niedziela, 20 lutego 2022

mary shelley - frankenstein

najbrzydsza okładka jaką ostatnio widziałam a w środku historia o której wszyscy słyszeli ale niektórzy nadal mylą jej bohaterów. mody entuzjastyczny naukowiec tworzy żywą istotę niekonwencjonalną drogą, ale jest zaskoczony i zdegustowany swoim dziełem (nie rozumiem dlaczego, przecież był obecny na każdym etapie tworzenia a tu nagle niespodzianka że wyszła fujka. trzeba go było może ładniej pozszywać). przerażony odtrąca istotę zamiast wziąć za nią odpowiedzialność, i tym samym skazuje ją a raczej jego na próby przetrwania w niegościnnym świecie, gdzie ludzie uciekają przed nim bo jest brzydki. po kilku próbach wpasowania się w społeczeństwo stworzona istota nabiera cech poważnie aspołecznych oraz nienawiści do swojego twórcy (nie popieram ale rozumiem). zaczyna mordować bliskich swojego ojca, a ten dalej błyszczy i udaje że nie ma z tym nic wspólnego, doprowadzając do kolejnych morderstw oraz skazania na śmierć niewinnej osoby. strasznie rozpacza ale nie próbuje naprawić sytuacji, dopiero gdy większość jego bliskich nie żyje (również żona, która była wcześniej jego przybraną siostrą) postanawia rozwiązać problem zabijając swoje stworzenie. bohaterowie jeżdżą (a niektórzy biegają) tam i z powrotem po europie i azji żeby mogli zakończyć tą tragiczną historię w okolicach bieguna północnego.

jest to pierwsza powieść scince fiction, mimo że nie zawiera dokładnego przepisu na stworzenie człowieka z kawałków martwych ludzi i prądu. jest to też powieść gotycka więc pełno tu mrocznego i  rozdzierającego życia wewnętrznego nieogarniętego i bezrefleksyjnego doktora frankensteina, co jest trochę męczące. jest też opis nieprzyjaznego społeczeństwa, które boi się obcych wyglądających dziwnie i przypisuje im jak najgorsze cechy i czyny (jakie to aktualne w tym momencie).

podsumowując to klasyczna opowieść wprowadzająca wiele motywów wykorzystywanych również współcześnie. trochę się zdziwiłam że nie kończy się spektakularnie marszem z pochodniami i płonącym zamkiem - to późniejszy dodatek.


poniedziałek, 27 września 2021

władysław reymont - chłopi

 

zabrałam się za chłopów po obejrzeniu trailera filmu częściowo animowanego, bardzo był fascynujący a ja ignorantka w tym temacie - jakieś fragmenty wciskane z niechęcią w liceum.  a jest to więcej niż klasyka, książka noblowska, a to nie byle co. trochę szkoda że jest lekturą (czy nadal jest? mam przeterminowane informacje) i przymus odziera ją z uroku. a wydaje mi się że jest ważna książka w kraju gdzie większość obywateli ma chłopskie korzenie, a przodków wyobraża sobie raczej jako wyższe warstwy społeczeństwa. to sienkiewicz jest narodowym pisarzem, każdy chętnie identyfikuje się z mieszkańcami dworków i pałaców, jednak prawda leży pod strzechami.

reymont opisuje polską wieś,  ciężko stwierdzić ile z tego to jego wyobrażenia i nakładki, bo przecież nie był chłopem. wizja wsi jest dość ponura, ludzie są biedni i walczą o przetrwanie. nic nie liczy się w obliczu wizji głodu przednówkowego, wysyła się starych członków rodziny zimą na żebry bo może braknąć dla nich jedzenia a nie są już niezbędni. rodzice ze swojej strony nie chcą przepisywać majątku na dzieci w obawie przed eksmisją. jednocześnie ludzie muszą żyć w gromadzie bo sami nie dadzą sobie rady w świecie bezlitosnym. nie jest to przyjemne miejsce do życia, każdy kto odstaje może zostać wygnany i musi radzić sobie sam. dość toksyczna sytuacja.

w tej dżungli walczących o przetrwanie dostajemy trójkąt, a w zasadzie czworokąt miłosny, jak w dobrej telenoweli. najpiękniejsza dziewczyna we wsi, zakochana z wzajemnością w chłopaku, który ma już żonę i dziecko, wydaje się, zachęcona przez matkę, za ojca swojego ukochanego. jest to najbogatszy we wsi gospodarz, wdowiec nie najmłodszy już ale najlepsza partia w okolicy. zakochał się na starość, zamiast dzieciom zostawić majątek, kupuje pierdoły swojej młodej narzeczonej. konflikt na każdym froncie.

jest też spór z dworem, bitw o las, kłótnie międzysąsiedzkie. ogólnie dużo się dzieje, można by z tego zrobić trzymający w napięciu serial.

całe to kłębowisko zanurzone jest w przyrodzie której opisy są malarskie i pełne rozmachu (przez reymonta zaczęłam się gapić w niebo). dzięki pięknu świata przyrody da się przetrwać w ludzkim bagnie. jeśli oczywiście ma się co jeść.

ogólnie polecam, prozę się nie bać lektury szkolnej, nie wszystkie są beznadziejne (teraz chyba coraz mniej sensownych).

niedziela, 14 kwietnia 2019

lew tołstoj - wojna i pokój

muszę przyznać że to było trudne nie ze względu na objętość chociaż cztery tomy to nie byle co, ale ze względu na skomplikowanie. tylu bohaterów nie widziałam dawno - ostatnio chyba w grze o tron (wiem również gdzie pan martin mógł podejrzeć zabieg pozbywania się znienacka postaci którą czytelnik uznał za jedną z głównych i nawet może trochę się z nią zżył). sprawę jeszcze dodatkowo zagmatwał mi fakt że bohaterowie mają imię nazwisko otczestwo tytuł (np. hrabia czy książę) a czasem i funkcję w wojsku czy urząd i te określenia stosowane są wymiennie. zanim ogarnęłam kto jest kim to doszłam do połowy drugiego tomu (nie mam mózgu do nazwisk).
w każdym razie udało się i nawet mi się podobało. to klasyka ale napiszę o co chodzi: rosyjskie wyższe sfery w obliczu wojen napoleońskich. tutaj pojawia się nowość dla mnie - napoleon tak wychwalany w polsce za postawienie się rosjanom i łaskawe zezwolenie na utworzenie księstwa warszawskiego jest tutaj przedstawiony z innej perspektywy - jako najeźdźca. z przykrością przyznaję że jetem ignorantką historyczną (zrzucę to na program nauczania w klasach o profilu ścisłym) ale była to dla mnie niespodzianka. poszerzająca horyzonty. w ogóle gdybym coś wiedziała więcej na temat tego okresu historycznego byłoby mi łatwiej. autor zakłada że czytelnik jest obeznany z wydarzeniami i omija wyjaśnienia. ale to nic, dałam radę dowiedziałam się wielu rzeczy.
ogólnie część obyczajowa jest interesująca, część wojenna trochę mniej. dużo jest szczegółowych opisów zapatrywań autora na historię jako (uwaga spoiler alert!) wynik raczej warunków zewnętrznych niż woli czy to pojedynczego człowieka będącego u władzy czy też woli narodu (cokolwiek to znaczy).
część pokojowa dzieje się na salonach moskwy i petersburga, wszyscy się znają i co chwilę spotykają na balach obiadach i przy innych okazjach. zajmują się głównie swataniem młodzieży która się trochę gubi w swoich uczuciach a trochę wojna im przeszkadza, ale to nic i tak wszyscy co chwilę na siebie wpadają, to mały kraj.
ogólnie polecam jak ktoś lubi grube realistyczne lektury trochę rozrywkowe (bo są i żarciki) trochę edukacyjne. a ja mogę obejrzeć serial i będę wiedziała o co chodzi :D

piątek, 29 marca 2019

aldous huxley - wyspa

świeże wrażenia z ostatniej powieści huxleya - prehipisowskiej utopii. to krok do przodu i po skosie w stosunku do nowego wspaniałego świata, opis szczęśliwego i ogarniętego społeczeństwa żyjącego na odciętej nieco od świata tropikalnej wyspie pali. zostawiono ją w spokoju ze względu na niekorzystne warunki brzegowe, niestety w czasach współczesnych łatwiej dostać się wszędzie, a że na pali jest ropa naftowa, zainteresowanie wyspą rośnie i na pewno nadchodzą zmiany. póki co palijczycy rozwinęli sobie społeczeństwo w oddaleniu od goniącej za postępem ekonomicznym i technologicznym reszty ludzkości. wszystko opiera się na buddyźmie z elementami hinduizmu i agnostycycmu (co komu pasuje), kompleksowej edukacji zawierającej również naukę kontaktu z własnymi emocjami i radzenia sobie z nimi oraz finansowanej przez państwo antykoncepcji i seksie tantrycznym. palijczycy zdecydowanie wolą być niż mieć co niektórym wyraźnie przeszkadza no bo ta ropa tam leży bezczynnie a przy okazji rynek taki niewykorzystany.
główny bohater przybywa na wyspę reprezentując siły chcące wprowadzić zmiany, jednak pod wpływem spotkań z mieszkańcami jego cynizm topnieje a w jego miejsce pojawiają się wątpliwości. palijczycy i och utopia jest taka wspaniała że łatwo im przeciągnąć kogoś na jasną stronę mocy, szczególnie że jednym z ich narzędzi jest moksza - halucynogenny narkotyk po którym człowiek odczuwa jedność ze wszechświatem.
łatwo zauważyć że huxley nie darzy współczesnego mu systemu szczególną sympatią i uprawia do czasu radosne marzycielstwo o wyspach szczęśliwych. muszę przyznać że przemawia to do mnie jako odwiecznej anarchistki teraz jeszcze bardziej sceptycznej w temacie hmmm rzeczywistości. nie przeszkadza mi nawet trochę dydaktyczna forma książki (bohaterowie dają mini wykłady o różnych aspektach życia na pali). huxley tłucze po głowie łopatą uważności wpisuje się w trendy odnowy duchowej i ekhem rozwoju osobistego lat 60 a dokładając seks tantryczny jako metodę na oświecenie i kwasopodobne jazdy staje się idolem hipisów.
utopia wiadomo pozostanie zawsze w sferze marzeń, hipisi wszystko zepsuli skupiając się na uciekaniu od rzeczywistości ale wyspę polecam bo zastanowić się zawsze można.
książka podobała się również mojemu psu który przeżuł jej brzegi (niechlujny czytelnik) i z tego powodu zostałam właścicielką egzemplarza wcześniej bibliotecznego. nie żałuję.

niedziela, 1 lipca 2018

it's alive!

jako nowe wcielenie dr. frankensteina wykopałam blogaskowe zwłoki (nieco nadgnite po ponad czerech latach leżenia w internetowym zapomnieniu) i spróbuję je trochę ożywić. prądem.
świat pędzi do przodu, nikt już w zasadzie nie czyta blogów, wszystko jest na fejsiku a ja się cofam tutaj - tak ekstrawagancja. blog wydaje się bardziej stały, trochę poza strumieniem informacji.
zmian w tematyce nie będzie - luźne uwagi na temat książek, raczej przeczytanych, chociaż kto wie (uwielbiam wyrażać swoje zdanie o niektórych unikanych książkach czy filmach). może czasem pojawi się coś o prasie, w przekroju (również zmartwychwstałym nie tak dawno) można znaleźć zabawne rzeczy (i piękne okładki, przedprzedostatnią załączam. z wielorybem), jest też ta nowa gazeta, pismo się nazywa, co udaje polskiego new yorkera, całkiem interesujące.
w zeszłym roku dużo bardzo dużo przeczytałam, większość z tego nawet nie zasługuje na wzmiankę (byłam bardzo zdesperowana) ale o niektórych rzeczach chcę napisać, więc zeszłoroczne wygrzebki pojawią się również.
zapraszam

wtorek, 20 sierpnia 2013

kurt vonnegut - pianola

pierwsza powieść jednego z moich najulubieńszych pisarzy. szukałam czegoś do czytania i leżała pod ręką więc zabrałam się za nią kolejny raz. rzecz dzieje się w przyszłości, po trzeciej wojnie światowej, ameryka się pięknie ogarnęła przy pomocy komputerów. bardzo wydajnie sterują wytwarzaniem dóbr i oceniają ludzi pod względem przydatności dla systemu. doktorzy nauk różnych mają szansę na pracę, konkretne zarobki i wysoki status społeczny (dopóki ktoś nie wymyśli komputera wykonującego ich pracę lepiej) natomiast reszta może iść do wojska lub do brygad remontowych którym komputery przydzielają zadania (no chyba że jest się kobietą, wtedy zajmujemy się domem za pomocą supernowoczesnych sprzętów i oglądamy telewizje, chyba że uda nam się wmężyć do klasy wyższej), żeby ludzie nie nudzili się specjalnie, wybierają im meble i sprzęty agd potrącając oczywiście z pensji. inżynierowie i reszta doktorów natomiast są elita kraju i zabawiają się na obozach gdzie w zdrowej atmosferze rywalizacji przyczyniają się śpiewami i oglądaniem sztuk teatralnych do ciągłego rozwoju ludzkości ku chwale systemowi. nie wszystkim jednak się to podoba, główny bohater, dyrektor jednego z głównych zakładów przemysłowych w kraju, zaczyna zauważać brak sensu w systemie działającym tylko dla utrzymania samego siebie. dołącza wiec do podziemnego ruchu oporu dążącego do antymechanicznej rewolucji. wszystkiemu z boku przygląda się odwiedzający najwydajniejsze mocarstwo świata szach pewnego wschodniego kraju, komentujący wszystko złośliwie w swoim języku. bardzo to zabawne, trochę smutne i trochę prawdziwe, bo ludzie są w stanie zrobić bardzo dużo również głupich czy niewłaściwych rzeczy dla "narodowej [a właściwie nawet światowej] świętej trójcy - Wydajności, Oszczędności i Jakości".

stanisław lem - powrót z gwiazd

historia jest prosta - główny bohater wraca z kosmicznej wyprawy trwającej dla niego 10 lat a tym czasem na ziemi minęło ich ze 120. świat zmienił się całkowicie, technologia poszła do przodu a ludzie są mili sympatyczni i nieagresywni dzięki przechodzonemu w dzieciństwie zabiegowi niszczącemu wszelkie mordercze instynkty. bohater jest całkiem zagubiony, nie może się przyzwyczaić do nowego stylu życia (całkiem fajowo opisane przedmioty, budynki, książki itp) ale i do społeczeństwa, które uważa za nieco ułomne, bo za jego czasów... ludzie już nie interesują się podbojem kosmosu (brakuje im "jaj" obciętych betryzacją), bohater ma więc problem ze swoim poczuciem wartości, leciał w kosmos jako bohater a wrócił i nikt nie wiwatuje. nawet w mordę nie umieją dać. eh ta dzisiejsza młodzież. na szczęście znajduje się laska oczarowana dzikością przeszościowca i wskakuje mu do łóżka. romans jest opisany jakby przez 15 latka a bohaterowie nie potrafią się wysłowić. strasznie to denerwujące. to i marudzenie jak to brak agresji jest dehumanizujący i całkowicie zatrzymuje postęp bo ryzyko jest takie ludzkie i pcha świat do przodu. taki trochę maczo pogląd wyłazi z lema i nie do końca mnie to przekonuje. a można było zająć się np. maszynami które w nowym świecie są oddzielone od ludzi, tzn ich obiegiem (produkcja serwis i złomowanie) zajmują się inne maszyny, a to co bohater słyszy w magazynie złomowiska może wskazywać na jakąś sztuczną inteligencję, duch w maszynie te sprawy, ale zamiast tego mamy młodego staruszka tęskniącego za "swoimi" czasami.

piotr ibrahim kalwas - drzwi

po przeczytaniu kiedyś dawno temu wywiadu z panem kalwasem który wypowiadał się bardzo sensownie, zachciało mi się zajrzeć do jego książek, bo islam i krytyczne podejście do konsumpcyjnego zachodu i takie tam. na początku faktycznie jest ciekawie - warszawskie zakurzone mieszkanie z zatęchłymi ciotkami i nienormalnym kuzynem ale jak później zaczyna się to mieszać z arabskimi wizjami autora i jego dyskusją z gombrowiczem to zaczęłam odpadać. może dlatego że z gombrowicza jestem jeszcze cienka (hm może blogasek powinien nazywać się i ignoranci potrafią) a może zbyt osobiste zmagania autora z autorytetem nie do końca do mnie trafiły.
w każdym razie wydaje mi się że książka mówi o tym że wschód i wiara to rzeczy dobre a zachód i intelektualizm wywyższający się naturalnie to zło i sam szatan. jak rozumiem pan autor znalazł sens życia w islamie i super bo wiara to rzadka rzecz i nawet trochę zazdroszczę ale od razu takie czarno-białe podziały? szczególnie że pycha i przekonanie o swej nieomylności to cecha niezależna od położenia geograficznego i duchowego (a wyjątkowo dużo się słyszy o dość pewnych siebie przedstawicielach różnych wyznań) więc chyba granica leży w poprzek i w ogóle często trudno ją zauważyć w płynności rzeczywistości.

r. shea, r.a. wilson - oko w piramidzie

"kultowa powieść hippisów" jak mówi okładka. faktycznie podejrzewam że przyjmowanie w trakcie czytania jakichś nielegalnych substancji psychoaktywnych mogłoby zintensyfikować doświadczenie. ja czytałam na trzeźwo i też miałam niezłą zabawę. generalnie chodzi o światowy spisek i panowanie nad światem. masoni i inne "tajne" organizacje to płotki w tym przypadku ponieważ za wszystkim stoją iluminaci - postatlantydzkie stowarzyszenie które nie wiadomo jakie dokładnie ma cele ale miesza w światowych wydarzeniach infiltrując rządy kościoły itp. dodatkowo istnieją pewne mistyczne powiązania iluminatów z przedwieczną rasą uważającą się za bogów i domagającą się ofiar z ludzi
streścić się nie da, zbyt to skomplikowane, ogarnąć też nie bardzo za pierwszym razem, a podobno są kolejne części. teorie spiskowe rządzą ;).

niedziela, 17 marca 2013

margaret atwood - rok potopu

postapokaliptyczne klimaty to jedne z moich ulubionych. na dodatek pani atwood daje radę jeśli chodzi o tworzenie wizji  niepokojącej przyszłości. w tym przypadku tytułowym potopem jest tajemnicza zaraza dziesiątkująca ludzkość nie biorąc pod uwagę czy mieszkają w korporacyjnych kompleksach czy w brudnych plebsopoliach. wysoko rozwinięta biotechnologia i genetyka nie potrafi jej pokonać  (a może właśnie ona je stworzyła?). przetrwają jedynie ludzie całkowicie odizolowani i dziwnym trafem wszyscy oni przed potopem należeli do zwariowanego ekologicznego kultu ogrodników. to sekta zapowiadająca standardowy koniec świata i skrupulatnie się do niego przygotowująca poprzez próby zyskania niezależności energetycznej, żywnościowej itp.
książka ma kilku narratorów widać więc świat z różnych kątów w tym także z perspektywy nie do końca ogarniającego go dziecka. niezbyt to miłe miejsce. w korporacyjnych kompleksach jest raczej bezpiecznie ale płaci się za to pełną kontrolą wszystkiego. na zewnątrz bywa różnie, można skończyć jako źródło ropy albo w sekretburgerze. jako sekretny składnik :P. taki stan rzeczy wg bożych ogrodników to oczywiście kara za grzechy człowieka jak rasy a najważniejszym z nich jest pycha i uważanie się za gatunek najwyższy. człowiek to tylko jeden z mieszkańców planety nie potrafiący żyć z nią w zgodzie rozpychający się na wszystkie strony i uważający że wszystko mu się należy. ale nie ma problemu, nadejdzie potop i wszystko ładnie wyczyści.
mimo apokaliptycznych wizji przyszłości (jak się zastanowić głębiej to nie takich zupełnie fantastycznych) rok potopu bywa momentami całkiem zabawny. każdy fanatyzm z boku wygląda dość niepoważnie, czy jest to niezachwiana wiara w technologię czy ekologiczne proroctwa, mimo że ostatecznie się sprawdzają.

niedziela, 17 lutego 2013

charles portis - prawdziwe męstwo

znów za dużo naczytałam się pochwał tej książki przed jej lekturą. muszę przestać to robić bo to prosta droga do zawodu. miało być zabawnie - chyba chodziło o zderzenie realiów dzikiego zachodu z rezolutną czternastolatką, jednak nie bardzo mnie to śmieszyło. może znów chodzi o przekład. w skrócie ojciec głównej bohaterki mattie traci zostaje zamordowany i nikt ze stróżów prawa zdaje się tym specjalnie nie przejmować, dziewczynka (14 lat ma) bierze sprawy w swoje ręce. no nie tylko w swoje bo płaci za pomoc wiecznie pijanego szeryfa federalnego roostera a dodatkowo w sprawę miesza się arogancki strażnik teksasu. szykuje się przygoda na indiańskim terytorium gdzie uciekł morderca.
niestety ani przygody ani humoru (a może po prostu jestem za stara) jedyna zaleta tej książki to szybkość jej czytania. ale film to bym zobaczyła.

francis scott fitzgerald - piękni i przeklęci

a raczej piękni i nieogarnięci. dawno nie spotkałam takich męczących marudzących i beznadziejnych bohaterów literackich. książka owszem napisana jest bardzo ładnymi zdaniami ale interesujący język i forma to nie wszystko. a treść, no cóż - historia anthonego i glorii, pięknych ludzi z zamożnych domów którzy zakochują się w sobie pobierają a później przepuszczając radośnie wszystkie pieniądze staczają się na samo dno (w sam środek klasy średniej :P). co jakiś czas próbują się ogarnąć, anthony próbuje pracować, ale tak naprawdę to chciałby być pisarzem, ale to takie trudne, trzeba coś robić, a w ogóle czy to ma sens, bo kumpel mniej zdolny i inteligentny odniósł sukces literacki, co za świat okrutny. gloria jest skupiona na sobie i swojej urodzie, której nie pomaga ciągłym imprezowaniem, ale przecież dobrze się bawi, o i to futro jest fajne, nie bardzo nas na nie stać ale później będziemy się zastanawiać, nie będziemy przecież wegetować oszczędzając.
bardzo trudno mi się brnęło przez opisy głębokich przemian psychologicznych tych dwojga (od radosnych utracjuszy całym światem u stóp do zgorzkniałych trzydziestoletnich zubożałych alkoholików) przy braku jakiejkolwiek autorefleksji z ich strony. czekałam że może zapiją się na śmierć. niestety.

środa, 26 września 2012

haruki murakami - 1q94

dalej w japonii ale jeszcze bardziej dziwnej niż normalnie. dwie historie: instruktorki fitness i jednocześnie zabójczyni na zlecenie oraz matematyka-pisarza krążą wokół siebie aby następnie się spleść w dziwnym równoległym świecie gdzie na niebie wiszą dwa księżyce a rzeczywistością sterują little people. opowiadanie historii zawartej w trzech tomach powieści nie ma za bardzo sensu bo i ona chwilami nie trzyma się logicznej kupy. no ale przecież zupełnie nie o to chodzi. murakami to przede wszystkim klimat: trochę wyalienowania w upakowanej jak puszka sardynek japonii, niesamowite wydarzenia czające się tuż za rogiem (i nikogo specjalnie nie zaskakujące) i skupienie się na drobnych detalach. lubię ta przestrzeń w jego książkach, spokój (mimo że występują tu mafia, morderstwa i porwania) i świadomość każdej chwili. reszta to bajka i gra z wyobraźnią ale jak komuś przeszkadzają niewyjaśnione wątki, rzeczy które dzieją się o tak bez powodu i sensu to raczej z daleka od tej książki.

wtorek, 21 sierpnia 2012

joanna bator - japoński wachlarz

pani bator spędziła dwa lata na tokijskim uniwersytecie i w wachlarzu opisuje to co przez ten czas widziała przeżyła i zjadła. autorka jest zafascynowana każdym zauważonym najmniejszym dziwnym szczegółem co nie zaskakuje bo japońska (czy w tym przypadku tokijska) kultura jest kosmiczna dla europejskiego przybysza. i z takiej właśnie perspektywy obcego włóczącego się po ulicach z otwartymi ze zdziwienia ustami jest ta książka napisana. skupia się wokół kilku głównych tematów najbardziej rzucających się w oczy i inne zmysły: społecznego wymiaru stroju (uniformizacja, maski, przebieranki), japońskiego podejścia do ciała (w tym do płci seksu czy wspólnych kąpieli), współczesnej nieco zinfantylizowanej kultury (zaraza hello kitty dotarła i do nas na szczęście nie ma takiej siły przebicia) i zmutowanej estetyki. dużo miejsca zostało poświęcone japońskiej kuchni jednocześnie fascynującej i chwilami może nieco obrzydliwej (ryby fugu, tańczące krewetki i jedzenie tak świeże że jeszcze się rusza).
wciągnęło mnie w japonię bo dobrze to wszystko napisane, opisy oddziałują na zmysły (japońska kąpiel to coś o czym marzę) i w sumie szkoda że to raczej krótka książka. ale z rozpędu wzięłam z biblioteki (przypomniałam sobie o jej istnieniu) murakamiego. wrażenie wkrótce.

eduardo mendoza - miasto cudów

na okładce piszą że to historia katalońskiego nikodema dyzmy jednak moim zdaniem to bardziej historia barcelony widziana przez pryzmat życia tego bezwzględnego cwaniaczka próbującego się (z doskonałym skutkiem) dorobić na zmianach zachodzących na przełomie poprzednich wieków w mieście które z niewielkiego zamkniętego portowego miasteczka przekształca się w bólach w nowoczesne i światowe miejsce. nie bez problemów, odwieczne spory między stolicą a upartą katalonią wieczny brak pieniędzy i walki pomiędzy lokalnymi hmm ważnymi osobistościami (jedną z nich stał się stosując niezbyt sympatyczne metody "główny" bohater onufry bouvila) nie pomagały zbytnio.
słyszałam dużo o tej książce że wybitna i wspaniała i niestety znów się przeliczyłam (muszę przestać słuchać ludzi i czytać recenzje). jest całkiem niezła i rozmach też ma duży, chwilami jest zabawna (nie tak jak historyjki o damskim fryzjerze ale nie oczekiwałam tego, zresztą fryzjer chwilami jest przesadzony) ale jakoś nie do końca mnie przekonuje. może chodzi o onufrego który jest zwykłym dupkiem a i tak na niewiele mu się to zdaje. a może o pewną  jakby bezwładność akcji, wydarzenia toczą się dość niemrawo co chwilę grzęznąc w różnego typu dygresjach czy retrospekcjach (kilka razy się zgubiłam, to chyba nie świadczy o mnie za dobrze :P). jedyna rada - nie oczekiwać.

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

wiktor pielewin - kryształowy świat

nie będę się powtarzać, tym razem znów opowiadania tym razem 19, nie będę ich tu streszczać za dużo tego. niektóre bardziej do mnie przemówiły, inne mniej, raczej wolę dłuższe formy żeby się bardziej wkręcić w opisywaną rzeczywistość. w każdym razie standardowe motywy: niepewność rzeczywistości, skrajny subiektywizm, transcendentalne jazdy i radzieckie wynalazki :D niektóre opowiadania nie były ani trochę zabawne tylko smutne bardzo i może dlatego książka mniej mi przypadła do gustu niż poprzednio opisywany omon ra (bo ja wolę pozytywne złudzenia a nie krzywe jazdy :P). mimo to dalej jestem na tak.

wiktor pielewin - omon ra i inne opowieści

pielewina uwielbiam w każdej postaci więc nie będę zbyt obiektywna. tutaj mamy trzy opowiadania (no pierwszy utwór można by nazwać mini powieścią ale klasyfikacja nie jest najważniejsza). wszystkie są jednocześnie powalająco zabawne i zmuszające do refleksji, absurdalne i prawdziwe. omon ra z to kosmonauta mający pełnić funkcję automatycznego silnika pojazdu księżycowego (bo na mechanizmy radzieckich ruskich nie stać, ludzi zawsze mają w bród a czymś trzeba zabłysnąć przed wrogimi amerykanami i całym światem). oczywiście nic nie jest takie jak się wydaje a poezja miesza się z brutalną rzeczywistością (hmm czym jest rzeczywistość).
żółta strzała to pociąg z którego nigdy nikt nie wysiada - ludzie rodzą się w nim i umierają (polecam opis pogrzebu) nie zastanawiając się specjalnie nad tym skąd i dokąd jadą, specjalnie nawet nie zauważają że gdzieś zmierzają. dużo tu symboli i metafor niektóre dość oczywiste ale każą myśleć w przerwach pomiędzy wybuchami śmiechu.
trzecie opowiadanie jest o ograniczeniach, głównie w głowach  i wolności której uczą fermowe kurczaki, całkiem są mądre :).
pełno tu buddyjskich odwołań (a połowy pewnie nie znalazłam bom prosty nieoświecony człowiek) ale nie ma nachalności, można myśleć można tylko dobrze się bawić.

kamila sławińska - nowy jork przewodnik niepraktyczny

zbiór felietonów na temat miasta (a może powinnam napisać Miasta) nowy jork które ukazywały się chyba w jakiejś gazecie. są całkiem sympatyczne a jednocześnie to woda na młyn ludzi podniecających się nowym jorkiem na odległość. super się czytało w podróży (z prowincjonalnej wawki na ostateczne zadupie) chociaż bałwochwalcza postawa w stosunku do ny widoczna szczególnie w kilku pierwszych tekstach była nieco denerwująca. śmieszą mnie ludzie biegający w koszulkach i love ny i czujący się lepszymi ze względu na manhattański adres (zawsze mi to przypomina odcinek seksu w wielkim mieście w którym występuje facet potępiający ludzi wyjeżdżających z jabłka choć na chwilę do tych wszystkich wieśniaków żyjących w reszcie świata). w sumie można być snobem na wiele sposobów (tak jestem zazdrosna bo siedzę na końcu świata gdzie nic się nie dzieje i marzę skrycie o choćby jednym dniu w mieście co nigdy nie śpi :P) ale to mi wygląda na kult a jestem wyjątkowo uczulona na takie rzeczy. w zasadzie to jedyne moje zastrzeżenie (ale się wypowiedziałam - ruszyło mnie to bardzo :P) historyjki są w większości milutkie bardzo osobiste i w sam raz do pksu :D

stieg larsson - millenium. mężczyźni którzy nienawidzą kobiet

na swoje usprawiedliwienie powiem że leżało najbliżej podczas mojej chwili słabości. zaczęłam czytać i muszę przyznać że wciągnęło mnie jednak moja nieufność do bestsellerów pozostaje. bo oczywiście dobrze się to czytało i bywa chwilami zgrabnie napisane (niektóre momenty aż zgrzytały nie wiem czy to martwy pan autor czy może tłumacz poszalał - podstarzali mężczyźni w wieku 80 lat??) ale ogólnoświatowa podnieta jest już dla mnie czymś niezrozumiałym.
no i to całe społeczne tło, przemoc wobec kobiet (i to w szwecji tym raju na ziemi) temat bardzo na czasie, ale wydał mi się nieco naciągany i użyty w celach bardziej sensacyjnych niż jakichkolwiek innych. tak wiem to kryminał a nie rozprawa o chorym społeczeństwie ale 20 zamordowanych i torturowanych lasek dość dobrze wygląda ze względu na akcję. poza tym czy są seryjni mordercy zajmujący się facetami? (pewnie wyżywają się na wojnach). bo że szwecja to nie kraj idealny to wiadomo już od dawna i czytać można o tym w lepszych książkach (np. u pani axelsson) a millenium to zwykły thriller/kryminał aspirujący do czegoś czym nie jest. ale przyznaję że dobrze wchodzi i jak mnie najdzie ochota na jakieś czytadełko to może nawet pokontynuuję serię :P
i jeszcze jedna rzecz do czepienia się - chamski applowy product placement - skoro najlepsza hakerka świata (??) stosuje maki i ipady to o czymś świadczy nieprawdaż? :P

czwartek, 19 lipca 2012

terry pratchett - the last continent

pratchett po angielsku to zawsze lekki hardkor dla mnie ale masochistycznie brnę w kolejne części. standardowo trudno mi było ogarnąć wszystkie zabawne sytuacje szczególnie że bohaterami są magowie nie dość że normalnie żyjący w swoim własnym świecie, to dodatkowo uwięzieni na wyspie w czasach prehistorycznych z eksperymentującym z ewolucją bogiem. tymczasem (a jednocześnie 10 tysięcy lat później) rincewind próbuje uciec przed ratowaniem ostatniego w kolejności stwarzania kontynentu (dziwnie przypominającego australię). niestety uratowanie zostało przepowiedziane małe więc ma szanse biedaczek choć w uciekaniu jest mistrzem. zabawni są sami pracownicy (?) niewidocznego uniwersytetu, a jeszcze zmuszeni do obcowania z przedstawicielką płci przeciwnej powalają na kolana. przyprawione to wszystko australijskimi żarcikami (dziwny akcent idiomy z kosmosu mętne piwo i kangury) z których połowy prawdopodobnie nie pojęłam. mimo to bawiłam się wybornie.
a gdyby komuś baaardzo zależało na dogłębnym zrozumieniu i przeanalizowaniu książki (i nie tylko tej) to patrzcie co znalazłam :)