przeglądałam obserwowane blogaski książkowe i trafiłam na konkurs w którym można wygrać zew cthulhu pana lovecrefta. uwielbiam go po prostu więc biorę udział, a polega to na podlinkowaniu konkursu, co niniejszym czynię tu:
konkurs Shelii
jak ktoś ma chętkę na sympatyczne międzywymiarowe pradawne bóstwa to należy pod konkursową notką zostawić komentarz. tylko bez przesady, ja chcę wygrać :)
czwartek, 25 listopada 2010
środa, 24 listopada 2010
paul theroux - pociąg widmo do gwiazdy wschodu

poniedziałek, 8 listopada 2010
targi książki - orgia fetyszysty (książkowego oczywiście)
pierwszy post nierecenzyjny, a raczej zapowiedziowy (w kolejnych odcinkach... :P). ostrzegam jest długi i obrazki są nierówne.
otóż wybrałam się w końcu na targi książki w krakowie, pierwszy raz mimo, że trochę czasu w tym mieście spędziłam wcześniej, ale zawsze były jakieś ciekawsze rzeczy do zrobienia (podejrzewam że głównie odsypianie, ehh studenckie czasy). poszłam z siostrą i mamą, co z jednej strony było dobre, jako że było od kogo pożyczyć pieniążka w razie czego i jednocześnie złe z tego samego powodu. razem z mamą dostałyśmy świra i biegałyśmy od stoiska do stoiska obmacując i wąchając (to ja) książki, omijałam jedynie katolickie stoiska, których było całe stado (wiem wiem prawie papieskie miasto kraków :P). siostra biedne dziecko wymiękała bo była na obcasach i nie podtrzymywało ją na duchu książkowe szaleństwo, a my polowałyśmy z językami na brodach. z powodu ograniczonych funduszy musiałam zrobić ostrą selekcję i wybrać to co muuuszę mieć natychmiast. żeby kupić i zabrać ze sobą wszystko co chciałabym mieć musiałabym wygrać w totka i przyjechać tam tirem, a że jestem bez pieniędzy wiecznie i poruszam się pociągiem to wzięłam tylko trzy rzeczy. ale za to jakie!:
czyli wyprawa pociągowa po azji w jedną i drugą stronę. pan autor jechał ta trasą 30 lat wcześniej i też napisał o tym książkę, niestety wykupili mi ją :/. ale ta jest super, łączy w sobie moje kolejowe skrzywienie i kierunek wschód który mnie ciągnie, na razie tylko wirtualnie, ale mam nadzieję że wszystko przede mną. w ogóle stoisko czarnego najchętniej wyniosłabym w całości. stasiuk był nowy, jednak przegrał z makłowiczem z autografem, którego zabrała ze sobą moja mama.
krakowski kryminał, niezły zestaw autorów, pana marcina i pana grina już znam z innych dzieł, a o pani grzegorzewskiej słyszałam dobre rzeczy.myślę że będzie zabawne, i było bardzo przecenione :D.
pan pielewin o pracowniku agencji reklamowej na grzybach (z tego co pamiętam). czytałam kiedyś dawno temu, chciałam własny egzemplarz i mam, za jedyne 15 zł :D.
do tego wszystkiego moja mama zakupiła dodatkowe 5 kilo książek, złapała 3 autografy, a ja musiałam to targać. następnym razem taczki albo ruska torba na kółkach.
otóż wybrałam się w końcu na targi książki w krakowie, pierwszy raz mimo, że trochę czasu w tym mieście spędziłam wcześniej, ale zawsze były jakieś ciekawsze rzeczy do zrobienia (podejrzewam że głównie odsypianie, ehh studenckie czasy). poszłam z siostrą i mamą, co z jednej strony było dobre, jako że było od kogo pożyczyć pieniążka w razie czego i jednocześnie złe z tego samego powodu. razem z mamą dostałyśmy świra i biegałyśmy od stoiska do stoiska obmacując i wąchając (to ja) książki, omijałam jedynie katolickie stoiska, których było całe stado (wiem wiem prawie papieskie miasto kraków :P). siostra biedne dziecko wymiękała bo była na obcasach i nie podtrzymywało ją na duchu książkowe szaleństwo, a my polowałyśmy z językami na brodach. z powodu ograniczonych funduszy musiałam zrobić ostrą selekcję i wybrać to co muuuszę mieć natychmiast. żeby kupić i zabrać ze sobą wszystko co chciałabym mieć musiałabym wygrać w totka i przyjechać tam tirem, a że jestem bez pieniędzy wiecznie i poruszam się pociągiem to wzięłam tylko trzy rzeczy. ale za to jakie!:



do tego wszystkiego moja mama zakupiła dodatkowe 5 kilo książek, złapała 3 autografy, a ja musiałam to targać. następnym razem taczki albo ruska torba na kółkach.
terry pratchett - niewidoczni akademicy

oczywiście są i inne wątki. sprzedawanie marzeń na przykładzie mody dla krasnoludów (moim zdaniem to w ogóle wątek na całą powieść) i poważniejsza sprawa: jestem jaki jestem, to nie moja wina że moi przodkowie urywali ludziom głowy na wojnie, szczególnie że zostali przez nich stworzeni jako broń (biologiczna), ale mogę starać się nie pozbawiać ludzi części ciała, a siłę wykorzystać w inny sposób, na przykładzie goblina, który tak naprawdę jest orkiem (uberwaldzka złowroga technologia). robi się poważnie, szczególnie, że lord ventiari się upija. na szczęście na miejscu są magowie.
lubię pratchetta i podobało mi się mimo braku wiedźm, które są moimi ulubionymi bohaterkami dyskowymi, ale w zamian dostałam coś równie dobrego - doktora hixa, kierownika katedry komunikacji post mortem (łagodniejsze określenie n*e*k*r*o*m*a*n*c*j*i), "zawsze przydatny w trudnych sytuacjach, ponieważ (zgodnie ze statutem uczelni) był oficjalnie złym człowiekiem (...) NU oddał Hiksowi i jego grupie katedrę, budżet, system awansów, a także możliwość, by odwiedzać mroczne jaskinie i ciskać ognistymi kulami w nieoficjalnych złych czarnoksiężników. (...) doktor Hix stał się tolerowanym, choć nieco irytującym członkiem grona wykładowczego, przede wszystkim dlatego, że miał prawo (zgodnie ze statutem) wygłaszać niektóre z tych niemiłych wypowiedzi, jakie inni magowie chętnie wypowiadaliby sami. (...) Hix dobrodusznie zajmował niszę, którą w innym przypadku mógłby opanować ktoś naprawdę zaangażowany w całe te gnijące trupy czy obdarte ze skóry czaszki". jest po prostu boski i powinien zostać pełnoprawnym głównym bohaterem dyskowej powieści.
mary shelley - frankenstein

klasyka powieści gotyckiej, bardziej smutna niż straszna. historię zna chyba każdy - młody geniusz tworzy człowieka z niczego, niestety jest mało odporny psychicznie i prowadzi to do jego załamania nerwowego, a stworzenie ucieka z laboratorium i błąka się po świecie. no i właśnie. więcej tu opisów świata oczami potwora niż przerażających scen z laboratorium, morderstwa (bo te też się zdarzają) też nie zajmują dużo miejsca. stworzenie powoli uczy się świata dookoła siebie, obserwuje ludzi i dzięki temu ogarnia stosunki społeczne, uczucia a nawet uczy się języka (zdolna bestia ;p). czuje się samotnie, próbuje więc zaprzyjaźnić się z ludźmi, ci niestety traktują go jak potwora, bo jest brzydki, mimo że ma dobre zamiary i wysławia się inteligentnie. jest też wrażliwy, chce dobrze a dostaje kamienie i widły, więc obwinia swojego stwórcę za bezsensowne stworzenie, stresuje się, czego skutkiem jest zabójstwo małego brata Frankensteina a później kolejne zbrodnie. mimo to bardziej współczuję biednemu stworzeniu, niż głupiemu geniuszowi, który nie bierze odpowiedzialności za swoje dzieło, nie chce nawet z nim rozmawiać i uważa go za diabła. zrobił go brzydkim i obwinia go za ohydę. noo bez przesady. na dodatek nie myśli, doprowadzając do śmierci swojej ukochanej (fakt, potwór ją zabija, ale można było temu zapobiec), a wcześniej do skazania niewinnej dziewczyny na śmierć, w obawie przed oskarżeniem o śmieszność i niesprawność umysłową. to egoista zapatrzony w siebie, rozpaczający nad swoim grzechem, ale nie robiący nic żeby się poprawić czy nawet zapobiec katastrofie, która nadchodzi machając.
ehh smutne to bardzo, ale czytałam po angielsku, nie zrozumiałam wszystkich zastosowanych przymiotników, ale poznałam kilka nowych słów, które autorka powtarzała maniakalnie, np alas! bardzo praktyczny wykrzyknik w horrorze :P.
Subskrybuj:
Posty (Atom)