człowiekiem (...) NU oddał Hiksowi i jego grupie katedrę, budżet, system awansów, a także możliwość, by odwiedzać mroczne jaskinie i ciskać ognistymi kulami w nieoficjalnych złych czarnoksiężników. (...) doktor Hix stał się tolerowanym, choć nieco irytującym członkiem grona wykładowczego, przede wszystkim dlatego, że miał prawo (zgodnie ze statutem) wygłaszać niektóre z tych niemiłych wypowiedzi, jakie inni magowie chętnie wypowiadaliby sami. (...) Hix dobrodusznie zajmował niszę, którą w innym przypadku mógłby opanować ktoś naprawdę zaangażowany w całe te gnijące trupy czy obdarte ze skóry czaszki". jest po prostu boski i powinien zostać pełnoprawnym głównym bohaterem dyskowej powieści.

środa, 3 marca 2010

terry pratchett - nacja

pratchetta czytam już od dawna, świat dysku uwielbiam, a najbardziej wiedźmy - głównie nianię Ogg. nie dyskowe książki jakoś do mnie specjalnie nie przemawiały jednak nacja to zupełnie inna para kaloszy. akcja dzieje się na świecie okrągłym i jednocześnie równoległym do naszego (do dysku podejrzewam też). główny bohater ma na imię Mau i właśnie wyrusza z wyspy chłopców na nację - wyspę rodzinną aby zakończyć miesięczny okres stawania się z chłopca mężczyzną, jednak niespodziewanie nadchodzi wielka fala, która niszczy cały jego dotychczasowy świat. jego wioska zostaje zmieciona z powierzchni ziemi a wszyscy jej mieszkańcy giną. kataklizm przynosi na wyspę wielkie kanu z dziewczyną - duchem i ładownią pełną przydatnych przedmiotów oraz przeklinająca papugą. później pojawiają się kłopoty z komunikacją, głosy w głowie (praojcowie domagający się uwagi), coraz więcej ocalałych przybywających na wyspę oraz kanibale. klimat piracko - rozbitkowy, który bardzo lubię (z młodości mi zostało, jak miałam z 10 lat przeczytałam robinsona cruzoe i dłuuugo bawiłam się w rozbitka:P).
jest to sympatyczna książka dla młodzieży (ale dużych ludzi tez potrafi wciągnąć), przygodowa ale pojawiają się w niej również głębsze przemyślenia o bogach pozwalający na zniszczenie świata, pomimo wieloletniego składania ofiar, poszerzania horyzontów na styku odmiennych kultur czy też wartości tradycji i samodzielnego myślenia. to wszystko podane w zabawnej lekkiej i nie nachalnej formie.